Otrzymałem właśnie melideraturę “Da Capo al Finne”,  sygnowaną Krzysztofem Bartnickim, Jamesem Joyce’em, z symboliczną obecnością Szestowickiego od teraz.

Maszyna kodująca pozabawiła tekst Joyce’a: wyrugowała spacje, interpunkcję, cyfry, rozmaite symbole oraz litery alfabetu oprócz A, B, C, D, E, F, G, H.  Wyrzezała coś na kształt dźwięków. Kolejno, solmizacyjnie: la, b, do, re, mi, fa, sol, si. Sekwencja liter okazuje się ciągiem nut; tekst przestaje przemawiać prozatorsko, zaczyna muzycznie, choć nie zaczyna śpiewać. 

Zaśpiewałbym, ale litera staje mi ością w gardle, a w chórze śpiewałem ostatnio w gimnazjum. Litera łamie – to fakt.

“Pijmy i kochajmy – w tym cała mądrość!” Taki był pogląd najmłodszych. Któryś do mnie zagadał:

– Od dłuższego czasu widuję cię w jednym jedynym teatrze, i to za każdym razem, kiedy tam zaglądam. Dla której tam chodzisz?

– Dla której?… – Nie sądziłem, by można tam było chodzić dla innej. Wyznałem jednak jej imię.

– Ach tak! – odparł z politowaniem. – To popatrz sobie na tego szczęśliwca, który właśnie ją odwiózł do domu i który, szanując zasady naszego kółka, odwiedzi ją zapewne dopiero nad ranem.

Całkiem spokojnie obróciłem wzrok na wskazaną osobę. Był to elegancki młodzieniec o poprawnych manierach, miał bladą, nerwową twarz, a w oczach smutek i łagodność. Rzucał złote monety na stolik do wista i obojętnie je przegrywał.

– Jakie to ma znaczenie – odparłem – ten czy kto inny? Ktoś być musi, ten wydaje mi się godnym wyborem.

– A ty?

– Ja? Ja ścigam obraz, nic więcej.

Nerval, Śnienie i życie, tłum. Ryszard Engelking i Tomasz Swoboda, słowo/obraz terytoria 2013, s. 31