Szczerek: Audiofile

image
Byli generalnie audiofilami. Studiowali inżynierię dźwięku czy coś takiego. W przyszłości chcieli otworzyć studio nagrań. Póki co dłubali coś tu i tam przy produkcji muzycznej. Z tego żyli, ale ich audiofilstwo polegało nie tylko na studiowaniu inżynierii i dłubaniu przy produkcji, ale też na przykład na tym, że wyciszali sobie całkowicie pokój, w którym stał sprzęt do grania, mierzyli w którym miejscu najlepiej słychać (za pomocą jakichś tajemniczych urządzeń), rysowali kredą iks na podłodze, a późnej siadali w tym iksie i słuchali, totalnie upaleni, jakiejś dziwnej muzyki. Ambientu, jungle, nie wiem, electro. Któregoś dnia przyszedłem do nich niezapowiedziany. Mieszkanie było otwarte, więc wszedłem. Wołałem, że „cześć”, ale nikt nie odpowiadał. Było słychać przytłumioną muzykę. Poszedłem do głównego pokoju i pchnąłem drzwi: siedzieli nieruchomo, jeden obok drugiego, na wielkim iksie pośrodku podłogi. Muzyka, której słuchali, była taka, że miałem wrażenie, jakby pełza po ścianach. Ich oczy zakrywały czarne okulary i w ogóle się nie poruszali. Byli tak sztywni od kwasów i cholera wie czego, że nawet mnie nie zauważyli. Byłem dość przerażony. Wyszedłem, cicho zamykając drzwi i odetchnąłem dopiero na ulicy. Później im się trochę znudziło audiofilstwo i zaczęli szukać nowych wrażeń. Przez jakiś czas interesowali się odjechanymi filmami, ale i tego szybko mieli dosyć. Ileż razy można obejrzeć dzieła zebrane Jodorowskiego i Pasoliniego. No i wtedy zaczęli jeździć na wschód. I tam doznali oświecenia.

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian, Kraków 2013.

image

Szczerek: Tour de Schulz

image

Był znicz, był. Stał pod schodami piekarenki, której szyld głosił „Swiżyj chlib”. Nawet się palił. To w tym miejscu zwłoki Schulza leżały przez cały dzień, bo Niemcy z jakiegoś powodu nie pozwolili ich stamtąd zabrać. Próbowałem sobie to wyobrazić. Jego, leżącego, małego, czarniawego, w ciężkim, zimowym płaszczu – ale nic z tego nie wyszło. Tak samo jak nie mogłem sobie tutaj wyobrazić tych erotycznych korowodów z Xięgi Bałwochwalczej. To musiałoby wyglądać po prostu głupio. No, ale trudno w ogóle było sobie wyobrazić w Drohobyczu cokolwiek, co działo się przed czasami radzieckimi. Nawet Galicję. Związek Radziecki przywalił Galicję swym kostropatym cielskiem, i to cielsko nadal tu leżało, bo choć zdechło, to nie było jak go pochować.
Poszedłem więc do apteki po balsam Wigor, a Hawran do spożywczaka po kwas chlebowy. Jak zawsze, gdy kupowałem Wigor, aptekarka uśmiechała się pod nosem. Peszyło mnie to.
– Co jest takiego zabawnego w balsamie Wigor? – spytałem.
– Ależ nic, nic – odpowiedziała ona.
– Ale przecież widzę – powiedziałem. Pokręciła głową i powiedziała, żebym się nie przejmował i że wszystko jest w porządku. Wzruszyłem ramionami. Wziąłem dwie flaszki i wróciłem na schodki. Hawran już siedział. Znicz zapalony przez fotografa płonął mu u stóp. Popijaliśmy i patrzyliśmy na drohobycki rynek.
– Zapaliliście znicz? Jak ładnie – usłyszeliśmy nagle po polsku. Obok nas stały dwie dziewczyny. Jedna miała na podkoszulce napis „Bruno Schulz”, a druga – „Franz Kafka”. Włosy obu były farbowane na czarno, tyle że jedna nosiła je krótkie, a druga – długie, po łopatki. Obie trzymały w dłoniach po czarnej świeczce.
Były z polonistyki. Z Warszawy. Ta z krótkimi włosami miała na imię Marzena. Ta z długimi – Bożena. Przyjechały, jak twierdziły, „oddać hołd wielkiemu polsko-żydowskiemu pisarzowi, mistrzowi mowy polskiej”. Tak to ujmowały. Oddać hołd i koniecznie znaleźć ulicę Krokodyli.

(…)

A tymczasem robiliśmy sobie klasyczny tour de Schulz. Najpierw znaleźliśmy miejsce po kamienicy, w której ojciec Schulza miał ten swój osławiony skład bławatny. Później podeszliśmy pod dom, w którym mieszkał. Bożena z Marzeną uparły się, żeby wejść do środka, ale obecna lokatorka domu – zażywna kobieta z lwią czupryną farbowanych na pomarańczowo włosów – kazała nam spierdalać na drzewo, bo poszczuje psem. Bożena i Marzena uznały to za element lokalnego kolorytu i bardzo się radowały. Miały notesiki, w których zapisywały takie rzeczy. Usiadły na bielonym, wysokim krawężniku i zaczęły notować.
Bożena była już pijana jak nieboskie stworzenie. Biegała po ulicach w jedną i drugą stronę i wrzeszczała, że kocha Ukrainę i że chce tu mieszkać na wieki wieków. Zapowiedziała, że zaskłotuje jeden z tych rozpierdolonych domów albo jakiś strych na przykład, będzie gapiła się z poddasza na miasto Drohobycz, będzie czytała książki i pisała piękne wiersze – i tak jej, mówiła, życie minie. Marzena była co prawda mniej pijana, ale podłapała klimat Bożeny. Siedziały obie na krawężniku, podawały sobie butelkę z balsamem i umawiały się, że gdy tylko skończą studia, to od razu – do Drohobycza. Wynajmą coś razem, wezmą dotację z Unii i otworzą jakiś drohobycki dom kultury, w którym będzie o Schulzu, a i z rozpędu o Nałkowskiej, co to go odkryła, i w ogóle o międzywojniu. O Witkacym przede wszystkim. Wpadły w ogóle w jakąś totalną witkacofazę, przez cały czas mówiły, że Stasio to, Stasio tamto, a pod koniec zaczęły się zastanawiać, jakiego miał. Siedziałem obok nich, paliłem jednego za drugim i patrzyłem, jak piesek wielkości większego szczura obszczekuje ciężarówkę. Kierowca robił wszystko, żeby pieska rozjechać i w końcu mu się to udało. Piesek kwiknął przeraźliwie i wyrzygał pyskiem własne flaki.
Bożena i Marzena przerwały w pół słowa. Oczy miały jak kurze jaja. Po chwili też zaczęły rzygać.
I kto wie, jak to wszystko by się skończyło, gdyby nie trzeba było wracać do Lwowa. Ostatni pociąg odjeżdżał za pół godziny. Wzięliśmy taksówkę na dworzec, pieczołowicie wybierając najbardziej rozpieprzoną.

Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian, Kraków 2013.

image