I had never had any light of my own

When I reached the South Bank the first thing I saw was a poster advertising an afternoon event with an Austrian film director “in conversation,”it was starting in twenty minutes at the Royal Festival Hall. I decided on a whim to try to get a ticket. I walked over and was able to buy a seat in the gods, in the very back row. I didn’t expect much, I only wanted to be distracted from my own problems for a while, to sit in darkness, and hear a discussion of films I’d never seen, but in the middle of the program the director asked his interviewer to roll a clip from the movie Swing Time, a film I know very well, I only watched it over and over as a child. I sat up tall in my seat. On the huge screen before me Fred Astaire danced with three silhouetted figures. They can’t keep up with him, they begin to lose their rhythm. Finally they throw in the towel, making that very American “oh phooey”gesture with their three left hands, and walking off stage. Astaire danced on alone. I understood all three of the shadows were also Fred Astaire. Had I known that, as a child? No one else paws the air like that, no other dancer bends his knees in quite that way. Meanwhile the director spoke of a theory of his, about “pure cinema,”which he began to define as the “interplay of light and dark, expressed as a kind of rhythm, over time,”but I found this line of thought boring and hard to follow. Behind him the same clip, for some reason, played again, and my feet, in sympathy with the music, tapped at the seat in front of me. I felt a wonderful lightness in my body, a ridiculous happiness, it seemed to come from nowhere. I’d lost my job, a certain version of my life, my privacy, yet all these things felt small and petty next to this joyful sense I had watching the dance, and following its precise rhythms in my own body. I felt I was losing track of my physical location, rising above my body, viewing my life from a very distant point, hovering over it. It reminded me of the way people describe hallucinogenic drug experiences. I saw all my years at once, but they were not piled up on each other, experience after experience, building into something of substance—the opposite. A truth was being revealed to me: that I had always tried to attach myself to the light of other people, that I had never had any light of my own. I experienced myself as a kind of shadow.

Zadie Smith, Swing Time, 2016.

Lob, smecz. Lob, smecz. W prawo niespiesznie, w lewo szybko.

Gdy kilka lat temu pojawiła się wśród nas ambasada Kambodży, niektórzy powiedzieli: „Ha, gdybyśmy byli poetami, może napisalibyśmy odę o zaskakującym pojawieniu się ambasady”. (No bo przecież większość ambasad lokuje się w śródmieściu. To była pierwsza, jaką widzieliśmy na peryferiach). Ale z natury nie jesteśmy poetyczni. Jesteśmy z Willesden. Skłaniamy się ku prozie życia. Chyba każdemu z nas natychmiast nasunęło się słowo „ludobójstwo”, kiedy pierwszy raz mijał ambasadę Kambodży.

Lob, smecz. Lob, smecz. Tamtego lata oglądaliśmy olimpiadę, coraz bardziej dostrajając się do stękania i do wielu innych ludzkich odgłosów kojarzących się z wysiłkiem i z triumfem woli. Ale gracze z ogrodu ambasady Kambodży zachowują się bezszelestnie. (Nie potrafimy stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że ambasada w ogóle ma ogród. Może jest tam tylko kort). O tym, że ktoś za murem gra w badmintona, świadczy wyłącznie wahadłowy ruch lotki, na przemian lob i smecz, lob i smecz, zawsze akurat wtedy, gdy Fatou mija ambasadę, idąc popływać (tuż po dziesiątej rano w poniedziałek). Gwoli ścisłości to nie ona zapisała się do klubu, tylko jej chlebodawcy; do głowy im nie przyjdzie, że służąca w ten sposób wykorzystuje ich karty wstępu dla gości. (Państwo Derawalowie mieszkają z trójką dzieci w wieku siedemnastu, piętnastu i dziesięciu lat przy ulicy, przy której stoi ambasada, ale ulica ma około półtora kilometra długości i właśnie taki dystans dzieli te dwa domy). Ten drobny szwindel z kartą wstępu udaje się Fatou tylko dzięki temu, że w poniedziałki pan Derawal jeździ do Eltham, gdzie ma minimarket, a jego żona staje za ladą w drugim takim samym sklepie na Kensal Rise. W wąskiej szufladce podrabianej konsolki w stylu niby to Ludwika XVI, która stoi w holu przy drzwiach wejściowych głównej rezydencji Derawalów, leży cały plik kart wstępu. Chyba nikt oprócz Fatou o nich nie pamięta.

Od szóstego sierpnia, kiedy to po raz pierwszy zauważyła fruwającą nad murem lotkę, Fatou zawsze staje na pięć albo i dziesięć minut obok przystanku autobusowego naprzeciwko ambasady, zanim pójdzie dalej w stronę pływalni. Nie umie sobie odmówić tego krótkiego postoju, chociaż nie bardzo ją stać na taką chwilę bezczynności, skoro pani Derawal wraca do domu w porze lunchu. Ambasada nieodparcie przyciąga Fatou. Dziewczyna przeważnie nic z tego nie ma, że tak czeka i obserwuje, ale parę razy widziała, jak ktoś podchodzi do furtki i naciska guzik, a wtedy buczy domofon i furtka się otwiera. Zwykle przychodzą młodzi biali z plecakami. Często są zaniedbani i mimo zimna mają na nogach sandały. Jak dotąd nikt z interesantów nie wyglądał na Kambodżanina. Ci młodzi pewnie starają się o wizy. Domofon buczy i furtka się otwiera, więc wchodzą, chociaż Fatou musiałaby stanąć na dachu przystanku, żeby zobaczyć, kto ich wpuszcza. Z całą pewnością może jednak powiedzieć, że te rzadkie wizyty ani trochę nie zakłócają przebiegu gry w badmintona: lotka fruwa w niezmiennym rytmie – w prawo niespiesznie, w lewo szybko; najpierw miękko i wysoko, a z powrotem twardo i płasko.

Zadie Smith, Ambasada Kambodży, [W:] Idem, Lost and Found. Opowiadania, tłum. Michał Kłobukowski, Kraków 2015, ss. 92-96.

Game over

– Myślę, że jesteś dla mnie bardzo niesprawiedliwy. Ja tylko staram się zrozumieć.
Felix spuścił trochę z tonu. Nie chciał być niesprawiedliwy. Nie chciał, aby tak go postrzegano. Usiadł obok niej. Miał przemyślaną mowę, ale i poczucie, że oboje wypowiadają zapisane wcześniej kwestie, że ona też się przygotowała nie gorzej od niego.
– Mam już dość takiego życia jak do tej pory. Czuję się, jakbym się znalazł w jakiejś grze, na którymś poziomie, i nie powiem, dobrze się bawiłem… ale, Annie, proszę cię: nawet ty przyznasz, że jest tu masa demonów. Cała masa. Demonów i…
– Przepraszam, rozmawiasz z grzeczną katoliczką, która…
– Daj mi skończyć! Choć ten jeden raz! – Annie bezgłośnie pokiwała głową. – Straciłem teraz wątek.
– Demony – podsunęła Annie.
– Racja. Pokonałem je. Było ciężko, ale dałem radę, ukończyłem ten poziom i czas przenieść się na następny. Nie chodzi nawet o to, żeby zabrać cię na następny poziom. Ty nie chcesz tam przejść, to jasne jak słońce. – Tę mowę sobie przygotował. Teraz, gdy wyszła z jego ust, wydawała się pozbawiona owej subtelnej głębi, której nabrała w jego umyśle, ale mimo wszystko widział, że wywarła pewne wrażenie: Annie miała otwarte oczy, porzuciła pozycję jogi, rozplotła ręce i oparła je płasko na deskach. – Słuchasz mnie? Następny poziom. Niektórzy przez całe życie rozpamiętują swoją przeszłość. Też mógłbym całe życie rozpamiętywać kilka parszywych rzeczy, które mi się przytrafiły. Ale mam to za sobą. Teraz czas na następny poziom. Jestem gotowy.
– Tak, tak, załapałam metaforę, nie musisz powtarzać. – Annie przypaliła papierosa, zaciągnęła się głęboko i wypuściła dym przez nos. – Życie to nie gra wideo, Felix… nie ma określonej liczby punktów, która przenosi cię na wyższy poziom. Właściwie to nie ma żadnego wyższego poziomu. Mam dla ciebie złą wiadomość: na końcu wszyscy umieramy. Koniec gry.
Tych kilka chmur, które pozostawały na niebie, sunęło ku Trafalgar Square. Felix spojrzał na nie z uduchowionym – miał nadzieję – wyrazem twarzy.
– Cóż, takie jest twoje zdanie, prawda? Każdy ma prawo do swojego zdania.
– Moje, Nietzschego, Sartre’a, wielu innych. Felix, kochanie, jestem wdzięczna, że pofatygowałeś się tutaj na „poważną rozmowę” i dzielisz się ze mną przemyśleniami na temat Boga, ale mnie znudziło już to ględzenie i chciałabym wiedzieć: będziemy się pieprzyć czy nie?

Zadie Smith, Londyn NW, tłum. Jerzy Kozłowski, Kraków 2014, loc. 2281-2301.