Geniusz Mamaw

Pewnej niedzieli Mamaw zgodziła się przypilnować dzieci cioci Łii przez kilka godzin. Ciocia odstawiła dziewczynki do babci o dziesiątej. Ja miałem przed sobą upiorną zmianę w spożywczym, od jedenastej do ósmej wieczorem. Bawiłem się z maluchami przez trzy kwadranse, ale w końcu około dziesiątej czterdzieści pięć ruszyłem do roboty. Rozstając się z nimi, byłem bardziej niż zwykle rozdarty, ba, wręcz przygnębiony. Niczego nie pragnąłem tak mocno, jak spędzić resztę dnia z Mamaw i brzdącami. Powiedziałem babci o tym, a ona zamiast warknąć, żebym „przestał smęcić, do cholery”, czego się spodziewałem, odparła, że także wolałaby, żebym z nimi został. Rzadki u niej przebłysk empatii.

– Ale jeśli chcesz mieć taką robotę, żeby móc spędzać weekendy z rodziną, musisz pójść na studia, inaczej nie wyjdziesz na ludzi.

I to był geniusz Mamaw w pigułce. Nie ograniczała się tylko do kazań, wyzwisk i żądań. Pokazywała mi, co jest do osiągnięcia – leniwe niedzielne popołudnie z ukochanymi ludźmi – i wbijała mi w głowę, co muszę zrobić, żeby tego dopiąć.

Hałdy publikacji socjologicznych dowodzą dodatnich wpływów domu, w którym panuje miłość i stabilność. Mógłbym tu przywołać kilkanaście prac badawczych dowodzących, że mieszkanie z Mamaw dało mi nie tylko krótkoterminowe schronienie, ale też nadzieję na lepsze życie. Całe tomy poświęcone są fenomenowi „odpornych dzieci” – tych, które odnoszą życiowy sukces mimo niestabilnej sytuacji rodzinnej, bo miały w społeczeństwie wsparcie w postaci kochającej je osoby dorosłej.

To, że Mamaw pomogła mi w życiu, wiem nie dzięki pracom jakiegoś psychologa z Harvardu, ale dlatego, że sam to czułem. Spójrzcie na to, jak wyglądało moje życie, nim się do niej sprowadziłem. W połowie trzeciej klasy podstawówki wyprowadziliśmy się z Middletown, opuściliśmy dziadków, żeby zamieszkać z Bobem w hrabstwie Preble. Na koniec czwartej klasy wynieśliśmy się z hrabstwa Preble i zamieszkaliśmy w bliźniaku w Middletown, przy drugiej przecznicy ulicy McKinley. Z końcem piątej klasy przenieśliśmy się z drugiej na trzecią przecznicę tejże ulicy, w tym czasie regularnie odwiedzał nas już Chip, choć nigdy u nas nie zamieszkał. Gdy kończyłem szóstą klasę, wciąż mieszkaliśmy w tym samym miejscu, ale zamiast Chipa pojawił się Steve (i często toczyły się debaty, czy nie powinniśmy przenieść się do niego). Z końcem siódmej klasy miejsce Steve’a zajął już Matt, mama szykowała się do przeprowadzki do jego domu i miała nadzieję, że ja również przeniosę się do Dayton. Na koniec ósmej klasy wręcz zażądała, żebym wyprowadził się do Dayton, a ja uległem, po krótkim epizodzie na farmie taty. Po pierwszej klasie liceum wprowadziłem się do Kena – zupełnie obcego mi człowieka, z trójką własnych dzieci. Dodajmy do tego narkotyki, sprawę sądową o przemoc domową, indagacje opiekunów socjalnych, a także śmierć dziadka.

Dziś wystarczy, żebym wrócił do tamtych czasów pamięcią tylko na tak długo, by je streścić, a już czuję przemożny, nieopisany niepokój. Niedawno zauważyłem, że przyjaciółka z Facebooka (znajoma z liceum, o równie mocnych korzeniach rodzinnych wśród bidoków) wiecznie zmienia facetów – zaczyna związki i wkrótce je zrywa, zamieszcza zdjęcia jednego, żeby po trzech tygodniach pojawił się kolejny, wojuje z nimi w mediach społecznościowych, aż wreszcie związek publicznie wali się w gruzy. Jest w moim wieku, ma czwórkę dzieci, a kiedy zapostowała, że wreszcie znalazła faceta, który będzie ją traktował jak należy (ile to razy słyszałem tę śpiewkę), jej trzynastoletnia córka skomentowała: „Weź przestań. Naprawdę chciałabym, żebyś już skończyła, żeby już się skończyło”. Gdybym tylko mógł, przytuliłbym tę dziewczynkę, bo dobrze wiem, co czuje. Przez siedem długich lat chciałem, żeby się już skończyło. Nie chodziło mi aż tak bardzo o awantury, o wrzaski, ba, nawet o prochy. Po prostu chciałem mieć dom, mieszkać w jednym domu i żeby mi się tam obcy ludzie nie wpierdalali.

A teraz popatrzmy na bilans mojego życia po zamieszkaniu na dobre z Mamaw. Na koniec drugiej klasy liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Na koniec trzeciej klasy: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Koniec liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Mógłbym powiedzieć, że spokój panujący w domu Mamaw dawał mi bezpieczne miejsce do odrabiania prac domowych. Mógłbym powiedzieć, że brak awantur i destabilizacji pozwolił mi skupić się na nauce i pracy. Mógłbym stwierdzić, że mieszkanie przez cały czas w jednym domu z tą samą osobą ułatwiło mi nawiązywanie trwałych przyjaźni w szkole. Mógłbym powiedzieć, że praca i pewne zaznajomienie się ze światem pomogły mi wyklarować wizję tego, co chciałem osiągnąć we własnym życiu. Z perspektywy czasu takie stwierdzenia mają sens, jestem pewien, że każde z nich zawiera element prawdy.

Gdyby socjolog i psycholog siedli przy jednym stole, na pewno zdołaliby wyjaśnić, czemu przestały mnie nęcić narkotyki, czemu poprawiły się moje oceny, czemu egzaminy końcowe poszły mi jak z płatka oraz dlaczego znalazłem paru nauczycieli, którzy natchnęli mnie, bym pokochał naukę. Przede wszystkim jednak pamiętam, że byłem szczęśliwy – nie bałem się już dzwonka na koniec zajęć, bo wiedziałem, gdzie będę mieszkał przez cały najbliższy miesiąc, i niczyje decyzje matrymonialne nie miały wpływu na moje życie. I to z tej szczęśliwości zrodziło się wiele szans, które wykorzystałem przez ostatnie dwanaście lat.

J. D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, tłum. Tomasz S. Gałązka, Warszawa 2018.

Zuzanna

Dolała sobie wina i wzięła ołówek. Zaczęła szkicować najpierw delikatnymi, potem nieco mocniejszymi pociągnięciami. Powoli na białej kartce pojawił się zarys dwóch kobiecych dłoni zwróconych wnętrzami do przodu. Palce uginały się lekko, w geście, który mógł stanowić zaproszenie albo prośbę. Prawy palec wskazujący był ucięty tuż powyżej nasady, zamiast niego sterczał w tym miejscu tylko tępo zakończony pieniek. Powoli, kreska po kresce, Zuzanna zacieniowywała szkic. Rysowała linie papilarne. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że tworzy los, który nikomu nie przypadnie w udziale. Los bez człowieka, bezpański los. Dolała sobie wina. Po namyśle dorysowała do uciętego palca pokryty gęstą łuską, zwężający się ku końcowi ogon jaszczurki. Muzyka już się skończyła i w mieszkaniu panowała cisza. Zuzanna przyjrzała się obrazkowi. Gdzieś to już widziała, ale gdzie?

W prawym dolnym rogu narysowała dziesiątkę. Potem jeszcze w innych miejscach, eksperymentując z różnymi kształtami cyfr. Wreszcie odłożyła ołówek. Wstała od stołu i obejrzała obrazek z daleka. Znowu usiadła. Znowu wstała. Rzuciła rysunek na podłogę. Włączyła jeszcze raz tę samą płytę i znów dolała sobie wina. Zachodziło słońce. W smugach pomarańczowego światła wlewającego się przez duże okna wirowały drobinki kurzu. Oparła się biodrami o blat, położyła dłonie na pośladkach i pochyliła się lekko do przodu; przyjemnie było tak stać. Ruch na ulicy nieco zelżał. Przesunęła dłonie do góry, powędrowała palcami wzdłuż kręgosłupa. Gapiła się bezmyślnie na skrawek ładnego świata za oknem. Na wiosnę, która znowu przyszła, za darmo i po nic.

Odeszła od okna i położyła się na podłodze, nie zważając już na papiery i płyty. Mieszkała na czwartym piętrze, czwarte piętro to nie jedenaste, ale mimo wszystko ziemia była daleko, na tyle daleko, by w Zuzannie uruchomiła się tęsknota, nie psychiczna, o której mogłaby myśleć słowami, tylko cielesna, tępa i bezgłośna. Film w głowie zwolnił, tak działało wino. Położyła dłonie na brzuchu i zaczęła masować okolice pępka, potem powędrowała wyżej, stopniowo odsłaniając się przed ciemniejącym pustym mieszkaniem. Kiedy tak leżała, jej brzuch był bardzo płaski, wyraźnie wyczuwała palcami łuki dolnych żeber; powiodła po nich opuszkami. Brzuch unosił się i opadał wraz z oddechem, jakby żył własnym tajemniczym życiem, kiedy opadał, żebra wystawały mocniej. Zuzanna lubiła myśleć, że nie boi się śmierci, to dodawało jej sił. Powoli nabrała powietrza w płuca, przytrzymała, wypuściła. Wsunęła dłonie pod miseczki biustonosza. Piersi były ciepłe, prawie gorące. Objęła je i leżała przez chwilę bez ruchu, gapiąc się w sufit.

Julia Fiedorczuk, Nieważkość, Warszawa 2015, ss. 28-29.