Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie

Jean Fouquet Virgin of Melun 1415–1481

W tej niepojętej chwili, w której wybrałem swój los, nie wiedziałem, iż zakładał, że zakocham się w Marii Magdalenie. Będę ją zresztą nazywał Magdaleną: nie przepadam za podwójnymi imionami i sądzę, że nazywanie jej Marią z Magdali byłoby męczące. Wykluczam nazywanie jej po prostu Marią. Mylenie imion kochanej osoby i własnej matki nie jest szczególnie godne polecenia.

W miłości nie ma związku przyczynowego, ponieważ się nie wybiera. Powody wymyślamy potem, dla przyjemności. Zakochałem się w Magdalenie, gdy tylko ją ujrzałem. Moglibyśmy się spierać: jeśli zmysł wzroku odegrał tę rolę, można by uznać za powód nadzwyczajną urodę Marii. Faktem jest, że milczała, a zatem widziałem ją, zanim ją usłyszałem. Głos Magdaleny jest jeszcze piękniejszy niż jej postać: gdybym ją poznał słuchem, skutek byłby ten sam. Gdybym kontynuował ten wywód, przywołując trzy pozostałe zmysły, byłbym nieprzyzwoity.

Nie ma w tym nic dziwnego, że zakochałem się w Magdalenie. To, że ona zakochała się we mnie, jest czymś nadzwyczajnym. A jednak tak właśnie się stało w sekundzie, w której mnie zobaczyła.

Opowiadaliśmy sobie tę historię setki razy, dobrze wiedząc, że ta fikcja nam się wymknęła. Uczyniliśmy słusznie: to nam przyniosło nieskończoną radość.

– Kiedy ujrzałem twoją twarz, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Nie wiedziałem, że takie piękno jest możliwe. A potem na mnie spojrzałaś i było jeszcze gorzej: nie wiedziałem, że można patrzeć w taki sposób. Gdy na mnie patrzysz, trudno mi oddychać. Czy na wszystkich patrzysz w ten sposób?

– Nie sądzę. Nie jestem z tego znana. Kocioł przygania garnkowi, a sam smoli. To twoje spojrzenie jest sławne, Jezusie. Ludzie pielgrzymują, żebyś na nich spojrzał.

– Na nikogo nie patrzę tak jak na ciebie.

– Mam nadzieję.

Miłość skupia w sobie pewność i zwątpienie: mamy pewność, że jesteśmy kochani, a jednak w to wątpimy, nie na przemian, lecz równocześnie, i to nas niepokoi. Gdybyśmy chcieli się pozbyć tych wewnętrznych rozterek, zadając tysiące pytań ukochanej osobie, zaprzeczalibyśmy skrajnie ambiwalentnej naturze miłości.

Magdalena znała już wielu mężczyzn, a ja nie znałem żadnej kobiety. Jednak nasz brak doświadczenia stawiał nas na równi. W obliczu tego, co nam się przydarzyło, byliśmy nieświadomi jak para noworodków. Cała sztuka polega na akceptacji tego konwulsyjnego stanu z entuzjazmem. Ośmielę się powiedzieć, że jestem w tym niezrównany, Magdalena również. Jej przypadek jest bardziej godny podziwu: mężczyźni przyzwyczaili ją do najgorszego, a mimo to nie stała się nieufna. Zasługuje na najwyższe uznanie.

Jak mi jej brakuje! Przywołuję ją w myślach, ale to niczego nie zmienia. Może byłoby bardziej stosowne, gdybym się wzbraniał przed tym, by mnie ujrzała w takiej sytuacji. Niemniej dałbym wszystko, żeby ją znów zobaczyć i przytulić.

Amélie Nothomb, Pragnienie, tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Literackie 2020.

Moje z lekka uwodzicielskie zachowanie

Wszystkie moje postanowienia zmierzające do tego, żeby brak kobiet nie stał się dla mnie męczarnią, załamały się. Byłem jak koń na starcie, czekający na wystrzał.

Wierzyłem jednak, że jakoś dam sobie radę, gdyż przez te półtora roku nauczyłem się panować nad sobą.

Bałem się snów, wymykających się wszelkiej kontroli, lecz nawarstwiające się zmęczenie kierowało mnie do łóżka.

Wbrew obawom, jedyny zapamiętany sen uspokoił mnie: znowu śnił mi się przyjazd owej młodej i uśmiechniętej dziewczyny, która potrzebowała mej opieki. I znowu, jak przedtem, nie była to ani Marta, ani Lucjana, ani Rita, ani żadna inna znana mi kobieta.

Odebrałem ten sen jak błogą przepowiednię, a kiedy po kilku dniach znowu się powtórzył, uwierzyłem, że się spełni. Pragnąłem tego żarliwie jako pocieszenia i jako hamulca.

Tak jak kiedyś, pod jego wpływem zaczynałem dzień pełen spokoju i nadziei.

Był to dzień wolny od pracy, dzień na cześć któregoś z mniej popularnych świętych, więc zacząłem go od konnej przejażdżki do interioru, w pierwszą stronę wolno medytując i rozkoszując się porankiem, z powrotem zaś przechodząc w galop dla samej przyjemności szybkiej jazdy, która wymaga napięcia i uwagi i pozwala czuć rytm ciała poddający się rytmowi konia. Równocześnie jednak chciałem jak najprędzej wrócić, tak jakbym czuł potrzebę, by znaleźć się z powrotem wśród ludzi.

Zjechałem do portu. Nie było żadnych wiadomości o statku z La Platy. A ja potrzebowałem jakiejś wiadomości i musiałem coś otrzymać; coś, co miałoby bezpośredni związek ze mną i zajęłoby moje myśli, coś, co by pochodziło od innego człowieka; w żadnym wypadku nie mogło to być jednak coś, co odnosiłoby się do wiecznie tych samych kontaktów towarzyskich i pracy zawodowej.

Zaprowadziłem konia do stajni.

Miasto, w którym czuło się poranną świeżość i leciutką aurę święta, uchylało okien i wysypywało na ulice paradny kolorowy tłum, który spieszył do kościoła lub wypełniał powozy sunące w różnych kierunkach.

Na ulicy kłaniałem się niektórym przechodzącym damom i panienkom, znanym mi przeważnie poprzez kontakty z ich mężami lub ojcami.

Niezadługo wdałem się w małą awanturkę.

Jakaś nieznana dama w mantyli, nadchodząca z przeciwległej strony w towarzystwie dwóch Mulatek, rzuciła mi przeciągłe spojrzenie. Sądząc, że ją zainteresowałem, usunąłem się na bok i złożyłem głęboki ukłon, na który nie odpowiedziała. Nagle zapragnąłem jej – zapragnąłem kobiety – i przystanąłem czekając, aż obróci się lub każe to uczynić którejś ze swych służących. Czekałem na próżno, wyglądało na to, że po prostu przestała się mną interesować, ale nie dałem za wygraną, nie mogłem pozwolić jej odejść bez wyjaśnienia przyczyny, dla której spojrzała na mnie tak uporczywie, i bez wahania poszedłem za nią. Ostrzeżona przez jedną ze służących, dama przyspieszyła kroku, lecz nie była w stanie zostawić mnie w tyle. Już prawie biegła, ja również, chociaż obydwoje w dalszym ciągu zachowywaliśmy godność. Była to zuchwała zaczepka i wiedziałem dobrze, że z góry jestem na straconych pozycjach, choćby dlatego tylko, że wykazałem brak taktu. Jednak nie ustępowałem i wkrótce dzieliła nas już odległość zaledwie paru metrów. Wtedy właśnie w grupie osób statecznych i nieskazitelnych wychodzących z bramy jednego z domów rozpoznałem pewną ustosunkowaną rodzinę, z którą utrzymywałem ożywione kontakty towarzyskie. Musiałem zatrzymać się, by ich przywitać. Później długo jeszcze błąkałem się po ulicach, lecz na uciekinierkę nie natknąłem się więcej.

Ale już połknąłem haczyk.

Szukałem miejsc, gdzie przechodziło najwięcej kobiet, spieszących czy to do kościoła, czy z wizytą, i kłaniałem się wszystkim damom, które nie szły w asyście mężczyzn. Jeżeli były to moje znajome, starałem się znaleźć w ich twarzy coś więcej niż zwykłą uprzejmość, jeżeli nie – czekałem, czy ich reakcja na moje z lekka uwodzicielskie zachowanie nie zdradzi gotowości zejścia na złą drogę.

Byłem podniecony i wyczulony na najdrobniejszy znak, zdecydowany zaczepić którąkolwiek z nich i poczynać sobie coraz zuchwalej, byle doprowadzić do zwycięstwa. Byłem zmęczony i spocony; chodziłem tam i z powrotem już godzinę albo dłużej. Na ulicy było coraz mniej przechodniów, aż w końcu ruch ustał niemal zupełnie. Zbliżała się pora obiadu i mój żołądek również zaczynał dopominać się o swoje prawa.

Kiedy postawiono przede mną talerz z serem i dzban wina, pomyślałem, ileż żon opowiada w tym momencie przy stole swoim mężom o zbyt śmiałym zachowaniu asesora sądowego, którym były niepomiernie zdziwione. Zasiałem ziarna niepotrzebnej zazdrości, której skutków nie bylem w stanie przewidzieć.

Potępiałem własne rozpasanie, ale jednocześnie czułem, że jest to coś nie do opanowania, że rozbuchanej krwi nie wstrzymają żadne wędzidła. Należało opamiętać się, zadać sobie pokutę.

Zamknąłem się w celi mojego pokoju. Sen jednak nie przychodził. Myślałem o pocałunkach Lucjany i choć w nich właśnie dopatrzyłem się przyczyny mojego stanu, na nowo przeżywałem je w wyobraźni w najdrobniejszych szczegółach przywołując na pamięć uczucia, jakie rozpętały.

Antonio di Benedetto, Zama, tłum. Zofia Chądzyńska, Kraków 1976, ss. 53-55.

Ernst się rodzi

Ernst się rodzi. Valeska się boi. Ciemna główka dziecka rozrywa jej krocze. Położna krzyczy, Valeska nie słyszy krzyków położnej, bo sama krzyczy. Krzyczy, bo ją boli, i krzyczy, bo się boi. Bólu, rany, szkody na ciele, boi się tego, czego nie rozumie, boi się o dziecko. Nie wie jeszcze, czy dziecko jest chłopcem, czy dziewczynką.
Ja wiem. Moje ja znaczy coś zupełnie innego niż wasze ja, ale ja wiem. Wiem nawet, że dziecko przepychające się przez krocze Valeski jest Ernstem, wszystko inne też wiem. Znam ciężar ciała Valeski i ciężar domu, w którym Ernst się rodzi, i delikatną pieszczotę jego stóp, kiedy po mnie chodzi, i ciężar jego ciała, gdy pozostanie złożone do grobu na cmentarzu w Przyszowicach, tym samym, na którym leżą dawni hrabiowie von Raczeck, i Valeska na nim leży, i wielu innych, a obok biegnie szosa numer 44, bardzo ruchliwa, i kiedy ciało Ernsta kładą do ziemi w błyszczącej trumnie, to na czerwonych światłach stoją samochody, a w nich ludzie tacy sami jak wszyscy inni, jak ci, co do ziemi, i ci, co na świat, i ci, co do pracy albo w czarną melancholię bezsennych nocy i naznaczonych bezradnością dni.
Wiem, jak dwudziestopięcioletni Ernst patrzy na ciała kładące się na śniegu, pod murem cmentarza, na którym sam za wiele dziesiątków lat spocznie — wiem. Wiem, jak zgrzyta klucz w prowizorycznym areszcie — wiem. Areszt mieści się w koszarach dawnego Infanterie-Regiment Keith. Ernst nigdy w nim nie służył. Josef w nim służył. A teraz Ernst siedzi w tym areszcie i czeka na rozstrzelanie. Ale stary feldfebel, starszy nawet od Josefa Magnora, otwiera drzwi celi, w której siedzi Ernst. Otwiera drzwi do celi dezertera.
— Hau ab, Junge, in einer Stunde sind hier die Sowjets.
Ernst Magnor jest nieufny. Ernst uciekł z pierwszej zbiórki lokalnego Volkssturmu, bo nie bardzo wierzył, by batalion starców, gówniarzy i dekowników, z pięcioma emerytowanymi podoficerami, kapitanem z tikiem nerwowym i otyłym majorem w składzie, mógł zatrzymać ruskie czołgi za pomocą kilkudziesięciu starych judenflinte, jednego spandaua i siedmiu pancerfaustów. Więc uciekł, ale go złapali i postanowili rozstrzelać, jutro. A teraz ufa feldfeblowi, który otworzył drzwi do celi. Ufa, bo musi. Wybiega z koszar. Biegnie przez miasto, które ucieka. Przed Sowietami, nie przed Ernstem. Ernst jednak nie biegnie na dworzec, tylko do domu. Musi powiedzieć mamulce, że żyje.
Feldfebel nazywa się Gröhling. Dożyje do końca wojny i pożyje jeszcze trochę, a umrze na marskość wątroby w Wiedniu w roku 1947, bo po wojnie zacznie pić za dużo sznapsa, gdyż nie będzie miał nic lepszego do roboty. Śmierć jak każda inna, bez znaczenia.
Ernst Magnor nazywa się Ernst Magnor. Pożyje o wiele dłużej niż Gröhling, bo Gröhling otworzył drzwi do celi, w której Ernst siedział, i dlatego Ernst żyć może.
Ernst biegnie. Ernst umiera.
Ernst się rodzi.
Ernst ma dziewięćdziesiąt trzy lata i żyje. Ernst jest zmęczony. Ernst wszystko pamięta i nic go już nie obchodzi. Ernst jest obojętny, spokojny, znużony.
Ernst wie, że nic nie ma znaczenia i że wszystko jest ważne. Ernst wie, że życie jest, a potem go nie ma. Ernst wie, że w życiu nie trzeba być szczęśliwym ani nie trzeba cierpieć, jedyne, co trzeba, to żyć to życie, nic więcej nie trzeba. Ernst czeka na śmierć z nadzieją i ochotą, bez rozpaczy, bez smutku za tym, co utracone, bo Ernst wie, że nigdy nic nie macie, więc niczego nie możecie utracić, ale to nie ma znaczenia.
Nie ma znaczenia.
Ernst się rodzi. Valesce pęka krocze.

Szczepan Twardoch, Drach, Kraków 2014.

17 grud­nia 2012

Mi­nio­ne­go la­ta w tram­wa­ju nr 17 uj­rzałem ko­bietę czy­tającą książkę. Wi­dok ta­ki za­wsze mnie po­ru­sza, za­wsze re­aguję z równie in­ten­sywną, co nie­zro­zu­miałą emocją. Nie mam pojęcia jaką. Nie cho­dzi o mniej lub bar­dziej ero­tycz­ne re­ak­cje na ko­bie­cość czy in­te­lek­tu­al­ne na lek­turę. W każdym ra­zie nie tyl­ko o ta­kie re­ak­cje idzie. „Czy­tająca w tram­wa­ju” uru­cha­mia we mnie dziw­ny me­cha­nizm, trąca ta­jemną strunę, oczy­wiście za­chwy­ca, ge­ne­ral­nie za­chwy­ca, ale też (zgoła nie mar­gi­nal­nie) iry­tu­je, drażni, rozwście­cza, z święcie usta­lo­ne­go ryt­mu wy­bi­ja.
Na py­ta­nia, ja­ki tu jest kom­pleks, ja­ka psy­cho­ana­li­za czy in­na me­temp­sy­cho­za, już nie szu­kam od­po­wie­dzi. Od pew­ne­go cza­su w ogóle nie sta­wiam te­go ro­dza­ju py­tań. Kie­dyś nie­zmien­nie w ta­kiej sy­tu­acji przy­woływałem Es­se Miłosza, wiersz ten zdał mi się zarówno mo­dlitwą do wszyst­kich przy­pad­ko­wo na­po­tka­nych bo­giń, jak i fi­lo­zo­ficz­nie wszech­stronną ana­lizą ta­kie­go spo­tka­nia. Był zresztą i w sen­sie ścisłym jest czymś ta­kim, ale prze­stałem się z nim bez­kry­tycz­nie iden­ty­fi­ko­wać. Nie obej­mo­wał mo­je­go przy­pad­ku. Okej – nie szarżuj­my. Obej­mo­wał, ale nie w całości. Nie tyl­ko dla­te­go że Miłoszo­wa piękność ni­cze­go nie czy­tała. Z in­nych po­wodów. Prze­czu­wa­nych, ale nie­na­zy­wal­nych. Sko­ro przez czter­dzieści lat się ich nie zna­lazło, nie na­zwało i nie spre­cy­zo­wało – można dać so­bie spokój i ga­pić się bez­in­te­re­sow­nie. Ga­pić się, nie do­cie­kając po­wodów ga­pie­nia. Ga­pić się, nie układając teo­rii ga­pie­nia.
Tym ra­zem na­wet jak­by błąkały się po głowie ja­kieś prze­ko­nujące po­wo­dy czy teo­rie, nie zmieściłyby się jed­nak w po­lu do­znań. Po­le do­znań było tra­dy­cyj­ne, ale jed­no: za­chwyt. Pierw­szy i je­dy­ny tak to­tal­nie kon­se­kwent­ny przy­pa­dek. Za­chwyt i nic prócz za­chwy­tu. Za­chwyt nie­skończe­nie – w sen­sie ko­smicz­nym – gęsty.
Ład­nych parę czy­tających w tram­wa­jach la­sek od­no­to­wałem, były wśród nich isto­ty nie­zau­ważal­ne ni­czym trik ilu­zjo­ni­sty i rzu­cające się w oczy ni­czym ben­gal­skie fa­jer­wer­ki, ich lek­tu­ry by­wały „da­le­ko niżej”, ale też „da­le­ko wyżej li­te­ra­tu­ry wa­go­no­wej”, spo­so­by czy­ta­nia też prze­ro­zma­ite, prze­ważnie sta­tycz­ne, choć jak tra­fiała się dy­na­mi­ka – Boże mój!
Ni­g­dy na przykład nie za­pomnę pew­nej za­ska­kująco ni­skiej (nie sięgała no­ga­mi podłogi, i to nie sięgała znacz­nie, gdy zbliżał się jej przy­sta­nek, zsunęła się z sie­dzi­ska ni­czym z bur­ty tonące­go stat­ku) i za­ra­zem nie­zwy­kle kształtnej sza­tyn­ki. Po­wie­dzieć, że czy­tała książkę, to wy­po­wie­dzieć się nie na te­mat. Ona pożerała książkę, ob­co­wała z książką, poślu­biała ją i wy­pra­wiała jej po­grzeb, i to po­grzeb z mu­zyką, gwałciła ja­kiś nie za gru­by tom w miękkich okład­kach, przy­ci­skała go do biu­stu jak nie wia­do­mo ja­ki ta­li­zman, może na­wet nie­mowlę, które w następnej se­kun­dzie była go­to­wa opluć, zelżyć i wy­rzu­cić przez okno… Ty­siąc in­nych si­nu­so­idal­nie fa­lujących eks­cesów – na jaką książkę można tak re­ago­wać? Nie do­wiem się ni­g­dy. Mi­nia­tu­ro­wa fa­na­tycz­ka ob­co­wa­nia z, nie­ste­ty, nie­roz­po­zna­nym dru­kiem zwar­tym wy­siadła, prze­padła. In­ne przy­pad­ki? Od­pusz­czam. Li­sta klęsk wpraw­dzie lep­sza i z pew­nością bar­dziej po­uczająca od li­sty try­umfów, ale tym ra­zem o nie­porówny­walną z ni­czym klęskę cho­dzi.
Skra­dałem się; skra­dałem się, mi­mo iż wa­gon był pu­sty. Żad­nych błaze­nad czy try­um­fal­nie ob­wiesz­cza­nych przez mar­nych kry­tyków gom­bro­wi­cziad. Skra­dałem się, al­bo­wiem zbliżałem się do nie mo­je­go świa­ta. Miała dwa­dzieścia parę lat, po­pie­la­te włosy do ra­mion, zie­lo­ne oczy, re­gu­lar­ne ry­sy i była do­sko­nałością. Sie­działa, ale żad­na sztu­ka zgadnąć, iż ma ty­le wzro­stu, ile przez stu­le­cia mie­wały ideały piękności dam­skiej, 173 cen­ty­me­try mia­no­wi­cie mak­si­mum, 172 mi­ni­mum. Złoty ten roz­miar mniej więcej od lat sie­dem­dzie­siątych ubiegłego wie­ku zaczęto – wpierw nieśmiało, po­tem z osten­tacją, po­tem drogą ter­ro­ru – kwe­stio­no­wać i de­stru­ować.
Wydłużenie i spłasz­cze­nie – „wężowa” ta za­sa­da w każdej dzie­dzi­nie ska­za­na jest na klęskę, za­nim jed­nak do tej klęski doj­dzie, wężowość glob ople­cie, za­tru­je, wy­pa­czy i wy­zu­je z za­sad. Gdy wiel­cy pro­jek­tan­ci mo­dy (przywódcy naj­większych or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych świa­ta) ogłosi­li, iż praw­dzi­wa i je­dy­nie słuszna ko­bie­cość za­czy­na się od 180 cen­ty­metrów, nikt nie pro­te­sto­wał – wręcz prze­ciw­nie: pełne po­par­cie. I roz­mnożyło się, i roz­po­starło wzdłuż i wszerz ko­szy­kar­skie po­ko­le­nie, i zasłoniło, i wy­ru­go­wało har­mo­nię 172–173.

Jerzy Pilch, Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

Pilch: M.

image

26 lip­ca 2012

M. z lek­kością prze­bi­jała Nie­tz­sche­go i Do­sto­jew­skie­go. Nie dzi­wi mnie to, ale uświa­da­miam to so­bie późno. Nie: „za późno”, bo ani ruj­nujące wielką miłość „ka­ta­stro­fal­ne spóźnie­nie”, ani oca­lające „przy­by­cie na czas” nie wcho­dzi w tym wy­pad­ku w grę. „Wiel­ka miłość” też nie wcho­dzi w grę – gdy­by nie obrzy­dze­nie do te­go ro­dza­ju ter­mi­no­lo­gii, po­wie­działbym oczy­wiście: „tok­sycz­ny związek”; ni­czym fe­ral­ne zaklęcie, wy­zwo­liłoby to de­mo­ny płycizn, tan­det i ba­nałów; jak­bym już te­go mar­twe­go wy­rażenia użył, być może (w po­czu­ciu jałowi­zny zu­pełnej) brnąłbym w ja­kieś dal­sze spe­ku­la­cje, w ja­kieś żałosne efek­ty, że ni­by każdy tok­sycz­ny związek ma się za wielką miłość i każda wiel­ka miłość prędzej czy później ob­ra­ca się w tok­sycz­ny związek, itp., itd. Z jed­nej stro­ny, mógłbym się na śmierć te­go ty­pu for­mułami za­ki­wać, nic by one nie mówiły, nic by z nich nie wy­ni­kało, z dru­giej – te­go ro­dza­ju na­pu­szo­na ogólni­ko­wość pa­su­je tu jak ulał.
Mało było w tej hi­sto­rii po­tocz­nych ka­te­go­rii, mało – po­wie­działbym – re­ali­zmu, co nie zna­czy, że były wi­zje i po­ezje. Była cho­ro­ba psy­chicz­na kie­dyś mrocz­na, bo mrocz­na, ale nie­mal świętość, dziś, sam nie wiem? – po­spo­li­tość? ba­nał? – świętość ra­czej nie. Było ciężkie świ­ro­wa­nie i było prze­biegłe (prze­bie­gle wa­riac­kie, a więc w je­go ab­so­lut­nie cho­rej lo­gi­ce całko­wi­cie i w każdym ogni­wie nie­pod­ważal­ne) uda­wa­nie zdro­wia.
„Nie­tz­sche i Do­sto­jew­ski – po­wia­da Szes­tow w Apo­te­ozie nie­za­ko­rze­nie­nia – wy­dają się ty­po­wy­mi «od­wrot­ny­mi sy­mu­lan­ta­mi», jeśli można się tak wy­ra­zić. Uda­wa­li, że są psy­chicz­nie zdro­wi, mi­mo że by­li psy­chicz­nie cho­rzy. Do­brze wie­dzie­li, że są cho­rzy, ale ujaw­nia­li cho­robę tyl­ko w ta­kim za­kre­sie, w ja­kim dzi­wac­two ucho­dzi jesz­cze za ory­gi­nal­ność. Z wrażli­wością cha­rak­te­ry­styczną dla wszyst­kich, którzy znaj­dują się w ciągłym nie­bez­pie­czeństwie, ni­g­dy nie prze­kra­cza­li pew­nej gra­ni­cy. Nóż gi­lo­ty­ny opi­nii pu­blicz­nej za­wsze wi­siał nad ni­mi: wy­star­czyłoby tyl­ko niezręcznym ru­chem po­ciągnąć za sznu­rek i eg­ze­ku­cja do­ko­nałaby się sa­mo­czyn­nie. Ale po­tra­fi­li po­wstrzy­mać się przed zbędnym ru­chem”.
Po­wie­dzieć, że M. była „od­wrotną sy­mu­lantką”, to nic nie po­wie­dzieć, uda­wała psy­chicz­nie zdrową i było to uda­wa­nie tym wia­ry­god­niej­sze, że nie ukry­wała cho­ro­by psy­chicz­nej, z której nie tak daw­no, ale rze­ko­mo całko­wi­cie wy­zdro­wiała. Opo­wia­dała o swym sza­leństwie tak swo­bod­nie, tak po­god­nie i tak prze­ko­nująco, że nie było wątpli­wości: przeszła przez to i wyszła z te­go. Nie po­zor­nie, nie rze­ko­mo, ale w sen­sie ścisłym. Nie­po­dob­na było jej nie wie­rzyć. Wte­dy gdy trze­ba, była pełna dy­stan­su, wte­dy gdy trze­ba, nie taiła dra­stycz­nych szczegółów, wte­dy gdy trze­ba, była bli­ska płaczu. Miała cha­ryzmę Freu­da, Jun­ga, From­ma ra­zem wziętych; była wzor­cem równo­wa­gi – czułem się przy niej roz­dy­go­ta­nym hi­ste­ry­kiem, młod­sza o przeszło trzy­dzieści lat – czułem się przy niej smar­ka­tym dup­kiem.
Weźmy sy­tu­ację ele­men­tarną: wy­obraźcie so­bie, że ma­cie w ro­dzi­nie wa­ria­ta, wa­riat jest nie­groźny, ale cho­ro­ba postępu­je, wa­riat sta­je się co­raz przy­krzej­szy, groźniej­szy, nie­bez­piecz­niej­szy, w końcu następu­je wy­buch, wa­riat ata­ku­je, de­mo­lu­je dom, ko­goś ra­ni, może na­wet za­bi­ja, sam próbu­je się za­bić, pra­wie mu się uda­je, po­go­to­wie przy­jeżdża w ostat­niej chwi­li. Wa­riat zo­sta­je za­mknięty w do­mu wa­riatów, in­ten­syw­ne le­cze­nie trwa naj­mniej parę ty­go­dni, nie­ste­ty, na­wet jak trwa parę mie­sięcy, jest to bez zna­cze­nia, wszyst­ko, co do­bre, kończy się błyska­wicz­nie. Ogłuszo­ny psy­cho­tro­pa­mi, le­d­wo łażący, milczący, toczący wkoło błędnym spoj­rze­niem, rze­ko­mo wy­le­czo­ny wa­riat wra­ca do do­mu.
Pod zna­kiem cze­go płynie te­raz wa­sze życie? Oczy­wiście pod zna­kiem lęku przed na­wro­tem szału wa­ria­ta; każde słowo, zwłasz­cza każde je­go dziw­ne słowo, a pra­wie wszyst­kie je­go słowa są te­raz dziw­ne, każdy je­go nie­ty­po­wy gest, każdy je­go nie­ostrożny ruch zdają się za­po­wia­dać nawrót; pierw­szy po­byt w do­mu wa­riatów jest za­po­wie­dzią po­bytów następnych, ko­lej­ne ata­ki, de­mol­ki, mniej lub bar­dziej uda­ne sa­mobóje to tyl­ko kwe­stia cza­su.
M. dała radę odwrócić wszyst­ko. Gdy po ośmio­ty­go­dnio­wym po­by­cie w wia­do­mej kli­ni­ce wróciła do do­mu, na­tych­miast wszy­scy uwie­rzy­li: atak był na wskroś jed­no­ra­zo­wy, w za­sa­dzie nie był to atak, tyl­ko zbieg nie­for­tun­nych oko­licz­ności, w każdym ra­zie żad­nych, ale to żad­nych na­wrotów nie będzie, jest całko­wi­cie, ale to całko­wi­cie wy­le­czo­na. Pra­wie uda­na – po­go­to­wie przy­je­chało dosłownie w ostat­niej chwi­li – próba wy­krwa­wie­nia się drogą roz­ha­ra­ta­nia szkłem wszel­kich możli­wych żył jęła, z go­dzi­ny na go­dzinę, z dnia na dzień, sta­wać się gwa­rancją ab­so­lut­nej nor­mal­ności. Roz­ma­ite rze­czy mogą się jesz­cze w życiu zda­rzyć, ale sa­mobójstwo? Śmie­chu war­te! Co jak co, ale nie to! Tam­to? Tam­to było tak dziw­ne, że w za­sa­dzie nie można go li­czyć… Pi­wo! Tra­wa! Pro­chy! Bu­tel­ka się roz­biła, szkło zbie­rałam, ska­le­czyłam się, to praw­da – głębo­ko, ale ja­kie sa­mobójstwo! Jak­bym chciała, na­wet po al­ko­ho­lu bym tra­fiła! Z udo­wej tętni­cy ju­cha do mied­ni­cy! Przez dziurę w udzie du­sza nie pójdzie! Ze szpi­ta­la po­win­ni mnie następne­go dnia ra­no wy­pi­sać! Nic mi nie było! Ale jak to mówią: ty­le w kim mądrości, ile cier­pli­wości. Wy­trzy­małam, po­sie­działam i nie żałuję. Nie­jed­no wi­działam.
Jak słowo daję: za­zdrości­liśmy jej nor­mal­ności. Było ja­sne, że jest nie tyl­ko naj­nor­mal­niej­sza z nas, ale i naj­nor­mal­niej­sza pod słońcem! Ja­ki nawrót? Kto jak kto, ale M. nie zwa­riu­je ni­g­dy. Jest to ab­so­lut­nie ja­sne. I było to ab­so­lut­nie ja­sne. Póki nie nastąpił nawrót, póki doszczętnie nie zwa­rio­wała i póki na schi­zo­fre­nię – z głodu, całko­wi­cie ode­rwa­na od świa­ta, upa­pra­na własny­mi od­cho­da­mi – nie zmarła. No cóż, i Nie­tz­sche, i Do­sto­jew­ski mie­li ciężką śmierć. Ale nie aż tak ciężką. I pod tym względem była lep­sza. Jej cier­pie­nie? Na ra­zie nie je­stem w sta­nie po­ru­szyć te­go kon­tro­wer­syj­ne­go te­ma­tu.

Jerzy Pilch, Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.