Wiesz, co mam na myśli, bracie? Ten koncert zmienił moje życie

image

STEVE HARRIS Zaraz po incydencie z siecią Hudson’s i MC5 poszedłem na koncert Iggy’ego & The Stooges, który odbywał się w The New York State Pavilion na terenie Targów Światowych na Queensie. Iggy występował w Nowym Jorku po raz pierwszy. Spojrzał na widownię, podłubał w nosie, ktoś cisnął w niego puszką po piwie, Iggy odrzucił ją, zaśpiewał parę wersów, potem w jego stronę poleciała butelka, która się rozbiła, a on rzucił się na scenę i poturlał po szkle, raniąc się na całym ciele.

ALAN VEGA Na scenę wyszedł gość z blond grzywką, przypominający Briana Jonesa. Z początku myślałem w ogóle, że to laska. Miał na sobie poszarpane dżinsy i komicznie wyglądające mokasyny. Wpatrywał się dziko w tłum, a jego wzrok mówił: „Wszyscy wypierdalać!”. The Stooges ruszyli z jednym ze swoich kawałków, a zaraz potem Iggy skoczył ze sceny na beton i zaczął się ciąć rozwaloną gitarą. To nie była inscenizacja, w tym nie było nic z teatru. Teatralny był Alice Cooper z całą swoją oprawą. Z Iggym było inaczej. On nie udawał. To był prawdziwek. Koncert Iggy’ego zakończył się po dwudziestu minutach, a potem jakiś jebany geniusz wpadł na pomysł, żeby puścić z głośników Koncert brandenburski Bacha. Publika obrzucała scenę butelkami i różami. To było coś pięknego, daję słowo. Wiesz, co mam na myśli, bracie? Ten koncert zmienił moje życie, bo dzięki niemu uświadomiłem sobie, że wszystko, co do tej pory robiłem, to badziewie.

(…)

IGGY POP Kiedy przyjechaliśmy do Nowego Jorku, żeby zagrać w Ungano’s, spotkałem się z Billem Harveyem, szefem Elektry, i powiedziałem mu: „Nie jestem w stanie dawać czterech koncertów jeden po drugim bez dragów –i mam na myśli ciężkie dragi. Będzie to kosztować tyle i tyle, potem ci zwrócimy…”. Normalna propozycja biznesowa, no nie? A on patrzy na mnie, jakby mówił: „Chyba się przesłyszałem!”. Ja zaś złożyłem mu oficjalną propozycję i w moim odczuciu było to całkiem logiczne rozwiązanie. Więc spytałem: „Co w tym złego?”.

(…)

RON ASHETON Za każdym razem, gdy graliśmy w Nowym Jorku, na koncert przychodził jeden facet i tak zupełnie z własnej woli przynosił dla The Stooges buteleczkę koksu. Siedzimy więc sobie na backstage’u z Milesem Davisem, a tu wreszcie zjawia się ten koleś i po prostu rzuca towar na stół. Mieliśmy już przygotowane słomki. Tylko sobie wyobraź tę scenę, bo jest przednia: głowa Milesa Davisa tuż obok głów całej ekipy The Stooges i wszyscy jak na komendę wciągają ścieżkę. Po prostu opychaliśmy się tym jebanym proszkiem. Później Miles Davis powiedział: „The Stooges to oryginały –mają w sobie ducha”, czy coś w tym stylu. To było wspaniałe. Stary, moja głowa obok głowy Milesa Davisa!

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

Idziemy do BURROUGHSA

W marcu 1981 roku zmarł syn Williama Burroughsa, Billy, a William już latem 1978 roku zaczął wracać do ćpania – wskutek pobytu w Boulder po tym, jak Billy przeszedł przeszczep wątroby. Bujał się z punkami z Boulder, którzy, podobnie jak wielu innych, rwali się do załatwiania heroiny Williamowi Burroughsowi.

To było dla nich coś naprawdę szczególnego. Wiesz: „Przyćpałem z Burroughsem”. Czy coś może się z tym równać? To było jak powiedzieć: „Papież odprawił dla mnie prywatną mszę w swoim apartamencie”. To jest coś, no nie? Więc tacy byli ci goście. A gdy William wrócił do Nowego Jorku, inni załatwiali mu heroinę. Całe to środowisko było naprawdę straszne. William najwyraźniej coś przede mną ukrywał i był zupełnie do niczego. I cały czas był totalnie padnięty. A to jest najgorsza rzecz, jeżeli chodzi o ćpunów – to, że są tacy NUDNI. Siedzą i gadają o towarze. Jakby na ten temat było coś jeszcze do powiedzenia.

Tak więc byłem zmęczony całą tą jazdą i czułem, że mam tego dość. Wiesz, minęło pięć lat, wspiąłem się na Mount Everest i nadszedł czas, aby zająć się czymś innym. Chciałem przejść na emeryturę. Chciałem wykonać taki sam numer, jaki wycięła Patti Smith. Więc załadowałem sześciometrową ciężarówkę archiwami i innym badziewiem z The Bunker i ruszyłem przez kraj do Lawrence w stanie Kansas.

Naprawdę nie chciałem zostawiać Williama. W końcu troszczyłem się o niego, kochałem go. Nadal go kocham. Więc tkwiłem w rozkroku: wyprowadziłem się z Nowego Jorku, ale i tak zajmowałem się archiwami, rachunkami bankowymi i wszystkim innym. Ale on mógł mieszkać, gdzie chciał, a ja często tam jeździłem, podróżowaliśmy razem, odwiedzałem go i on mnie też czasami odwiedzał. I szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zwabię go tutaj, do Lawrence, na emeryturę. Ponieważ w jego wieku i z jego sławą dalszy pobyt w Nowym Jorku stał się dla niego niemożliwy – wypaliłby się, przedawkował albo zapił na śmierć, bo wszyscy przychodzili do niego, każdy chciał się naćpać z Heroinowym Ojcem Chrzestnym, jak go postrzegali. „Idziemy do BURROUGHSA” – jak gdyby to była jarmarczna rozrywka. Tak to prawie wyglądało

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

Miasto na sterydach

Jadąc West Side Highway, wciąż czuję ten sam dreszcz emocji co w 1980 roku, kiedy po raz pierwszy trafiłam na most wiodący na Manhattan. To uczucie chyba nigdy mi nie przejdzie. Obecnie Henry Hudson Parkway to gładka, asfaltowa droga, którą mkną sportowe samochody i SUV-y z tablicami rejestracyjnymi z Connecticut i Westchester. Po drugiej stronie rzeki stalowa konstrukcja mostu rozpięta wysoko nad wodą wbija się w strome klify New Jersey Palisades. Ale gdy po raz pierwszy jechałam Hudson Parkway, była to wyboista droga, która potrafiła poważnie zszargać nerwy: miałam wrażenie, że mój samochód został wystrzelony z flippera w dół zbocza, w głąb pełnego wykrotów lasu. Wszystko było nieznane. Wszystko było możliwe.

W 1980 roku Nowy Jork znajdował się na skraju bankructwa. Zdawało się, że śmieciarze urządzają strajk regularnie co miesiąc, a rachityczna infrastruktura zaraz się rozleci. Dzisiaj miasto lśni i pnie się w górę, lecz większość moich znajomych nienawidzi i nie rozumie tych zmian. „Otulinę”głównej drogi na odcinku West Sixties i West Seventies stanowi paskudny ciąg budowli należących do Donalda Trumpa, pomnik miejskiej korupcji, przekrętów finansowych i bezwzględnego traktowania mieszkańców, którzy po prostu musieli się wynieść ze swoich domów położonych na tym terenie. Dalej na południe biegacze, wózki dziecięce oraz błękitne i czerwone rowery suną ukwieconym, nadrzecznym bulwarem, wzdłuż doków –dziś zapomnianych, dawniej budzących lęk. To tu po nocach spotykali się nowojorscy geje, a prostytutki w płaszczach z norek i na wysokich obcasach pracowały do świtu.

The Westway, stary lokal ze striptizem przy Clarkson Street, stoi tam, gdzie stał, lecz dziś jego właścicielem jest hipsterski restaurator, któremu zależy przede wszystkim na przyciągnięciu ironicznych lajfstajlowców, bardziej ze świata mody niż sztuki –ludzi, którzy są cool, bo mieszkają w Nowym Jorku. Na rogu Spring Street i Thompson Street pozostał niewielki park z boiskiem do koszykówki, szaroniebieska pamiątka minionej epoki, w okolicy zdominowanej dziś przez markowe sklepy i ich klientelę –od West Broadway aż po TriBeCę. Dawniej zawsze mogłam liczyć na to, że nie zastanę tam żywej duszy; teraz w dzień i w nocy roi się tam od wielkich czarnych limuzyn i ludzi o egzotycznych akcentach.

Gdy pierwszy raz przyjechałam do Nowego Jorku, budynek przy West Broadway 420, siedziba zarówno Leo Castelliego, jak i Mary Boone, był w zasadzie jedynym miejscem, gdzie można było znaleźć duże i stałe galerie w downtown. Po drugiej stronie ulicy mieściła się The Dia Art Foundation, a nieco dalej surowe, lecz eleganckie przestrzenie, które kiedyś pokazywały „bezkresną”minimalistyczną sztukę w rodzaju The Broken Kilometer Waltera De Marii. Dziś SoHo przejmują kolejne sieciówki rodem z centrów handlowych: American Apparel, Gap, Forever 21, H & M. Pewnie tylko te firmy stać na czynsz. Całodobowa knajpa Dave’s Luncheonette na rogu Broadway i Canal Street, jeden przystanek od The Mudd Club, już od dawna nie działa. Sklep Canal Jean i tamtejsze kosze z ciuchami po pięć dolarów, ustawione na chodniku, gdzie niegdyś wszyscy moi znajomi zaopatrywali się w jasne dżinsy i czarne koszulki –to kolejne miejsce, które nie wytrzymało próby czasu. Włoska część dzielnicy Little Italy jest dziś jedynie bladym wspomnieniem. Znikły na dobre kluby „tylko dla mężczyzn” –ekspresy do kawy i małe pokoiki na zapleczu, w których klienci załatwiali podejrzane interesy. Możliwe, że istnieje jeszcze klinika oferująca terapię metadonową przy Spring Street, gdzie chadzał Sid Vicious. Oprócz tego został już tylko wielki kościół katolicki na Church Street, dziś wciśnięty pomiędzy butiki i modne restauracyjki.

Chinatown pochłania Little Italy i niegdyś głównie żydowskie Lower East Side. Chińska dzielnica to nieustannie rozszerzający się miniwszechświat modnych, starannie ubranych Azjatek i witryn przy kanałach przypominających instalacje artystyczne. Dawniej nikt –również ja –nie czuł się nocą bezpiecznie pomiędzy Grand Street a Houston Street, na wschód od Bowery. W Alphabet City żadna przecznica na wschód od Drugiej Alei do rzeki nie była bezpieczna –za dużo kręciło się tam handlarzy narkotyków. Dzisiaj tę okolicę zamieszkują wymuskani studenci o azjatyckich rysach, w obcisłych dżinsach, z twarzami pokrytymi kilkudniowym zarostem. Budzący niegdyś grozę park pomiędzy Forsyth Street a Chrystie Street został „zrewitalizowany”do tego stopnia, że dziś bawią się tam dzieci.

Gdy teraz wpadam do Nowego Jorku, zastanawiam się: „Co to w ogóle za miejsce? O co w nim chodzi?”. Odpowiedź brzmi: o konsumpcję i zarabianie pieniędzy. Wall Street trzęsie całym krajem, a przemysł modowy to wisienka na torcie. Wszystko, co ludzie określają jako „fantastyczne”albo „niesamowite”, trwa około dziesięciu minut, po czym zostaje zastąpione nowym zjawiskiem kulturalnym. Kreatywność i karierowiczostwo przestały się już wykluczać. Niedawno pewien mój znajomy określił twórczość znanego nam obojgu artysty jako corporate –korporacyjną –i nie był to komplement. Museum of Modern Art przypomina dziś gigantyczny sklep z pamiątkami.

Nowy Jork jest obecnie miastem na sterydach. Wygląda bardziej jak komiks niż coś rzeczywistego. Ale z drugiej strony nigdy nie był idealny, a ludzie zawsze z goryczą narzekali na zmieniające się oblicze miasta i utratę jego ducha.

Gdy studiuje się sztukę współczesną w Los Angeles, to wszyscy mówią o Nowym Jorku jako jedynym miejscu, w którym można żyć i tworzyć sztukę. Od zawsze brałam go pod uwagę jako jedną z opcji na przyszłość. Wciąż interesował mnie taniec; nawet na studiach brałam lekcje baletu. Pamiętam, jak czytałam o nieformalnej grupie nowojorskich tancerzy, którzy współpracowali z filmowcami i kompozytorami wykonującymi awangardowe utwory w Judson Memorial Church w Greenwich Village. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie No Manifesto Yvonne Rainer, która odrzuciła w swoim tańcu wszelką technikę, powab i teatralność. Zamiast tego skupiła się na zwyczajnym pięknie ciał w ruchu. Myśl, że film może być tańcem, była dla mnie fascynująca.

Wydawało się, że w Nowym Jorku dzieje się wszystko, więc wybrałam się tam, gdy ukończyłam Otis. Nie była to moja pierwsza wyprawa w te strony. Kilka miesięcy wcześniej wsiadłam do autobusu i ruszyłam na rekonesans –po części, aby poznać miasto, a po części, aby uciec od relacji z pewnym starszym artystą, o której wiedziałam, że jest dla mnie zła. Miałam świadomość, że jeśli pozostanę w tym związku, nikt nie potraktuje mnie poważnie, że będę uznawana za młodą protegowaną starszego faceta. Spędziłam w Nowym Jorku sześć miesięcy, po czym wróciłam autobusem do Los Angeles z planem zgromadzenia oszczędności na przeprowadzkę do Nowego Jorku.

Zanim zdążyłam ponownie wyjechać, zdarzył mi się wypadek samochodowy. Doszło do niego tego samego dnia, gdy Keller miał swój pierwszy epizod psychotyczny od czasu otrzymania dyplomu w Berkeley. Tkwiłam w potężnym, południowokalifornijskim korku w Culver City i czekałam, aby skręcić w Robertson Boulevard, gdy samochód jadący ulicą uderzył w inne auto. „Jestem świadkiem” –zdążyłam pomyśleć, zanim ten sam samochód wykonał gwałtowny skręt na chodnik, staranował mojego starego garbusa i zepchnął go na ścianę. Moje obrażenia nie były poważne –miałam poobijane plecy, założono mi kilka szwów –lecz rok później pieniądze z ubezpieczenia pozwoliły mi przetrwać w Nowym Jorku.

(…)

Trudno jest mi pisać o Nowym Jorku. Nie dlatego, że wspomnienia zaczynają się przenikać i nachodzić na siebie – tak to już jest ze wspomnieniami. Nie dlatego, że nie zakochałam się w tym mieście – w żadnym innym miejscu nigdy nie czułam się bardziej u siebie, choć zaznałam tam samotności i biedy. Trudność bierze się stąd, że wspominam przeszłość, wiedząc, co stało się potem. Ze złamanym sercem niełatwo opisywać historię miłosną.

Kim Gordon, Dziewczyna z zespołu, tłum. Andrzej Wojtasik, Wołowiec 2016.

Chodźcie, chłopcy, na żołędzie.

Swobodę obyczajową widać też w pieśniach, jeśli oczywiście dotrzemy do ich nieocenzurowanych wersji. Po polsku nazywają się one piosenkami „pieprznymi”, po białorusku i ukraińsku „słonymi”. W drugiej połowie XIX wieku bez ogródek śpiewano o namiętnościach, o których marzyli mężczyźni:

Jechałem z Warszawy,

Dziewka krowy doi;

Dała mi się mleka napić,

Teraz mi chuj stoi

I kobiety:

Matuleńku, daj mnie za mąż,

Albo mi ją nitką zawiąż,

Albo mi ją zalep gliną, –

Bo, dalibóg, nie wytrzymam.

I o tych, które przychodziły same:

„Ej ty, Jasiu podufały!

Nie będą cię panny chciały”.

„Oj, będą, będą, będą,

Bo latają za mną grzędą”:

Jedna boczkiem,

Druga toczkiem,

Trzecia na mnie mruga oczkiem;

A czwarta mnie szpilką kole –

„Pódź no, Jasiu, ku stodole”.

Lub:

Kaśka za piec, Maciek za nią,

Spuścił portki, skoczył [chlusnął] na nią.

W przyśpiewkach o wielu sprawach mówi się nadspodziewanie otwarcie, podejmuje się nawet tabuizowane zwykle kwestie, na przykład seksualność rodziców i ogólnie osób starszych:

Ej, dobrze ojcu było,

Da póki matka żyła;

Bo jak wlazł pod pierzynę,

Stanęła mu żyła.

A skoro mowa o rodzicach, to zachętę z ich strony odnotował nie tylko Kamieński:

Matuleńku, był to Maciek,

Chciał doniczki wiercić maczek.

Moja córuś, dać by było,

Przecież by jej nie ubyło.

„Pieprzne” pieśni ukazują prozdrowotne właściwości seksu:

Matuleńku, brzuch mię boli,

Zaprowadź mię do stodoły,

Połóżcie mię koło snopa,

Przyprowadźcie do mnie chłopa.

Współcześni seksuolodzy są zgodni: orgazm, szczególnie kobiecy, ma silne działanie przeciwbólowe.

W piosenkach znajdziemy też wreszcie dość luźne nastawienie do seksu za pieniądze czy raczej – jak to się dziś nazywa – sponsoringu:

Dziewczyno, daj mi piczki,

Dam ci rubla na trzewiczki;

Bo ci piczki nie ubędzie,

A w trzewikach ci ładnie będzie.

(…)

Poza tym w pieśniach ludowych znajduje się cała masa porad dotyczących udanego życia seksualnego. Zniechęcano w nich na przykład do zbyt dużej różnicy wieku:

Płacze Kasia, płacze,

I ma czego płakać:

Poszła za starego –

Nie chce ją pokochać.

Przestrzegano przed alkoholem:

Upiłem się, upiłem, nie mogę se rady dać;

Musisz mnie, dziewczyno, do domu prowadzić.

Wyjaśniano, czemu służą lubrykanty:

Słuchaj, Kaśka, co ci powiem:

Wysmaruj se psiuchę łojem;

Bo jak wlezie ciało w ciało,

Żeby dupsko nie skrzypiało.

Nie obyło się też bez wątków patriotycznych:

Dziewczyno z Zamieńca,

Nie wychodź za Niemca;

Bo Niemiec gorący,

Świergoli stojący.

Przed związkami mieszanymi ostrzegali również przybywający z miasta postępowcy: „Zwłaszcza ostro zarysowuje się tu problem narodowości w tzw. małżeństwach mieszanych, gdzie np. kobieta kultury europejskiej wychodzi za mąż za Afrykańczyka innej religii. Często miłość nie jest w stanie wyrównać tu sprzeczności i wyrzeczeń, jakie jedna ze stron musi ponieść na korzyść strony drugiej” – pisała pochodząca z warszawskiej elity lekarka Krystyna Lipińska-Raczek w podręczniku dla uczniów zasadniczych szkół rolniczych.

Są też pieśni ukazujące męską seksualność jako trudną do opanowania:

Kaśka za piec, Maciek za nią,

Spuścił portki, dalej za nią!

„Ej, Macieju, co robita!

Chyba mnie tam zadusita”.

„Nie, Kasiuniu, nie zaduszę:

Jakem zaczął, skończyć muszę”.

Podobnie przedstawiano ją w poradnictwie seksuologicznym. Na przykład w latach 70. Lew-Starowicz pisał na łamach „Itd”: „Specjaliści zajmujący się gwałtami seksualnymi (wiktymolodzy) niejednokrotnie podkreślali dość częsty fakt, że część gwał- tów wynikała z przekroczenia przez kobiety »progu wrażliwości i wytrzymałości« mężczyzn nieświadomie przez nich prowokowanych”. W latach 80. na łamach skierowanego do ludności wiejskiej „Tygodnika Kulturalnego” relacjonował: „W 30 proc. ogółu zgwałceń stwierdziłem, że zachowanie ofiar było lekkomyślne, świadomie lub nieświadomie prowokujące do zachowań seksualnych sprawców”.

Bardzo wiele pieśni dotyczy też seksualności kobiecej. Zwykle (auto)afirmację kobiecych narządów płciowych kojarzymy z amerykańskim feminizmem lat 70. i postacią Betty Dodson, która zachęcała Amerykanki, by sięgnęły po lusterka i zobaczyły, co mają między nogami. Szok, jaki przeżywały ówczesne panie domów, i wpływ tego doświadczenia na emancypację można zobaczyć na przykład w znakomitym filmie Smażone zielone pomidory. Dziewiętnastowieczne chłopki na ziemiach polskich doskonale jednak wiedziały, jak wyglądały ich cipki:

Czarna moja, czarna,

Nie ma takiej żadna,

Oj, czarna sznuróweczka,

Bo ja sieroteczka.

Chętnie, nawet w gronie rodzinnym, dyskutowały sprawy estetyki i higieny narządów płciowych:

Pytała się córka ojca,

Czy on goli swoje jajca –

„Moja córuś, ja ci życzę,

Weź nożyczki, ogól piczę”.

Wydaje się również, że różnorodność tych narządów była ceniona. Wskazuje na to przyśpiewka z Małopolski, tym razem z połowy XX wieku:

Powiadają mi skrzypice

ze Maryna ma dwie pice,

a basetla ta mi wróży,

że ma jedno ale duzo.

Co ciekawe, w ostatnich latach coraz częściej słychać o operacjach plastycznych, których celem jest standaryzacja żeńskich narządów płciowych. W Polsce praktyka ta szczęśliwie nie jest rozpowszechniona, a wiele autorytetów medycznych zdecydowanie się jej przeciwstawia. I słusznie: operacje genitaliów są obciążone ogromnym ryzykiem z uwagi na niesłychane ukrwienie okolic intymnych. Na jeszcze inny aspekt tej sprawy zwracają uwagę feministki: z odpowiednim, młodzieńczym wyglądem narządów (a więc także z ich małością) jest trochę tak jak z nadmiernie szczupłymi modelkami: nastolatki są gotowe na wiele wyrzeczeń, by się do nich upodobnić. Z danych Amerykańskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej wynika, że w Stanach Zjednoczonych w 2015 roku takim zabiegom poddało się 400 niepełnoletnich dziewcząt.

Inna sprawa poruszana w polskich piosenkach ludowych to satysfakcja, również kobieca. Seks ma dawać radość obojgu. W pieśniach wiele się mówi o dawaniu szczęścia i trafianiu „w dobre miejsce”. Pojawia się też motyw znany z Konopielki. Nie tylko nauczycielka u Redlińskiego, lecz także dziewczęta z Małopolski chciały dosiąść swych chłopaków:

Jasiu mój, Jasiu mój,

nie róbze mi krzywdy

ty no mnie wchodziłeś

jo na ciebie nigdy.

Znajdujemy też piosenki podejmujące kilka motywów edukacyjnych jednocześnie. Oto przykład z kujawskiego rękopisu Kolberga:

Już to temu pięć lat będzie,

Jak chodziłam na żołędzie,

Zawszem z sobą Jasia brała,

Żebym więcej uzbierała.

I właził mi Jaś na dęby,

Ja mu za to dałam gęby.

I dał mi Jaś swej żołędzi,

Co jej było na trzy piędzi.

Nie wiedziałam, gdzie ją włożyć,

Kazał mi się Jaś położyć.

Jak wziął wtykać i wymykać,

Aż zaczęłam z bólu sykać.

Ja mu mówię: stój, człowiecze,

Żołądź pęka, sok z niej ciecze.

Od tego żołędzi soku

Chorowałam trzy ćwierć roku.

Jak mi będzie, tak mi będzie,

Chodźcie, chłopcy, na żołędzie.

Jeśli za Dobrosławą Wężowicz-Ziółkowską przyjmiemy, że w folklorze o seksie mówi się zawsze w określony sposób, czyli przez odwołania do siania, orki, zbierania, rzemiosła, czyli różnego typu czynności codziennych, dowiadujemy się z tej przyśpiewki, że w ciążę można zajść, jeśli sok żołędzi wydziela się podczas kładzenia („Od tego żołędzi soku chorowałam trzy ćwierć roku”). I że pierwszy raz boli. Pocałunek i czułości za to jawią się jako alternatywa bez konsekwencji. Piosenka wiele też mówi o prawie kobiet do przyjemności oraz kobiecej inicjatywie w zalotach i w seksie. To narratorka proponuje wyprawę na żołędzie. Jak widać, nie tylko góralki wiedziały, czego chciały!

Dostrzeżemy to, kiedy wyjdziemy poza analizę symboliczną. Wężowicz-Ziółkowska słusznie zauważa, że w przyśpiewkach kobieta jest polem, łąką czy gniazdem, a jej partner pługiem, kosą czy ptaszkiem, w rezultacie łączy żeńskość z pasywnością, mę- skość z aktywnością lub wręcz agresją. Ale czy uogólnienie tego na stosunki męsko-damskie nie jest podążaniem za kolejnym stereotypem? Jeśli nie będziemy się koncentrować na symbolice, zobaczymy w pieśniach ludowych coś w rodzaju kobiecej autonomii seksualnej, kobiecej inicjatywy w konkretnych sytuacjach. Inny przykład, tym razem z Mazowsza, który dobrze ilustruje jednoczesną pasywność i aktywność symboli odpowiednio żeń- skich i męskich (kuchenka – kiełbaska) w związku z samym aktem seksualnym i czynną rolą kobiecą w całej sytuacji, to historia Kasinki i Jasieńka. Pojawia się tam też motyw troski mężczyzny o niechcianą ciążę (choć kwestię tę często zrzucano wyłącznie na kobiety). Podobnie jak w historii o żołędziach przedstawiono ją tu jako chorobę.

Prosiła Kasinka

raz o jedne łaskę:

aby ij zgotować

z barscykiem kiełbaskę.

A, moja Kasinku,

a co to za łaska,

u ciebie kuchenka,

u mnie kiełbaska.

A skoro Jasienko

barscyku zgotował,

wyjon se kiełbaskę,

do kieseni schował.

A, mój Jasienku,

coz to za łaska,

barscyku zgotował,

a gdzie ta kiełbaska?

Boję się, Kasinku,

byś nie chorowała,

bo się ta kiełbaska

nie ugotowała.

Dajze mi ją w rękę,

niech się zabawię,

jezeli surowa,

jesce ją raz wstawię.

Boję się, Kasinku,

zeby nie chorować,

bo tę kiełbaskę

mozna raz po raz

sześć razy gotować.

O kobiecej inicjatywie mówi się także w innej przyśpiewce, tym razem z Krakowskiego:

Obiecał syr dać,

żeby ją posmyrdać,

obiecał duży,

żeby jak najdłużej.

Autorzy pieśni ludowych mówią więc o sprawach płci w sposób dużo bardziej liberalny niż miejscy seksuolodzy. Najlepszym dowodem na to, że Kowalska-Lewicka miała rację, pisząc o drobnomieszczańskiej przyzwoitości płynącej z miasta na wieś, są utrzymane w tonie myśliwsko-wędkarskim słowa Wisłockiej o tym, że kobieta nigdy nie powinna inicjować seksu: „Nasze babcie twierdziły, że »mężczyzna to myśliwy, a kobieta – ptaszka, na którą poluje«. Im trudniejsza do upolowania czy złowienia, tym cenniejsza”. Być może mówiła tak wywodząca się z elity babcia Michaliny Wisłockiej, ale nie babcie Kasinki i przedsiębiorczych zbieraczek żołędzi.

Agnieszka Kościańska, Zobaczyć łosia. Historia polskiej edukacji seksualnej od pierwszej lekcji do internetu, Wołowiec 2017.

Toaletnik

Na stole w dużym pokoju ułożono ciało. Było nagie i chłopiec spuścił szybko wzrok; o tym, że było martwe, nie myślał, u nich w domu dotychczas się nie umierało – to nagość przerażała go najbardziej. Trzy nogi stołowe stały w miskach, jedna w doniczce; do naczyń nalano wody, żeby odciąć dostęp mrówkom, które już zaczynały gromadzić się w pokoju: czarne strzępy na jasnej posadzce. Matka uniosła nieco sukienkę i deptała je metodycznie, bez zapału.

– Do słodkiego idą – powiedziała.

Toaletnik zdjął kurtkę, podszedł bliżej. Przez chwilę przyglądał się ciału bez wielkiego zainteresowania, potem zwrócił twarz w kierunku matki, rzekł:

– Ze trzydzieści może.

– Dwadzieścia osiem – odparła tamta czujnie.

Zbliżył się jeszcze, uniósł zmarłej powiekę, w policzek zapukał dwa razy. Odpowiedziały mu dwa okrągłe, szare dźwięki: dwa krążki dymu puszczonego z fajeczki. Nasłuchiwał znudzony.

– Nie ma niczego w środku już – powiedział w końcu, odwrócił się, podszedł do okna, otworzył i przez chwilę spoglądał, porównywał.

Dziewczyna wciąż stała oparta o ścianę, paliła papierosa, zauważyła spojrzenie toaletnika i odwróciła głowę.

– Una – orzekł, zamknął okno i zabrał się do oporządzania ciała.

Oskrobał je nieco zgodnie z kierunkiem włosa.

– Nie dlatego, że trzeba – wytłumaczył od razu – lecz dlatego, że lubię ten dźwięk, po prostu.

Potem wyciągnął złoty nożyk, rozciął skórę na mostku, rozchylił klatkę piersiową i zaczął ją drążyć, rozgarniał coś w środku: wyczuł jeszcze wyraźnie garb ciepłego powietrza, obcą narośl na różanym płacie tłuszczu, pulsującą lekko, a niepotrzebnie już. (Zamknął w dłoni i zdusił. „Proszę spojrzeć – powiedział – jakie to serce małe”). Do obmywania nie przykładał wagi, lubił tylko plądrowanie i czasami, drążąc, zapominał się zupełnie: wtedy ciął krzywo, na oślep. Jeśli gdzieś jeszcze ostało się życie, pulsowanie, bieg krwi skądś dokądś – płoszył wszystko, wymiatał (taki był wówczas porządek ostrych przedmiotów: szlachtowanie).

– No, już koniec prawie – powiedział wreszcie. – Jeszcze tylko gdyby lodu.

– Lodu? – spytała matka, otworzyła okno, zawołała: – Chodź, chodź, ten pan już skończył.

– No, by ją lodem może – odparł tamten, otarł pot chusteczką, na cztery złożył. – Dłużej wytrzyma. Nie ma lodu w domu?

– Już można – zawołała tamta znowu, odwróciła się do mężczyzny, przemyśliwała krótko. – A wie pan, że jest chyba. Coś się znajdzie.

Zrobiła kilka kroków w kierunku drzwi i znów się zatrzymała.

– Ono nie będzie tu długo stało. Goście przecież przyjdą, a nie wypada ich do kuchni…

– No, no – odparł – wiadomo. Trochę tylko tego lodu, żeby do pogrzebu wytrzymało.

Odsunął się od ciała; oglądał z oddali, z rękami na biodrach.

– Dobrze wyszło, nie? – zwrócił się do chłopca. – Co powiesz?

– Lepiej jej.

– Szyje – powiedział toaletnik – lubię szczególnie. Na nich się skupiam. Jeśli się uda zachować szyję w stanie nietkniętym, dobra nasza. Po szyi najłatwiej poznać fuszerkę.

Zbliżyli się do ciała i objaśniał, wskazując.

– Więcej lodu teraz nie mam – powiedziała matka, postawiła na stole wiadro. – Bym wodę grzać musiała, potem studzić, kroić.

– Tyle starczy już – rzekł tamten. – To przecież i tak tylko w brzuch.

Rozchylił znowu klatkę piersiową, otwierała się podług żeber: jak drzwiczki. Napchał lodu, z reklamówki wyciągnął butelkę wódki, włożył do środka, zamknął.

– Niech się chłodzi – powiedział – na wieczór będzie jak znalazł.

Potem zebrał narzędzia, ręce wytarł w spodnie.

– No, czy dobrze wygląda? Istnieje zawsze możliwość wykonania bardziej.

– Ja wiem… – odparła matka. – Nie trza chyba. Taka mi się widzi. Lepiej wygląda jak wtedy, kiedy żyła.

– A ubrać można według swojego gustu już – rzekł i pożegnał się skinieniem głowy. – Rąk – powiedział jeszcze – nie podaję.

– A ty, synek – odezwała się matka do małego – ty cały czas tu? Już zapomniałam.

– Nie ma pośpiechu – odparł chłopiec.

– Nie ma, nie ma, nie? – zagadnął toaletnik. – Nie trzeba się śpieszyć. Dzień jest taki piękny, można się przejść, można gołą kobitkę obejrzeć.

Wyciągnął rękę ku chłopcu i chciał go pogłaskać, ale tamten szybko odskoczył.

Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Wołowiec 2015.

To był kiepski towar

Wyszedłem od Dennisona o szóstej i ruszyłem do domu, w stronę Washington Square. Na ulicy było chłodno i mgliście, słońce kryło się gdzieś za nabrzeżem East River. Szedłem na wschód Bleeker Street, po tym jak zajrzałem do Rikera w poszukiwaniu Phillipa i Ala.
Dotarłem do Washington Square tak senny, że chwiałem się na nogach. Wszedłem na drugie piętro, do mieszkania Janie, rzuciłem ubranie na krzesło, przesunąłem Janie na bok i położyłem się. Kot skakał po całym łóżku, bawiąc się w pościeli.
Kiedy obudziłem się tego sobotniego popołudnia, było dość ciepło, a w radiu we frontowym pokoju grała Filharmonia Nowojorska. Usiadłem, wychyliłem się z łóżka i zobaczyłem Janie, która siedziała na kanapie owinięta jedynie w ręcznik, z mokrymi po prysznicu włosami.
Przepasany ręcznikiem Phillip siedział z papierosem w ustach na podłodze i słuchał dobiegającej z głośnika I Symfonii Brahmsa.
– Hej, dajcie mi zapalić – powiedziałem.
– Dzień dobry – odrzekła Janie z sarkazmem małej dziewczynki i podała mi papierosa.
– Jezu, jak gorąco.
– No to wstań i weź prysznic, ty draniu – odburknęła.
– O co ci chodzi?
– Tylko bez takich pytań! Paliłeś wczoraj marihuanę.
– To był kiepski towar – odparłem i poszedłem do łazienki. Czerwcowe słońce rozświetlało całe pomieszczenie i kiedy puściłem zimną wodę w prysznicu, poczułem się tak jak w przeszłości, kiedy w letnie popołudnie nurkowałem w ocienionym jeziorze w Pensylwanii.
Po prysznicu, owinięty w ręcznik, usiadłem we frontowym pokoju ze szklanką zimnej oranżady i zapytałem Phillipa, gdzie wczoraj zniknął z Ramsayem Allenem. Powiedział mi, że po wyjściu od Dennisona poszli do Empire State Building.
– Dlaczego tam? – spytałem.
– Chcieliśmy skoczyć z ostatniego piętra. Dokładnie nie pamiętam.
– Skoczyć? – powtórzyłem.
Przez jakiś czas rozmawialiśmy o koncepcji Nowej Wizji, którą Phillip wtedy starał się dopracować, a kiedy skończyłem oranżadę, wstałem i przeszedłem do sypialni, żeby włożyć spodnie. Oznajmiłem, że jestem głodny.
Janie i Phillip zaczęli się ubierać, a ja w niewielkiej alkowie, którą nazywaliśmy biblioteką, przerzuciłem kilka papierów na biurku. Z wolna szykowałem się, żeby znów wyruszyć na morze. Położyłem parę rzeczy na blacie i wróciłem do pokoju, gdzie już czekali Janie i Phillip gotowi do wyjścia. Zeszliśmy schodami na dół, wprost na ulicę.

William S. Burroughs, Jack Kerouac, A hipopotamy żywcem się ugotowały, tłum. Ewa Górczyńska, Wołowiec 2014.

Herta Müller: Nie ufam językowi

image

Nie ufam językowi. Z własnego doświadczenia wiem, że jeśli chce być dokładny, musi przywłaszczyć sobie coś, co nie należy do niego. Nie wiem, dlaczego językowe obrazy mają tak złodziejskie usposobienie, dlaczego najtrafniejsze porównanie kradnie właściwości, które mu nie przysługują. To w zmyśleniu powstaje zaskoczenie i okazuje się, że dopiero poprzez wymyślone zaskoczenie zbliżamy się w zdaniu do rzeczywistości. Dopiero gdy jedno postrzeganie okradnie inne, jeden przedmiot przywłaszczy sobie materiał innego i go wykorzysta – dopiero gdy to, co się w rzeczywistości wyklucza, stanie się przekonujące w zdaniu, zdanie może przetrwać w obliczu rzeczywistości jako własna rzeczywistość – rzeczywistość, która wpadła wprawdzie w słowa, ale jest słownie wiążąca.

Herta Müller, Nadal ten sam śnieg i nadal ten sam wujek, tłum. Katarzyna Leszczyńska, Wołowiec 2014

Domowe algorytmy

Lewą ręką do lewej kieszeni, wyjąć klucze na kółku, roztasować je palcami, znaleźć kluczyk od drzwi na klatkę, wsunąć do zamka, skręcić o jedną ósmą obrotu w lewo, pociągnąć za kluczyk ciężkie stalowe drzwi. Kiedy już się rozpędzą, odkręcić kluczyk z powrotem i wyciągnąć w locie. Postawić krok lewą nogą i wejść w otwarte drzwi.

Sekwencja ruchów powtarza się bez zmian jak liturgia, kiedy wracam do domu. To samo z otwieraniem skrzynki na listy, wchodzeniem po schodach, otwieraniem drzwi do domu, zakładaniem i zdejmowaniem ubrania i butów, myciem się i wycieraniem. Zawsze mydlę najpierw prawą nogę, później lewą. A wycieram odwrotnie.
Nie myślę o tym, co robię. Działam machinalnie. Machinalność jest zadomowieniem. Przypomnieć sobie kolejność tych drobnych ruchów i kroczków jest trudno. One są zapisane w jakiejś innej pamięci, bardziej gadziej, automatycznej, przeznaczonej do wykonywania, a nie wywoływania. Zmiana któregoś z nawyków jest trudna. Trzy tygodnie musiałem przyzwyczajać się do tego, żeby zamykać drzwi na górną zasuwę zamiast na dolną.
Odtwarzanie domowych algorytmów przypomina mi, że jestem, kim jestem, i w tej kwestii nie zapowiadają się żadne zmiany.
Nocna burza trwała już piątą godzinę. Leżałem z zamkniętymi oczami i słuchałem. Zmienny ton deszczu, chlust wody pluskającej z rynien, co jakiś czas sunący poziomo syk spod kół samochodu jadącego Jerozolimskimi. I długie, głuche grzmoty. Światło błyskawic przebijało ciemność powiek. Poblask był najmocniejszy nie na wprost źrenicy, gdzie znajdowało się okno, tylko na obrzeżach, z góry i z boków. Tam na siatkówce jest najwięcej pręcików czułych na natężenie światła. To dlatego ruch najlepiej widać kątem oka. Spadek po czasach, kiedy do naszej ewolucji przyczyniały się lamparty.
Michał Cichy, Zawsze jest dzisiaj, Wołowiec 2014

Niedosmażone hamburgery

image
Każde dziesięciolecie ma swoją zagadkę hematologiczną – w epoce Minota była to niedokrwistość złośliwa. Niedokrwistość jest chorobą polegającą na zbyt małej liczbie czerwonych krwinek. W jej najpowszechniejszej postaci przyczyną jest niedobór żelaza, istotnego składnika służącego do ich wytwarzania. Przyczyną niedokrwistości złośliwej, rzadkiej odmiany tej choroby, którą badał Minot, nie jest jednak brak żelaza. (Inaczej niż w przypadku „zwykłej” niedokrwistości, choroby tej nie da się leczyć w standardowy sposób, czyli przez dostarczenie choremu żelaza – stąd określenie „złośliwa”). Podając pacjentom coraz bardziej makabryczne medykamenty – ćwierć kilograma kurzej wątróbki, niedosmażone hamburgery, surowe żołądki wieprzowe, a raz nawet zwymiotowane soki żołądkowe jednego ze studentów (doprawione masłem, cytryną i natką pietruszki) – w 1926 roku Minot i jego zespół badawczy wykazali, że niedokrwistość złośliwą powoduje niedobór niezwykle ważnego mikroelementu, związku chemicznego nazwanego później witaminą B12. W 1934 roku Minot wraz z dwoma współpracownikami otrzymał za to pionierskie odkrycie Nagrodę Nobla. Wykazał, że w tej skomplikowanej chorobie hematologicznej uzupełnienie niedoboru jednej substancji chemicznej może przywrócić krwi zdrowie. Tym samym krew okazała się organem, którego aktywność można regulować przez ingerencję w jego skład chemiczny.

„Przykro mi, proszę pani, ale »Times« nie może publikować na swoich łamach słów »pierś« ani »rak«”

image

W Ameryce XIX wieku rak był niewątpliwie obecny i zauważalny, ale przeważnie krył się w cieniu chorób znacznie powszechniejszych. W roku 1899, kiedy Roswell Park, znany chirurg z Buffalo, wysunął tezę, że rak kiedyś wysforuje się przed ospę, dur brzuszny i gruźlicę i stanie się najczęstszą przyczyną śmierci w USA, odebrano to jako „dość zaskakującą przepowiednię”, wyolbrzymione spekulacje człowieka, który dniem i nocą operuje chorych na nowotwory. Ale już pod koniec pierwszej dekady XX wieku, po upływie zaledwie dziesięciu lat, słowa Parka brzmiały coraz mniej zaskakująco, coraz bardziej zaś zdawały się prorocze.