Małe ucho ciasno przylega do głowy, a ponieważ stoję blisko, widzę całą zewnętrzną stronę muszli ucha i cień u jej nasady

Stoję na platformie tramwaju i nie mam najmniejszej pewności co do swojego miejsce na tym świecie, w tym mieście, w swojej rodzinie. Nie potrafiłbym również, chociażby pobieżnie, wymienić, jakie pretensje mógłbym z pewną dozą słuszności rościć o to do kogokolwiek. Nie mógłbym nawet uzasadnić, że stoję na tej platformie, trzymam się tego uchwytu, pozwalam się nieść temu wagonowi, że ludzie usuwają się tramwajowi z drogi, albo też idą sobie spokojnie lub wreszcie stają przed wystawami sklepów. Nikt wprawdzie tego ode mnie nie wymaga, ale to już obojętne.

Tramwaj zbliża się do przystanku, jakaś dziewczyna staje blisko stopni, gotowa do wyjścia. Ukazuje się moim oczom z taką wyrazistością, jak gdybym jej dotykał. Ubrana jest w czerń, fałdy spódniczki prawie się nie poruszają, bluzkę ma obcisłą, a kołnierzyk z białej koronki o delikatnym wzorze; lewą dłoń przyłożyła płasko do ściany wagonu, w prawej trzyma parasolkę opartą o drugi stopień, licząc od góry. Ma śniadą twarz, nos, z boku nieco płaski, u końca jest szerszy i zaokrąglony. Dziewczyna jest szatynką o bujnych włosach, drobne włoski rozwiewają się nad prawą skronią. Małe ucho ciasno przylega do głowy, a ponieważ stoję blisko, widzę całą zewnętrzną stronę muszli ucha i cień u jej nasady.

Zadałem sobie wówczas pytanie: Jak to się dzieje, że ona nie dziwi się sama sobie, usta ma zamknięte i nic na ten temat nie mówi?

Franz Kafka, Pasażer, tłum. Alfred Kowalkowski, [W:] Ibidem, Opowieści i przypowieści, Warszawa 2016, s. 11.

17 grud­nia 2012

Mi­nio­ne­go la­ta w tram­wa­ju nr 17 uj­rzałem ko­bietę czy­tającą książkę. Wi­dok ta­ki za­wsze mnie po­ru­sza, za­wsze re­aguję z równie in­ten­sywną, co nie­zro­zu­miałą emocją. Nie mam pojęcia jaką. Nie cho­dzi o mniej lub bar­dziej ero­tycz­ne re­ak­cje na ko­bie­cość czy in­te­lek­tu­al­ne na lek­turę. W każdym ra­zie nie tyl­ko o ta­kie re­ak­cje idzie. „Czy­tająca w tram­wa­ju” uru­cha­mia we mnie dziw­ny me­cha­nizm, trąca ta­jemną strunę, oczy­wiście za­chwy­ca, ge­ne­ral­nie za­chwy­ca, ale też (zgoła nie mar­gi­nal­nie) iry­tu­je, drażni, rozwście­cza, z święcie usta­lo­ne­go ryt­mu wy­bi­ja.
Na py­ta­nia, ja­ki tu jest kom­pleks, ja­ka psy­cho­ana­li­za czy in­na me­temp­sy­cho­za, już nie szu­kam od­po­wie­dzi. Od pew­ne­go cza­su w ogóle nie sta­wiam te­go ro­dza­ju py­tań. Kie­dyś nie­zmien­nie w ta­kiej sy­tu­acji przy­woływałem Es­se Miłosza, wiersz ten zdał mi się zarówno mo­dlitwą do wszyst­kich przy­pad­ko­wo na­po­tka­nych bo­giń, jak i fi­lo­zo­ficz­nie wszech­stronną ana­lizą ta­kie­go spo­tka­nia. Był zresztą i w sen­sie ścisłym jest czymś ta­kim, ale prze­stałem się z nim bez­kry­tycz­nie iden­ty­fi­ko­wać. Nie obej­mo­wał mo­je­go przy­pad­ku. Okej – nie szarżuj­my. Obej­mo­wał, ale nie w całości. Nie tyl­ko dla­te­go że Miłoszo­wa piękność ni­cze­go nie czy­tała. Z in­nych po­wodów. Prze­czu­wa­nych, ale nie­na­zy­wal­nych. Sko­ro przez czter­dzieści lat się ich nie zna­lazło, nie na­zwało i nie spre­cy­zo­wało – można dać so­bie spokój i ga­pić się bez­in­te­re­sow­nie. Ga­pić się, nie do­cie­kając po­wodów ga­pie­nia. Ga­pić się, nie układając teo­rii ga­pie­nia.
Tym ra­zem na­wet jak­by błąkały się po głowie ja­kieś prze­ko­nujące po­wo­dy czy teo­rie, nie zmieściłyby się jed­nak w po­lu do­znań. Po­le do­znań było tra­dy­cyj­ne, ale jed­no: za­chwyt. Pierw­szy i je­dy­ny tak to­tal­nie kon­se­kwent­ny przy­pa­dek. Za­chwyt i nic prócz za­chwy­tu. Za­chwyt nie­skończe­nie – w sen­sie ko­smicz­nym – gęsty.
Ład­nych parę czy­tających w tram­wa­jach la­sek od­no­to­wałem, były wśród nich isto­ty nie­zau­ważal­ne ni­czym trik ilu­zjo­ni­sty i rzu­cające się w oczy ni­czym ben­gal­skie fa­jer­wer­ki, ich lek­tu­ry by­wały „da­le­ko niżej”, ale też „da­le­ko wyżej li­te­ra­tu­ry wa­go­no­wej”, spo­so­by czy­ta­nia też prze­ro­zma­ite, prze­ważnie sta­tycz­ne, choć jak tra­fiała się dy­na­mi­ka – Boże mój!
Ni­g­dy na przykład nie za­pomnę pew­nej za­ska­kująco ni­skiej (nie sięgała no­ga­mi podłogi, i to nie sięgała znacz­nie, gdy zbliżał się jej przy­sta­nek, zsunęła się z sie­dzi­ska ni­czym z bur­ty tonące­go stat­ku) i za­ra­zem nie­zwy­kle kształtnej sza­tyn­ki. Po­wie­dzieć, że czy­tała książkę, to wy­po­wie­dzieć się nie na te­mat. Ona pożerała książkę, ob­co­wała z książką, poślu­biała ją i wy­pra­wiała jej po­grzeb, i to po­grzeb z mu­zyką, gwałciła ja­kiś nie za gru­by tom w miękkich okład­kach, przy­ci­skała go do biu­stu jak nie wia­do­mo ja­ki ta­li­zman, może na­wet nie­mowlę, które w następnej se­kun­dzie była go­to­wa opluć, zelżyć i wy­rzu­cić przez okno… Ty­siąc in­nych si­nu­so­idal­nie fa­lujących eks­cesów – na jaką książkę można tak re­ago­wać? Nie do­wiem się ni­g­dy. Mi­nia­tu­ro­wa fa­na­tycz­ka ob­co­wa­nia z, nie­ste­ty, nie­roz­po­zna­nym dru­kiem zwar­tym wy­siadła, prze­padła. In­ne przy­pad­ki? Od­pusz­czam. Li­sta klęsk wpraw­dzie lep­sza i z pew­nością bar­dziej po­uczająca od li­sty try­umfów, ale tym ra­zem o nie­porówny­walną z ni­czym klęskę cho­dzi.
Skra­dałem się; skra­dałem się, mi­mo iż wa­gon był pu­sty. Żad­nych błaze­nad czy try­um­fal­nie ob­wiesz­cza­nych przez mar­nych kry­tyków gom­bro­wi­cziad. Skra­dałem się, al­bo­wiem zbliżałem się do nie mo­je­go świa­ta. Miała dwa­dzieścia parę lat, po­pie­la­te włosy do ra­mion, zie­lo­ne oczy, re­gu­lar­ne ry­sy i była do­sko­nałością. Sie­działa, ale żad­na sztu­ka zgadnąć, iż ma ty­le wzro­stu, ile przez stu­le­cia mie­wały ideały piękności dam­skiej, 173 cen­ty­me­try mia­no­wi­cie mak­si­mum, 172 mi­ni­mum. Złoty ten roz­miar mniej więcej od lat sie­dem­dzie­siątych ubiegłego wie­ku zaczęto – wpierw nieśmiało, po­tem z osten­tacją, po­tem drogą ter­ro­ru – kwe­stio­no­wać i de­stru­ować.
Wydłużenie i spłasz­cze­nie – „wężowa” ta za­sa­da w każdej dzie­dzi­nie ska­za­na jest na klęskę, za­nim jed­nak do tej klęski doj­dzie, wężowość glob ople­cie, za­tru­je, wy­pa­czy i wy­zu­je z za­sad. Gdy wiel­cy pro­jek­tan­ci mo­dy (przywódcy naj­większych or­ga­ni­za­cji ter­ro­ry­stycz­nych świa­ta) ogłosi­li, iż praw­dzi­wa i je­dy­nie słuszna ko­bie­cość za­czy­na się od 180 cen­ty­metrów, nikt nie pro­te­sto­wał – wręcz prze­ciw­nie: pełne po­par­cie. I roz­mnożyło się, i roz­po­starło wzdłuż i wszerz ko­szy­kar­skie po­ko­le­nie, i zasłoniło, i wy­ru­go­wało har­mo­nię 172–173.

Jerzy Pilch, Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.