Starzec

Z końca tego korytarza odchodził inny, krótszy, z którego wylotu płynęło światło, jak zapewniał go rozbawiony głos przy wejściu do domu. Światło to zaprowadziło Szmuela Asza do ciepłej, wysokiej biblioteki, gdzie żelazne okiennice były szczelnie zamknięte, a naftowy piecyk ogrzewał wnętrze przyjemnym niebieskawym płomieniem. Jedyne elektryczne światło dochodziło z garbatej lampy na biurku, pochylonej nad stertami książek i papierów, skupionej na nich tak, jak gdyby chcąc je oświetlić, darowała sobie całą pozostałą przestrzeń biblioteki.

Za kręgiem ciepłego światła, między dwoma metalowymi wózkami obładowanymi do granic możliwości mnóstwem książek, teczek, segregatorów i brulionów, siedział, rozmawiając przez telefon, starszy człowiek. Jego ramiona okrywał wełniany pled niczym szal modlitewny. Był to szpetny mężczyzna, rozrośnięty, szeroki i zdeformowany, garbaty, nos miał spiczasty niczym dziób spragnionego ptaka, a łuk jego brody przypominał kosę. Obfite i delikatne, niemal kobiece siwe włosy spływały z jego głowy jak szeroki srebrny wodospad, zakrywając kark. Oczy kryły się za górskimi łańcuchami gęstych siwych brwi, sprawiających wrażenie, jakby utworzone były z puszystego szronu. Również jego bujny einsteinowski wąs był śniegowym pagórkiem. Nie przerywając telefonicznej rozmowy, mężczyzna przeszył gościa bystrym spojrzeniem. Spiczastą brodę miał przechyloną na ukos ku lewemu barkowi, lewe oko zamknięte, a prawe szeroko otwarte, okrągłe i niebieskie, nienaturalnie wręcz rozszerzone. Nadawało to twarzy mężczyzny takiego wyrazu, jakby puszczał po szelmowsku oko albo z sarkazmem udzielał reprymendy, jak gdyby w okamgnieniu przejrzał na wylot stojącego przed nim chłopaka i dokładnie rozpoznał jego zamiary. Po krótkiej chwili kaleka zgasił reflektor swojego spojrzenia, skinieniem głowy potwierdzając, że zauważył obecność Szmuela, i odwrócił od niego wzrok. Tymczasem nie przestał ani na chwilę prowadzić przez telefon zażartego sporu:

– Przecież ten, kto stale podejrzewa, kto zakłada, że wszyscy go okłamują, a jego całe życie jest tylko niekończącym się pasmem omijanych pułapek – wybacz na chwilę, zjawił się tu u mnie jakiś kurier? A może to rzemieślnik, którego wcale nie zamawiałem? – Przy tym zasłonił słuchawkę dłonią, a jej palce poróżowiały w świetle lampy, aż wydały się niemal przezroczyste jak u zjawy. Naraz jego kostropata twarz przypominająca konar oliwki rozpromieniła się w szybkim łobuzerskim uśmiechu spod siwego wąsa, jak gdyby zdołał już złapać gościa w potrzask, a ten jeszcze się nie zorientował:

– Pan usiądzie. Tutaj. Proszę zaczekać.

Amos Oz, Judasz, tłum. Leszek Kwiatkowski, Poznań 2015.

Śpiące piękności

Wraz ze zbliżaniem się starości również Eguchi w bezsenne noce przypomniał sobie czasem jej słowa, zdarzało się, że liczył na palcach swoje kobiety, ale nie poprzestawał na tych, które chętnie by całował, najczęściej snuł wspomnienia o kobietach, z którymi sypiał. Również dzisiejszej nocy wraz z iluzorycznym zapachem mleka z piersi, przywołanym przez śpiącą dziewczynę, przyszła mu na myśl kochanka dawnych czasów. A może to przypomnienie krwi z sutki dawnej kochanki wywołało zapach, jakiego nie miała ta dziewczyna. Być może igranie z pięknościami nie budzącymi się z głębokiego snu daje właśnie tę smutną pociechę starym mężczyznom, że pogrążają się we wspomnieniach dawnych kobiet, które już nigdy nie wrócą. Eguchi natomiast odczuwa raczej spokój serca napiętnowany jednak smutną nutą. Dotknął jej lekko po to, żeby sprawdzić, czy pierś nie jest mokra: nie przyszła mu szalona myśl do głowy, nie zamierzał przestraszyć dziewczyny, w przeciwnym razie zbudziłaby się rano trochę później niż Eguchi i ze zdumieniem spostrzegłaby sączącą się z piersi krew. Piersi dziewczyny były chyba pięknie zaokrąglone, gdyż przyszło mu na myśl to dziwaczne pytanie: dlaczego wśród wielu rozmaitych stworzeń ziemskich tylko piersi kobiety, przedstawicielki rodzaju ludzkiego, w ciągu długiej historii otrzymały tak piękny kształt? Czyż piękno piersi kobiecej nie mogłoby być powodem opromienienia blaskiem chwały dziejów ludzkości?

To samo można chyba powiedzieć o wargach kobiety. Starzec Eguchi przypomniał sobie kobiety w toalecie, to znów kobiety ścierające makijaż przed snem; były wśród nich i takie, których wargi zupełnie bladły po starciu szminki, i kobiety, które wyglądały potem starzej. Twarz śpiącej obok niego dziewczyny tonęła w miękkim świetle z sufitu i w odblasku otaczającego ze wszystkich stron welwetu, trudno więc było stwierdzić, czy dziewczyna malowała się czy nie, ale na pewno nie skubała brwi. Wargi i zęby lśniły świeżością. Jeszcze nie zaczęła stosować tych sztucznych zabiegów, takich jak na przykład perfumowanie ust, więc Eguchi czuł tylko naturalny zapach oddychającej przez usta młodej dziewczyny.

Yasunari Kawabata, Śpiące piękności, PIW 1987