Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami

Myślę często o własnej śmierci i próbuję cierpliwie, precyzyjnie, wręcz z pewną drobiazgowością, ustalić jej dokładny kolor, określić precyzyjnie sposób, w jaki się “odbędzie”, i wyobrażam sobie z łatwością więcej obrazów: różne rodzaje bólu lub zapadania w stan nieprzytomności. Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami, niezdolny już do zamknięcia ich i niezdolny do wciągnięcia w płuca ostatniego łyku powietrza, jak gdyby powietrzna masa zatrzymała się tuż przed otwartą buzią i jej przeniknięcie dalej nie było możliwe (powiedziałbym, że powietrze zabrnęło w ślepy zaułek albo osiągnęło swój kres). Oto i wizja mieszaniny barw, świateł i dźwięków, tracących coraz mocniej wyrazistość, pośród których spadam ciągle aż do momentu, kiedy mógłbym z łatwością powiedzieć, że nastała zupełna ciemność, ale jednocześnie zdarzyło się coś wyraźniejszego i gęstszego niż ciemność, niż wszelki brak wrażeń, który można by określić słowami: coś ostatecznego, nieprzeniknionego, nieodwracalnego – zwłaszcza nieodwracalnego – w którego treści nie jestem już zawarty, a co jednak zawiera mnie radykalnie, istotnie, po najciemniejsze głębie (które, w zasadzie, gdyby mogły zostać porównane do tego stanu nieistnienia, byłyby jeszcze światłami) i wyrywa mnie z istnienia, tak jak zdarzyło się ze mną, gdy wziąłem wdech chloroformu na stole operacyjnym.

Cóż, niezależnie od tego jaki byłby mój własny “sposób” i ból albo nieświadomość mojej śmierci, wszystko wokół mnie nadal pozostanie nieruchome w dokładnie zdefiniowanych kształtach i objętościach i może gdzieś na ulicy w tym momencie przystanie jakiś człowiek, wyjmie z kieszeni pudełko zapałek i zapali papierosa.

Oto dlaczego nic nie rozumiem z tego, co dzieje się wokół mnie, i dalej “spadam” w życiu pośród zdarzeń i scenerii, pośród chwil i ludzi, kolorów i muzyki, coraz szybciej, sekunda po sekundzie, coraz głębiej, bez sensu, jak w studni ze ścianami wymalowanymi w zjawiska i w figury ludzi, w której moje “spadanie” jest tylko zwykłym przejściem i zwykłą trajektorią w próżni, stanowiąc jednak coś, co w dziwny i bezzasadny sposób można by nazwać “przeżywaniem własnego życia”…

Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018 s. 29-30.

Słowa-mordercy

Mam w  pamięci wiele podobnych zdarzeń. W tamtych czasach zarówno dzieci, jak i dorośli często chorowali i ulegali różnym wypadkom, rany krwawiły i ropiały, niektórzy od tego umierali. Jedna z córek pani Assunty, tej, która sprzedawała owoce, skaleczyła się zardzewiałym gwoździem i zmarła na tężec. Najmłodszy synek pani Spagnuolo udusił się, gdy chorował na krup. Jeden z moich kuzynów, dwudziestolatek, wyszedł rano do pracy przy usuwaniu gruzu, a wieczorem leżał martwy, przygnieciony kawałkiem muru, krwawiąc z ust i uszu. Mój dziadek zabił się, bo spadł z dachu, gdy pracował przy budowie domu, a ojciec pana Pelusa nie miał ręki, bo obcięła mu ją tokarka. Z kolei siostra Giuseppiny, żony pana Pelusa, zmarła na gruźlicę, nie skończywszy dwudziestu dwóch lat. Najstarszego syna don Achillego nigdy nie widziałam na oczy, ale dużo o nim słyszałam i wydaje mi się, jakbym go znała, bo to był ten, co poszedł na wojnę i zmarł dwa razy – najpierw, kiedy utopił się w Oceanie Spokojnym, a potem, kiedy pożarły go rekiny. Cała rodzina Melchiorre zginęła, krzycząc ze strachu, podczas bombardowania; kiedy ich odkopali, leżeli razem i  obejmowali się. Panna Clorinda wolała oddychać gazem zamiast powietrzem, żeby się nim zatruć na śmierć. Giannino, który uczył się w  czwartej klasie, kiedy my byłyśmy w  pierwszej, zginął przy wybuchu niewypału; Luigina, koleżanka z podwórka, a może nie – może zostało mi w pamięci tylko jej imię – zmarła na dur plamisty.

Żyłyśmy w  świecie pełnym słów-morderców: krup, tężec, tyfus, gaz, wojna, tokarka, gruzy, praca, bombardowanie, gruźlica, ropienie, bomby. Rozliczne lęki, jakie towarzyszyły mi przez całe życie, wywodzą się z tych słów, z tamtych czasów.

Elena Ferrante, Genialna przyjaciółka, tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Katowice 2014.

Toaletnik

Na stole w dużym pokoju ułożono ciało. Było nagie i chłopiec spuścił szybko wzrok; o tym, że było martwe, nie myślał, u nich w domu dotychczas się nie umierało – to nagość przerażała go najbardziej. Trzy nogi stołowe stały w miskach, jedna w doniczce; do naczyń nalano wody, żeby odciąć dostęp mrówkom, które już zaczynały gromadzić się w pokoju: czarne strzępy na jasnej posadzce. Matka uniosła nieco sukienkę i deptała je metodycznie, bez zapału.

– Do słodkiego idą – powiedziała.

Toaletnik zdjął kurtkę, podszedł bliżej. Przez chwilę przyglądał się ciału bez wielkiego zainteresowania, potem zwrócił twarz w kierunku matki, rzekł:

– Ze trzydzieści może.

– Dwadzieścia osiem – odparła tamta czujnie.

Zbliżył się jeszcze, uniósł zmarłej powiekę, w policzek zapukał dwa razy. Odpowiedziały mu dwa okrągłe, szare dźwięki: dwa krążki dymu puszczonego z fajeczki. Nasłuchiwał znudzony.

– Nie ma niczego w środku już – powiedział w końcu, odwrócił się, podszedł do okna, otworzył i przez chwilę spoglądał, porównywał.

Dziewczyna wciąż stała oparta o ścianę, paliła papierosa, zauważyła spojrzenie toaletnika i odwróciła głowę.

– Una – orzekł, zamknął okno i zabrał się do oporządzania ciała.

Oskrobał je nieco zgodnie z kierunkiem włosa.

– Nie dlatego, że trzeba – wytłumaczył od razu – lecz dlatego, że lubię ten dźwięk, po prostu.

Potem wyciągnął złoty nożyk, rozciął skórę na mostku, rozchylił klatkę piersiową i zaczął ją drążyć, rozgarniał coś w środku: wyczuł jeszcze wyraźnie garb ciepłego powietrza, obcą narośl na różanym płacie tłuszczu, pulsującą lekko, a niepotrzebnie już. (Zamknął w dłoni i zdusił. „Proszę spojrzeć – powiedział – jakie to serce małe”). Do obmywania nie przykładał wagi, lubił tylko plądrowanie i czasami, drążąc, zapominał się zupełnie: wtedy ciął krzywo, na oślep. Jeśli gdzieś jeszcze ostało się życie, pulsowanie, bieg krwi skądś dokądś – płoszył wszystko, wymiatał (taki był wówczas porządek ostrych przedmiotów: szlachtowanie).

– No, już koniec prawie – powiedział wreszcie. – Jeszcze tylko gdyby lodu.

– Lodu? – spytała matka, otworzyła okno, zawołała: – Chodź, chodź, ten pan już skończył.

– No, by ją lodem może – odparł tamten, otarł pot chusteczką, na cztery złożył. – Dłużej wytrzyma. Nie ma lodu w domu?

– Już można – zawołała tamta znowu, odwróciła się do mężczyzny, przemyśliwała krótko. – A wie pan, że jest chyba. Coś się znajdzie.

Zrobiła kilka kroków w kierunku drzwi i znów się zatrzymała.

– Ono nie będzie tu długo stało. Goście przecież przyjdą, a nie wypada ich do kuchni…

– No, no – odparł – wiadomo. Trochę tylko tego lodu, żeby do pogrzebu wytrzymało.

Odsunął się od ciała; oglądał z oddali, z rękami na biodrach.

– Dobrze wyszło, nie? – zwrócił się do chłopca. – Co powiesz?

– Lepiej jej.

– Szyje – powiedział toaletnik – lubię szczególnie. Na nich się skupiam. Jeśli się uda zachować szyję w stanie nietkniętym, dobra nasza. Po szyi najłatwiej poznać fuszerkę.

Zbliżyli się do ciała i objaśniał, wskazując.

– Więcej lodu teraz nie mam – powiedziała matka, postawiła na stole wiadro. – Bym wodę grzać musiała, potem studzić, kroić.

– Tyle starczy już – rzekł tamten. – To przecież i tak tylko w brzuch.

Rozchylił znowu klatkę piersiową, otwierała się podług żeber: jak drzwiczki. Napchał lodu, z reklamówki wyciągnął butelkę wódki, włożył do środka, zamknął.

– Niech się chłodzi – powiedział – na wieczór będzie jak znalazł.

Potem zebrał narzędzia, ręce wytarł w spodnie.

– No, czy dobrze wygląda? Istnieje zawsze możliwość wykonania bardziej.

– Ja wiem… – odparła matka. – Nie trza chyba. Taka mi się widzi. Lepiej wygląda jak wtedy, kiedy żyła.

– A ubrać można według swojego gustu już – rzekł i pożegnał się skinieniem głowy. – Rąk – powiedział jeszcze – nie podaję.

– A ty, synek – odezwała się matka do małego – ty cały czas tu? Już zapomniałam.

– Nie ma pośpiechu – odparł chłopiec.

– Nie ma, nie ma, nie? – zagadnął toaletnik. – Nie trzeba się śpieszyć. Dzień jest taki piękny, można się przejść, można gołą kobitkę obejrzeć.

Wyciągnął rękę ku chłopcu i chciał go pogłaskać, ale tamten szybko odskoczył.

Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Wołowiec 2015.

To, co trwa, psuje się

Gdyby mogła zobaczyć siebie od wewnątrz za kilka lat, nawet po roku, stwierdziłaby, że obraz Miguela, teraz nieustannie ją prześladujący, z każdym mijającym dniem rozmazywał jej się, że spłowiał z czasem bardzo i że nowe pasje pozwalają jej wspominać go jedynie od czasu do czasu, ze spokojem dziś zaskakującym, z tym samym, nieodmiennie, żalem, ale już bez wzburzenia właściwie. Bo na pewno pojawią się nowe pasje i jej pierwsze małżeństwo w końcu wyda jej się nieomal snem, wspomnieniem niepewnym i odległym. To, co dziś postrzegane jest jako tragiczna anomalia, odbierane będzie jako coś nieodzownie normalnego, nawet pożądane, skoro do tego pewnie dojść musiało. Dziś uznaje za niedopuszczalne, że Miguela już nie ma, ale nadejdzie chwila, kiedy za niepojęte uzna, że mógłby znowu być, że jednak żyć może; kiedy najzwyklejsze fantazje o cudownym odżyciu, o zmartwychwstaniu, o jego powrocie, okazałyby się nie do zniesienia, bo przydzieliła mu już miejsce ostateczne w czasie, tak jak i jego uspokojonej twarzy, i nie mogłaby się pogodzić z tym, iż ta jego twarz raz na zawsze uformowana i niezmienna znów została poddana zmianom przez to, co nadal żyje, a tym samym jest nieprzewidywalne. Dominuje w nas raczej pragnienie, żeby nikt nie umierał, żeby nic z tego, co nam towarzyszy, z tego, co jest naszym ulubionym zwyczajem, nie kończyło się, nie uświadamiając sobie, że tym, co rzeczywiście podtrzymuje zwyczaje w stanie nienaruszonym, jest ich raptowna likwidacja, żadna drobna zmiana, żadna ewolucja, żadne porzucenie, żadne odstąpienie. To, co trwa, psuje się, w końcu gnije, nudzi nas, zwraca się przeciwko nam, przesyca nas, męczy. Ileż to osób, bez których nie wyobrażaliśmy sobie życia, odpada po drodze, ile z nich wypala się nam i z iloma urywa się nam kontakt bez żadnego widocznego powodu, a tym bardziej z rzeczywiście istotnego powodu. Jedynymi, którzy nam nie nawalają i nie rozczarowują nas, to ci, których się nam wydziera, jedyni, którym nie pozwalamy upaść, to ci, którzy znikają wbrew naszej woli, raptownie, nie mając już czasu, by doprowadzić nas do rozpaczy lub zawieść nasze nadzieje. A kiedy do tego dochodzi, natychmiast lamentujemy, bo uważamy, że moglibyśmy z tymi osobami długo jeszcze przestawać, bez końca. To oczywiście błędne myślenie, choć zrozumiałe. Przedłużanie wszystko wypacza i to, co wczoraj było wspaniałe, jutro byłoby męką. Reakcja, jaką wszyscy mamy wobec śmierci kogoś bliskiego, podobna jest do tej, jaką okazał Makbet na wieść o śmierci swojej żony, Królowej. She should have died hereafter, odpowiada nieco enigmatycznie: „Powinna była umrzeć począwszy od teraz” mówi, czy też „od teraz później”. Można by, dla uniknięcia niejasności i dla większej prostoty, oddać to zwyczajnie jako „później” i już albo: „Powinna była poczekać jeszcze trochę i wytrzymać”; w każdym razie na pewno mówi: „Nie w tej chwili, nie w chwili wybranej”. Ale jaka miałaby być ta chwila wybrana? Nigdy ten moment nie wydaje nam się właściwy, zawsze myślimy, iż to, co się nam podoba lub nas raduje, to, co nam przynosi ulgę lub nam pomaga, to, co nas pcha przez wszystkie dni, mogłoby potrwać trochę dłużej, rok, kilka miesięcy, kilka tygodni, godzin kilka, zawsze wydaje nam się, że jest za wcześnie, by położyć kres rzeczom lub osobom, zawsze ta chwila wydaje się nam niewłaściwa, ten moment, kiedy my sami moglibyśmy powiedzieć: „Już. Wystarczy już. Starczy tego, dosyć. Od teraz będzie tylko gorzej, zużycie, degrengolada, plama”. Ale nie mamy odwagi, by o tym powiedzieć: „Ten czas już minął, choć był naszym czasem”, i dlatego nie jest w naszych rękach koniec czegokolwiek, bo gdyby to od nich zależało, wszystko trwałoby w nieskończoność, zanieczyszczając się, brudząc, i żaden żywy nigdy nie przeistoczyłby się w zmarłego. 

Javier Marias, Zakochania, tłum. Carlos Marrodan Casas, Wojciech Charchalis, Katowice 2013.

Jonas T. Bengtsson „Submarino”

image

Szeregowy dom w Herlev. Wszystko tu jest malutkie, drzwi, listownik, tabliczka z nazwiskiem. Przez okno widzę wąską kuchnię z maleńkim stołem. Chatka z piernika. Gdybym odłamał dachówkę, mógłbym ją włożyć do ust. Dzwonię jeszcze raz. Widzę, że w środku zapala się światło, słychać, że w przedpokoju coś się przewraca, stojak na parasole czy coś podobnego, co starsi ludzie trzymają na wierzchu. Powoli, bardzo powoli. Walka o dojście do drzwi. Byłem tu wcześniej jeden jedyny raz. Osiem, dziesięć lat temu. Mieliśmy się z Mikiem spotkać w mieście, iść do Christianii, trochę popalić, trochę popić, posłuchać muzyki. Czekałem na niego pół godziny, w końcu zadzwoniłem na komórkę. Jeszcze spał. Charlotte go wyrzuciła, wrócił więc do swojej starej matki. Spytał, czybym po niego nie przyjechał. Nie wiem, dlaczego dałem się namówić. Matka upiekła scones, piliśmy herbatę i czuliśmy się jak konfirmanci. Pozwoliła nam wyjść dopiero pod wieczór. Za każdym razem, gdy wychodziła z pokoju, szeptem rozmawialiśmy o tym, kto ma dobry towar, dokąd pójdziemy i kogo odwiedzimy. Nie pamiętam już, co robiliśmy wieczorem, ale wciąż niemal czuję smak herbaty i bułeczek. Drzwi się otwierają i staje w nich matka Mike’a. Postarzała się. Bardziej niż o te dziesięć lat, które minęły od czasu, kiedy ostatnio ją widziałem. Patrzy na mnie bez słowa. To zły moment, ale ona nie ma już żadnych dobrych momentów.  

– Nie wiem, czy pani mnie sobie przypomina. Jestem kolegą Mike’a…  

– Wiem.  

– Pomyślałem sobie, że może go tu zastanę.  

– Tu go nie ma.  

– A wie pani, gdzie mogę go szukać?  

– Na Cmentarzu Zachodnim.

Zamyka drzwi. Ja dalej stoję. Chociaż usłyszałem, co powiedziała, chociaż Mike był ćpunem, a ćpuny umierają, ciągle to do mnie nie dociera. Dalej stoję, a ona znów otwiera drzwi. Łapie mnie za rękę i wciąga do kuchni. Sadza przy stoliczku w biało-niebieską kratkę przy oknie. Stawia przede mną filiżankę kawy, otwiera puszkę po ciastkach, wyjmuje z niej trzy wycinki z gazety i rozkłada przede mną. Zostawia mnie w kuchni samego. Słyszę telewizor włączony w salonie. Krótki artykuł i dwie notki. Niewiele było do napisania o Mike’u. Jego nazwiska nie wymieniono w żadnym z artykułów. Jedna krótka notka mówi o narkomanie, który zmarł w toalecie na Dworcu Głównym dzień przed Wigilią. Gdyby to był jakikolwiek inny wieczór, w ogóle by o tym nie wspomniano. To wiadomość z rodzaju z tych krótkich, zajmujących jedną szpaltę na stronie trzeciej w lokalnej gazecie. Próba napadu na sklep z winem, itepe, itede. Narkoman przedawkował, itepe, itede. Następna notka przypomina pierwszą, ale zawiera więcej szczegółów. Tu napisano, że kiedy go znaleziono, miał przy sobie torbę z zakupami, galaretkę porzeczkową, pół litra śmietany kremówki i paczkę kawy. Artykuł wykorzystuje Mike’a jako przykład osoby, którą można by uratować, gdyby w okolicy istniało pomieszczenie, gdzie narkomani mogliby robić sobie zastrzyki. Również tu nie ma jego nazwiska. Zbieram wycinki, chowam je z powrotem do puszki. Z przedpokoju zaglądam do salonu i widzę matkę Mike’a śpiącą na siedząco na kanapie, głowa przechyla jej się na bok, oddycha powoli, chrapliwie, teleturniej w telewizji rzuca na jej twarz czerwono-niebieskie błyski. Zamykam za sobą drzwi najdelikatniej, jak potrafię, żeby jej nie obudzić.

Jonas T. Bengtsson, Submarino, tłum. Iwona Zimnicka, Czarne 2011

Roland Barthes, Dziennik żałobny…

29 października

Pragnienia, jakie miałem, zanim umarła (podczas jej choroby), nie mogą się już spełnić, znaczyłoby to bowiem, że to jej śmierć pozwala mi na ich spełnienie – że jej śmierć mogłaby być, w jakimś sensie, wyzwolicielska dla moich pragnień. Jednakże jej śmierć mnie zmieniła, nie pragnę już tego, czego pragnąlem. Trzeba czekać – przypuśćmy, że to się zdarzy – aż ukształtuje się nowe pragnienie, pragnienie pośmiertne.

(…)

4 listopada

Dziś, około 17, wszystko się jakoś porządkuje, nastała krańcowa, głucha samotność, niemająca odtąd innego kresu jak moja własna śmierć.

Ucisk w gardle. Moje rozbicie skłania mnie do zrobienia sobie herbaty, napisania kawałka listu, odłożenia jakiegoś przedmiotu – tak jakbym, rzecz potworna, rozkoszował się posprzątnym mieszkaniem, “moim własnym”, ale ta rozkosz przykleja się do mej rozpaczy.

Wszystko to odbiera wartość wszelkiej pracy.

(…)

26 listopada

Nieciągły charakter żałoby przeraża mnie totalnie.

(…)

9 lipca 1978

Opuszczając mieszkanie przed wyjazdem do Maroka, usuwam kwiat zostawiony w miejscu, gdzie mama leżała chora – i na nowo ogarnia mnie okropny strach (przed jej śmiercią): por. Winnicott: jakże prawdziwe: strach przed tym, co już miało miejsce. Lecz rzecz jeszcze dziwniejsza: i co nie może powrócić. I to jest właśnie definicja ostateczności.

Roland Barthes, Dziennik żałobny, tłum. Kajetan Maria Jaksender, Wrocław 2013, ss. 30, 47, 79, 172.

 

Kilka dni po pogrzebie dziadka Paul Weber ożenił się.
Paul był trochę zmęczony na weselu, ale zachował uśmiech; uśmiech smutny i wymuszony, w którym znajdował się początek poświęcenia.
W sztywnym kołnierzu, rozpiętym z przodu, jego golutka i czerwona szyja poruszała się dziwnie; jego spodnie wydawały się dłuższe i cieńsze niż zwykle; ogon fraka zwisał groteskowo jak u klowna. Paul skupił w sobie całą przytłaczającą śmieszność ceremonii. Ja przedstawiałem bardziej tajemniczą i intymną stronę tej śmieszności. Byłem małym klownem nie rzucającym się w oczy.
W głębi zaciemnionego salonu panna młoda oczekiwała w swoim fotelu na podium. Biały welon zasłaniał jej twarz i tylko gdy podniosła go, odwracając się spod baldachimu, zobaczyłem Eddę po raz pierwszy…
Stoły dla gości ciągnęły się, białe, na podwórzu w jednej linii; u bramy zebrali się wszyscy włóczędzy z miasta; niebo miało niezdecydowany kolor żółtej gliny; blade panny w sukniach z niebieskiego i różowego jedwabiu rozdawały małe srebrzyste cukierki. To było wesele. Muzykanci brzdąkali starego i smutnego walca; od czasu do czasu jego rytm nabrzmiewał, narastał i zdawał się żywszy, potem melodia cichła na nowo, coraz bardziej, aż pozostawał po niej tylko metaliczny wątek samotnego fletu.
Strasznie długi dzień; jeden dzień to zbyt długo na wesele. Nikt nie zachodził na tyły podwórka, tam znajdowały się stajnie hotelu i wzgórek, z którego patrzyłem w dal, podczas gdy wokół mnie kilka kur zbierało w trawie ziarna, a ze strony podwórza dochodził powiew smutnego walca splatającego się ze świeżym zapachem wilgotnego siana w stodole. Widziałem stamtąd Paula, jak robił coś nadzwyczajnego: rozmawiał z Ozym i zapewne opowiadał mu jakąś zabawną historię, może anegdotę, bo kaleka zaczął się śmiać, siniejąc, niemal dusząc się pod wybrzuszonym plastronem wykrochmalonej koszuli.
W końcu nastała noc. Kilka drzew z podwórza pogrążyło się w mroku, żłobiąc w ciemności tajemniczy i niewidzialny park.
W słabo oświetlonej sali panna młoda siedziała stale na podium obok Paula, pochylając w jego stronę głowę, gdy mówiła mu coś szeptem, i zostawiając miękkie ramię jego palcom, które głaskały je wzdłuż białej rękawiczki.
Na stół wniesiono kilka tortów. Zwłaszcza jeden był monumentalny jak zamek, wsparty blankami i tysiącami przypór różowego kremu. Pokrywające go płatki cukrowych kwiatów połyskiwały oleiście i matowo. Nóż został wbity w sam środek i róża zaskrzypiała delikatnie pod ostrzem, krusząc się jak szkło na kilkadziesiąt odłamków. Starsze panie przechadzały się majestatycznie w swych aksamitnych sukniach, niezliczonej biżuterii na piersi i na palcach, przesuwając się powoli i uroczyście jak małe ołtarze obwoźnych kościołów, pełne zdobień.
Powoli salon zachodził mgłą i wszystko, co widziałem, stawało się bardziej niewyraźne i bardziej absurdalne… Zasnąłem, oglądając swoje czerwone i gorące ręce.

Pokój, w którym się obudziłem, pachniał skwaśniałym dymem. W lustrze przede mną okno odbijało świt, który pojawiał się niczym doskonały kwadrat błękitnego jedwabiu, Leżałem na łóżku pełnym porozrzucanych poduszek. Drobny hałas szumiał mi w uszach jak we wnętrzu muszelki; w pokoju unosił się jeszcze warstwami cienki dym.
Spróbowałem wstać i moja ręka wpadła w drewniane rzeźbienia łóżka; były takie, które wypełniały mi palce, i inne, które oddalały się od łóżka, rosnąc w rozmytym świetle pomieszczenia i wbijając się w tysiące blanek, otworów i koronkowych pleśni. W kilka chwil pomieszczenie wypełniło się niematerialnie różnego rodzaju wolutami, przez które musiałem przejść aż do drzwi, odpychając je od siebie i torując sobie miejsce pośród nich. Stale szumiało mi w głowie, a wszystkie jaskinie powietrza powtarzały, zdaje się, ten szmer. W korytarzu białe światło obmyło mi chłodem policzki i ocknąłem się na dobre. Spotkałem jakiegoś pana w długiej koszuli nocnej, który spojrzał na mnie bardzo zagniewany, jakby czynił mi wyrzut, że jestem w ubraniu tak wczesnym rankiem.
Dalej nie było już nikogo. W głębi podwórza pozostały stoły dla gości z odkrytymi sosnowymi deskami. Świt był ponury i zimny. Wiatr roznosił po opustoszałym podwórzu kolorowe papierki po cukierkach. Jak trzymała głowę panna młoda? Jak wsparła ją na ramieniu Paula? W niektórych gabinetach figur woskowych kobieta z wosku miała mechanizm, który sprawiał, że opierała głowę na jednej stronie i zamykała oczy.
Ulice miasta straciły wszelkie znaczenie; chłód przeszywał moje ubranie; byłem śpiący i było mi zimno. Gdy zamykałem oczy, wiatr nakładał mi chłodniejszą twarz na moje oblicze; pod powiekami czułem ją jak maskę, maskę mojej twarzy, w której wnętrzu było ciemno i zimno jak w prawdziwej masce z metalu. Który dom na mojej drodze musiał eksplodować? Który słup musiał się wygiąć jak gumowa laska, pokazując mi w ten sposób, że wykrzywiał się do mnie? Nigdzie w świecie, w żadnych okolicznościach nic się nigdy nie dzieje.
Kiedy dotarłem na plac, ludzie rozładowywali mięso do baraków rzeźników. Nosili w ramionach sino czerwone połówki bydła, wilgotne od krwi, wysokie i piękne jak jakieś martwe księżniczki. W powietrzu pachniało ciepło mięsem i moczem; rzeźnicy zawieszali każdą sztukę głową w dół, z czarnymi kulkowatymi spojrzeniami skierowanymi ku podłodze. Ciągnęły się teraz w rzędzie na tle białych porcelanowych ścian jak jakieś czerwone rzeźby wycięte w najróżniejszej i kruchej materii, z wodnistym, iryzującym odbiciem jedwabi i mętnej przezroczystości żelatyny. Na skraju otwartego brzucha zwisała koronka mięśni i ciężkie sznury korali z tłuszczu. Rzeźnicy wkładali do środka swe czerwone ręce i wyciągali cenne podroby, które układali na stole: przedmoty z ciała i krwi, okrągłe, płaskie, elastyczne i ciepłe.
Świeże mięso lśniło, aksamitne jak płatki monstrualnych hipertroficznych róż. Świt stał się niebieski jak stał; zimny poranek pobrzmiewał głębokim dźwiękiem organów.
Konie przy wozach spoglądały na ludzi swoimi wiecznie załzawionymi oczami: klacz puściła po bruku gorącą strugę uryny. W kałuży, miejscami spienionej, miejscami przejrzystej, odbijało się głębokie i czarne niebo.
Wszystko stało się odległe i przygnębiające. Był ranek; ludzie rozładowywali mięso; wiatr przenikał pod moje ubranie; drżałem z zimna i niewyspania; na jakim świecie żyłem?
Zacząłem biec jak oszalały po ulicach. Słońce ukazało sie ponownie czerwone na skraju dachów. W ulicach z wysokimi domami panowała jeszcze ciemność i tylko na skrzyżowaniu ulic światło tryskało, połyskujące, jak przez otwarte drzwi wzdłuż opuszczonych korytarzy.
Przeszedłem pod domem Weberów; ciężkie okiennice na pietrze były zamknięte; wszystko było opustoszałe i smutne; wesele się skończyło

Max Blecher, Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Sejny 2013, s. 67-70.