Reclaim

While I do think the word “slut” should be reclaimed, I should be clear about what I mean by that. The word “reclaim” is associated with redemption—to reclaim is to recover, to reform, to civilize. That’s not exactly what the goal is with “slut,” at least in my opinion. We don’t want to simply reverse the idea of being a slut from being “bad” to being “good,” or from unacceptable to acceptable. There is something bad about being a slut—something naughty, controversial, and unpredictable—and I don’t think we should lose that. Men don’t have to be good, so why should women? The idea that female sexuality is entirely righteous, or that we have a better handle on controlling our sexuality than men, is a great societal delusion (and one that is sometimes perpetuated by feminism). To totally flip the meaning of “slut” into something that’s solely positive or empowering denies the darkness that’s inherent in slutdom, which is part of what makes it so sexy. Of course, we want to move toward a society where women aren’t slut-shamed and can express themselves without fear. But I think it’s possible to cultivate a society that permits healthy sexual exploration, while also maintaining the taboo and transgressive elements of slut life. Like, my goal isn’t to be good or normal or accepted. My goal is to be free. (And maybe also to troll society a bit in the process, for good measure).

Karley Sciortino, Slutever: Dispatches from a Sexually Autonomous Woman in a Post-Shame World, 2018.

Śniadanie i noc w Pensylwanii

podoba ci się, jak mój język wciska się między twoje wąskie wargi?

pokaż

tryśnij mi w usta

W początkach małżeństwa była taka noc w zajeździe w Pensylwanii. Zapalili z Jacobem dżointa – oboje palili pierwszy raz od college’u – leżeli nadzy w łóżku i przyrzekli sobie dzielić się wszystkim, wszystkim bez wyjątku, niezależnie od wstydu, dyskomfortu czy ewentualnego bólu. Zdawało się, że to najbardziej ambitna obietnica, jaką dwoje ludzi może sobie złożyć. Zwykłe mówienie prawdy sprawiało wrażenie objawienia.

– Żadnych wyjątków – powiedział Jacob.

– Nawet jeden wszystko zepsuje.

– Nocne moczenie. Tego rodzaju sprawy.

Julia wzięła Jacoba za rękę.

– Wiesz, jak bardzo bym cię uwielbiała, gdybyś podzielił się ze mną czymś takim?

– Na marginesie: nie zdarza mi się moczyć. Wyznaczam po prostu granice.

– Żadnych granic. W tym rzecz.

– Kontakty seksualne z przeszłości? – spytał Jacob, wiedział bowiem, że to jego najczulszy punkt, a zatem rozmowa będzie musiała zawędrować w te rejony. Zawsze, nawet gdy stracił już ochotę, by dotykać albo być przez nią dotykanym, czuł odrazę na myśl, że ona dotyka innego mężczyzny lub jest przez innego dotykana. Ludzie, z którymi była, rozkosz, którą dała i którą otrzymała, słowa, które jęczała. W innych kwestiach nie brakowało mu pewności siebie, ale umysł zmuszał go – z uporem kogoś, kto nie jest w stanie uciec przed wiecznym przeżywaniem koszmarów wciąż na nowo – by wyobrażał sobie jej zbliżenia z innymi. Co takiego im mówiła z tego, co mówiła jemu? Dlaczego takie powtórzenia miałoby się odczuwać jako najgorszą zdradę?

– Byłyby oczywiście bolesne – powiedziała. – Ale rzecz nie w  tym, że chcę wiedzieć o  tobie wszystko. Chodzi o  to, że nie chcę, żebyś coś zatajał.

– Więc nie będę.

– Ja też nie.

Podawali sobie dżointa kilka razy i czuli się tacy odważni, tacy jeszcze młodzi.

– Co teraz ukrywasz? – spytała niemal beztrosko.

– W tej chwili? Nic.

– Ale ukrywałeś?

– Ukrywałem, więc jestem.

Roześmiała się. Uwielbiała jego refleks, dziwnie podnoszący na duchu zapał jego neuronów.

– Jaka jest ostatnia rzecz, którą przede mną zataiłeś?

Zastanowił się. Na haju trudniej się myślało, ale łatwiej dzieliło myślami.

– Okej – powiedział. – To nic wielkiego.

– Chcę wszystkich sekretów.

– Okej. Któregoś dnia byliśmy w mieszkaniu. Była środa, chyba. Zrobiłem ci śniadanie. Pamiętasz? Frittatę z kozim serem.

– Tak, to było miłe – powiedziała, kładąc mu rękę na udzie.

– Pozwoliłem ci późno wstać i w tajemnicy przygotowałem śniadanie.

Wydmuchała słup dymu, który utrzymał się w tej postaci dłużej, niż wydawało się możliwe, i stwierdziła:

– W tej chwili mogłabym zjeść dużo tej frittaty.

– Zrobiłem ją, bo chciałem się tobą zaopiekować.

– Zauważyłam to – odparła, przesuwając rękę w górę uda i sprawiając, że stwardniał.

– I ładnie ułożyłem ją na talerzu. Z tą sałatką obok.

– Jak w restauracji – powiedziała, biorąc do ręki jego kutasa.

– I po pierwszym kęsie…

– Tak?

– Ludzie nie bez powodu zatajają różne sprawy.

– My to nie ludzie.

– Okej. No więc zamiast mi po pierwszym gryzie podziękować albo powiedzieć, że jest pyszna, spytałaś, czy posoliłem.

– I co?

– I poczułem się do dupy.

– Dlatego że spytałam, czy jest posolona?

– Może nie do dupy. Wkurzyło mnie to. Albo rozczarowało. Bez względu na to, jak się czułem, nie podzieliłem się tym.

– Ale ja tylko zadałam rzeczowe pytanie.

– Tak jest przyjemnie.

– To dobrze, kochanie.

– Ale jesteś w stanie dostrzec, że – w kontekście wysiłku, na jaki się dla ciebie zdobyłem – pytanie o to, czy jest posolona, wyrażało raczej krytykę niż wdzięczność?

– To wysiłek: przygotować dla mnie śniadanie?

– To było wyjątkowe śniadanie.

– Tak dobrze?

– Cudownie.

– Czyli jeśli w przyszłości pomyślę, że przydałoby się więcej soli, powinnam zachować to dla siebie?

– Albo wychodzi na to, że powinienem zachować dla siebie poczucie krzywdy.

– R o z c z a ro w a n i e.

– Mógłbym już dojść.

– To dojdź.

– Nie chcę jeszcze.

Zwolniła, ściskając go tylko.

– A ty co teraz ukrywasz? – spytał. – I nie mów, że nieco cię zraniło, zdenerwowało i rozczarowało moje poczucie krzywdy, wkurzenie i rozczarowanie, bo tego nie ukrywasz.

Roześmiała się.

– No więc?

– Niczego nie ukrywam – odparła.

– Poszperaj.

Pokręciła głową i się zaśmiała.

– Co?

– W samochodzie śpiewałeś All Apologies i ciągle powtarzałeś „Spienionego morza ryk”.

– No i?

– No i tam jest inaczej.

– Oczywiście, że nie.

– Wpienionego morza wstyd.

– Co?!

– Ehe.

– W p i e n i o n e g o. M o r z a. W s t y d?

– Z ręką na Torze.

– Chcesz mi powiedzieć, że moja absolutnie dorzeczna fraza – do rzeczy sama w sobie i w kontekście – jest tak naprawdę pod- świadomym wyrazem mojego stłumionego tego śmego i że Kurt Cobain celowo złożył do kupy słowa „wpienionego morza wstyd”?

– Dokładnie to chcę ci powiedzieć.

– Cóż, nie wierzę w to. Ale zarazem jestem okropnie zażenowany.

– Nie bądź.

– Tak to zwykle działa, gdy ktoś się wstydzi.

Zaśmiała się.

– To nie powinno się liczyć – powiedział. – Sekret hobbysty. Opowiedz mi coś dobrego.

– Dobrego?

– Coś naprawdę trudnego.

Uśmiechnęła się.

– Co? – spytał.

– Nic.

– C o?!

– N i c.

– Brzmi zdecydowanie jak coś.

– Dobra – odparła. – Ukrywam coś. Coś naprawdę trudnego.

– Świetnie.

– Ale nie sądzę, żebym wyewoluowała na tyle, żeby się tym podzielić.

– Dinozaury też nie sądziły….

Przycisnęła poduszkę do twarzy i skrzyżowała nogi.

– Przecież to tylko ja – powiedział.

– Dobra. – Westchnęła. – Dobra. No więc… Leżąc tu, skuta… Nasze nagie ciała… Miałam po prostu na coś ochotę.

Instynktownie sięgnął ręką między jej nogi i przekonał się, że już jest mokra.

– Opowiedz mi o tym – powiedział.

– Nie mogę.

– Założę się, że możesz.

Roześmiała się.

– Zamknij oczy – powiedział. –  Tak będzie łatwiej.

Zamknęła oczy.

– Mam takie pragnienie. Nie wiem, skąd się ono bierze. Nie wiem, dlaczego je mam.

– Ale je masz.

– Tak.

– Powiedz.

– Mam takie pragnienie. – Znów się roześmiała i wtuliła mu się w pachę. – Chcę rozłożyć nogi i chcę, żebyś położył między nimi głowę i patrzył na mnie, dopóki nie dojdę.

– Tylko patrzył?

– Żadnych palców. Ani języka. Chcę dojść pod twoim wzrokiem.

– Otwórz oczy.

– Ty też.

Nic nie powiedział ani nie wydał choćby dźwięku. Zdecydowanie, ale łagodnie przewrócił ją na brzuch. Wyczuł, że to, czego ona pragnie, stanie się możliwe tylko wtedy, gdy nie będzie widziała, jak on na nią patrzy, bo w przeciwnym razie straciłaby resztki poczucia bezpieczeństwa. Jęknęła, dając mu znać, że właśnie tak jest. Przesunął się w dół jej ciała. Rozsunął jej nogi, a potem rozłożył je bardziej. Przysunął twarz tak blisko, by poczuć jej zapach.

– Patrzysz na mnie?

– Tak.

– Podoba ci się to, co widzisz?

– Pragnę tego, co widzę.

– Ale nie możesz tego dotknąć.

– Nie dotknę.

– Ale możesz sobie robić dobrze, gdy na mnie patrzysz.

– Robię.

– Chcesz pieprzyć to, na co patrzysz?

– Tak.

– Ale nie możesz.

– Nie.

– Chcesz poczuć, jaka jestem mokra.

– Chcę.

– Ale nie możesz.

– Ale widzę.

– Ale nie widzisz, jaka ciasna się robię, gdy jestem blisko.

– Nie widzę.

– Powiedz mi, jak wyglądam, a dojdę.

Doszli jednocześnie, bez dotykania, i na tym mogło się skończyć. Mogła przewrócić się na bok i położyć mu głowę na piersi. Mogli zasnąć. Ale coś się stało: spojrzała na niego, wytrzymała jego spojrzenie i znów zamknęła oczy. Jacob też zamknął. I na tym mogło się skończyć. Mogli badać siebie nawzajem w łóżku, ale Julia wstała i zaczęła badać pokój. Jacob jej nie widział – wiedział, że ma nie otwierać oczu – ale ją słyszał. Też wstał, bez słowa. Dotykali oboje ławeczki w nogach łóżka, biurka i kubka z długopisami, frędzli u opaski do zasłon. On dotykał wizjera, ona pokrętła, którym regulowało się wentylator sufitowy, on przycisnął dłoń do ciepłego wierzchu małej lodówki.

– Masz dla mnie sens – powiedziała.

– Ty dla mnie też – odparł.

– Naprawdę cię kocham, Jacob. Ale, proszę, powiedz po prostu „Wiem”.

– Wiem – powiedział i ruszył po omacku wzdłuż ściany, wzdłuż spiętrzonych kołder, aż doszedł do włącznika światła. – Chyba właśnie zaprowadziłem ciemność.

Rok później Julia była w ciąży z Samem. Potem z Maxem. Potem z Benjym. Zmieniło się jej ciało, ale nie pożądanie Jacoba. Zmieniła się za to ilość tego, co ukrywane. Nadal uprawiali seks, mimo że to, co dawniej przychodziło spontanicznie, zaczęło wymagać albo bodźca (upicia się, oglądania Życia Adeli na laptopie Jacoba, walentynek), albo przezwyciężenia skrępowania i strachu przed śmiesznością, co zwykle prowadziło do silnych orgazmów i braku czułości. Nadal zdarzało im się powiedzieć coś, co chwilę później wydawało się poniżające do tego stopnia, że musieli zniknąć po wcale niepotrzebną szklankę wody. Nadal masturbowali się na myśl o sobie nawzajem, nawet jeśli ich fantazje nie miały większego związku z prawdziwym życiem i często pojawiał się w nich ktoś jeszcze. Ale nawet wspomnienie tamtej nocy w Pensylwanii trzeba było zataić, ponieważ była to linia pozioma na framudze drzwi: „Popatrz, jak bardzo się zmieniliśmy”.

Jonathan Safran Foer, Oto jestem, tłum. Krzysztof Cieślik, Warszawa 2017.

Ginekologia toucher

Przez lata pracy Robert Latou zdobył bogate doświadczenie z kobietami, moralnością i swoimi kolegami po fachu. A ponieważ znał się na rzeczy, to zanim zmarł w 1950 roku, dożywszy dziewięćdziesiątki (uprzednio kazał rozsypać swoje prochy nad rzeką Hudson), zdążył wypowiedzieć znamienne słowa:

Czytałem dzisiaj statystykę, według której siedemdziesiąt pięć procent kobiet zdejmuje ubranie i bieliznę, nie czując wstydu, kiedy siada w fotelu ginekologicznym. Za kilka lat będzie ich dziewięćdziesiąt procent. Proszę jednak nie zapominać, że doszło do tego zbyt późno i że można by zapełnić całe cmentarze kobietami i dziećmi, które zmarły dlatego, że za długo i za często podporządkowywaliśmy lekarskie zadania dyktatowi tak zwanej moralności publicznej. Dorastałem jeszcze w czasach, kiedy nasi mistrzowie napominali nas, że mamy dopilnować, aby do badań ginekologicznych kobiety nie rozbierały się, lecz ubierały. Wkładały specjalne spodnie, a my wsuwaliśmy palce lub narzędzia przez specjalne rozporki. Ten tragiczny żart trwał dwieście lat…

Rzeczywiście, przez okres dwustu lat lekarze chorób kobiecych kwestii nagości unikali jak ognia.

Prekursorzy ginekologii z roku 1750 i 1800, którzy wczołgiwali się do sal chorych z przewiązanymi oczyma, byli tak szczęśliwi, mogąc po jakimś czasie zdjąć przepaski, podczas gdy ich dłonie badały i operowały pod kobiecymi sukniami i kołdrami, że przez następne sto pięćdziesiąt lat nawet nie pomyśleli o zerknięciu pod przykrycia. Nie chcieli bowiem, na litość boską, wzbudzać w opinii publicznej jakichkolwiek podejrzeń co do intencji swojego z takim trudem uprawomocnionego rzemiosła.

Wprowadzili metodę badania, której Francuzi nadali nazwę toucher. Zgodnie z nią kobieta była badana na stojąco, w ubraniu, „pośladkami oparta o stół, z rękami złożonymi przed sobą i nogami lekko rozkraczonymi pod sukniami”. Lekarzowi wolno było „lekko unieść suknię lewą ręką i wprowadzić naoliwiony palec wskazujący prawej do pochwy, i to od jej tylnej strony, aby nie budzić nieprzyjemnych wrażeń w łechtaczce”.

To, co na temat zmian wewnętrznych organów płciowych dało się ustalić za pomocą poruszającego się po omacku palca, nie miało znaczenia, ba, często było wręcz mylące. Później zezwolono kłaść lewą dłoń na odzianym brzuchu niewiasty i dokładniej „dotykać” macicy między nią a palcem w pochwie. Później wprowadzano palec do odbytu, aby stamtąd obmacywać macicę.

Ponieważ do ostatniego trzydziestolecia XIX wieku nie wiedziano nic o infekcjach i bakteriach oraz nie znano ani pojęcia sterylności, ani gumowych rękawiczek, pierwsi ginekolodzy przenosili najzłośliwsze zarazki z jednego otworu do drugiego. Rzadko się myli, a przy pracy znów szybko się brudzili. Nie da się oszacować, ile kobiet wpędzili do grobu, zamiast im pomóc. Podnieśli jednak metodę toucher do rangi reguły, prześladując w swoich szeregach każdego, kto się z niej wyłamywał, aby dowiedzieć się czegoś więcej o niewieściej tajemnicy.

Jürgen Thorwald, Ginekolodzy, tłum. Anna Wziątek, Warszawa 2015.

Hanka

image

Pierwszy narzeczony dominował, w łóżku zaczynał od pozycji misjonarskiej, ale szybko zaraziłam go duchem przygody dzięki natężeniu swojej woli. Poprowadziłam po sznurku swego niemałego doświadczenia, udając, że idę za nim. W życiu nie zdążyliśmy się sprawdzić. Po roku nastawionego na obopólną eksploatację erotyczną związku wynajęliśmy, co prawda, dzięki pracy w Bratniaku mieszkanie na strychu starej kamienicy, ale nie porzuciliśmy imprezowego trybu życia. Zaczęliśmy też sporo eksperymentować. Przeszliśmy całą listę praktyk uznawanych wówczas za urozmaiconą intymność i doszliśmy do lekkich, dopuszczalnych dewiacji, także z wykorzystaniem przedmiotów z epoki przedsilikonowej. Dużo przy tym rozmawialiśmy. Najwięcej o Hance.
Hanka była kobietą w typie bergmanowskim: skomplikowaną. Obdarzona klasyczną urodą, nie troszczyła się o wygląd. Wszystko jednak, począwszy od sposobu obgryzania skórki przy paznokciu, do gestu, jakim odgarniała włosy, uwydatniało ten cud natury, którym była. Nosiła się bardzo kobieco, oczywiście w stylu obowiązującym na uczelni z wydziałem artystycznym. Studentką była przeciętną, rozpraszały ją, jak wszystkich, kluby, dyskusje i DKF-y, do których dostęp mimo stanu wojennego stopniowo się zwiększał. Poza tym miała obowiązki domowe.
Przyjaźniła się najpierw z moim prawie-mężem. Może nawet coś między nimi było, ale mieszkała z rodzicami i nie uczestniczyła zbyt często w akademikowych bibkach, wobec czego miałam fory. Odziedziczyłam jej przyjaźń po nim, kiedy – o, porządni mężczyźni! – realizując zasadę wierności, odsunął się nieco na bok. Nocowała u nas, kiedy dostała pozwolenie od ojca na naukę z koleżanką, a impreza w naszym mieszkaniu przeciągnęła się do godziny milicyjnej, czyli w każdą sobotę. Miała miejsce od ściany, przy mnie.
Pewnego razu w sytuacji intymnej narzeczony wyznał, że ma na nią ochotę. Ukłucie zazdrości stłumiłam haustem mocnej, zimnej herbaty. Nie należało odczuwać takich małżeńskich, drobnomieszczańskich emocji. Poszłam w fellatio. Odpłynął, jęcząc tak głośno, że sąsiadka zaczęła stukać w sufit szczotką. Od tego czasu wciąż gadaliśmy o Hance.
– A może wzięlibyśmy sobie jakąś dziewczynę? – pytałam, wkładając mu pośliniony palec tam, gdzie mógł się zmieścić.
– Kogo masz na myśli? – udawał zaciekawionego.
– Jakąś ładną. – Poruszałam palcem.
Postępując normalną drogą takiej konwersacji, dochodziliśmy do „Hanka”. „Hanka”, „Hanka”, krzyczał, wodzony na pokuszenie przez byłą Agnethę, obecnie raczej czarniawą Anni-Frid. Przypadkowo wypadało na „Hanka”. Przekonałam się, jaką metodą szkolone były psy Pawłowa.
Kiedy jakimś cudem udało nam się Hankę oswoić, upić bardziej niż w inne soboty, położyć między nami i skłonić do zdjęcia rajstop, straciliśmy kontrolę nad swoją wizją. Straciliśmy ją także nad Hanką; zgodnie z naszymi rojeniami była namiętna, ale niezgodnie ze scenariuszem brała, nie dając nic w zamian. Nie chciała nas „obsłużyć”, zwłaszcza mało zainteresowana była moim prawie-mężem, który nieco zaniemógł, patrząc, jak zajmuję się obsługą naszej fantazji. Hanka szczytowała bez końca, ja byłam wciąż na krawędzi, a załatwiony odmownie narzeczony leżał na brzegu posłania.
Raz nam nie wystarczył. Zaczęłam spotykać się z Hanką, ignorując potrzeby prawie-męża, który nadal polegiwał na skraju tapczanu. Przed wakacjami zrobił dyplom i postanowił nas porzucić. Mieszkanie było opłacone do 30 sierpnia.

Inga Iwasiów, W powietrzu, Warszawa 2014.