Miałaś pecha, dziewczyno. To nie kurs do Polski. Jedziemy w góry. Tutaj nie ma narkotyków.

Erika: To ten autobus w ogóle nie jedzie do Częstochowy
Hermann: Nie jedzie
E: No tak. To znaczy, że jadę nie tym autobusem.
H: Na pewno nie tym.
E: Mój Boże.
H: Nie udawaj mi tu teraz świętej. Dobrze wiesz, jakim autobusem jedziesz.
E: Nieprawda.
H: Myślisz, że zgłupiałem. Od ośmiu godzin jesteśmy w drodze. Przejechaliśmy pół Europy. Dobrze widziałaś, w jakim kierunku jedziemy. Chyba zgłupiałaś.
E: Spałam.
H: A teraz się obudziłaś. Dzień dobry. Jesteś znów wśród żywych. Spałam. Całe osiem godzin. I ja mam to kupić.
E: Proszę.
H: Staliśmy w korku, ja śpiewałem, o tak:
Śpiewa głośno.
“Gdybym choć raz mógł ujrzeć jeszcze twoją twarz, Rosalin”.
Nie słyszałaś.
E: Słowo daje, że nie.
H: Musieliśmy słuchać tej przeklętej muzyki, tych skrzypiec, okropne. I pan Kramer też wrzeszczał, w sumie ze trzy godziny, trzy godziny z ośmiu, a dziecko słodko spało i nic nie słyszało.
E: Ostatniej nocy oka nie zmrużyłam. To dlatego.
H: Ostatniej nocy. Tak. To była piękna noc.
E: Nie dla mnie.
H: Nie powinniśmy o tym myśleć. Dzisiaj jest inna noc. Straszna noc. Straszna.
E: Dlaczego.
H: Też nie wiem, dlaczego. Straszna, bo straszna, i koniec.
E: Gdzie jesteśmy.
H: Gdzie jesteśmy. Gdzie jesteśmy. Zobaczmy. Wilgoć ciągnie od ziemi. Robi się chłodno, i: Nie widać żadnych świateł. Gdyby nie światło z autobusu, własnej ręki byś nie zobaczył. Tam, zdaje się, stoi jodła. I tam. A tam jeszcze jedna. I tam. A to. Też jodły, jak okiem sięgnąć. A więc.
E: Co.
H: To znaczy, że jesteśmy w lesie.
E: W lesie.
H: Tak podejrzewam.
***
E: Jechaliśmy te osiem godzin choć w kierunku Częstochowy.
H: Skąd mam wiedzieć. Nie mam pojęcia, gdzie leży ta twoja Częstochowa.
E: W Polsce.
H: Kto chce jechać do Polski. Tutaj nikt nie chce. Zrobiło się zamieszanie.
Przez Ciebie. Spóźnimy się, a ja zarabiam dzięki punktualności.
E: Jesteśmy na wschodzie.
H: W górach. Państwo jadą do sanatorium, na wypoczynek.
E: To niemożliwe.
H: Pokaż się. Masz niezdrową cerę, i nie tylko w świetle księżyca. Sanatorium to tortura, widzę to po ludziach, jak ich po tygodniu z powrotem zabieram. Ale przynajmniej robią się zdrowsi. To byłoby coś dla ciebie, z tym twoim fatalnym wyglądem, okłady z lodu, borowiny, kąpiele siarkowe.
E: Jak nie będę jutro rano w Częstochowie, stanie się nieszczęście.
H: W sanatorium cię wymasują, aż będziesz miękka, zrobią ci okłady z błota, wsadzą cię do parówki i ugotują, a potem każą pić wodę siarkową. Wszystko bardzo zdrowe. Ludzie tym śmierdzą. Wiesz jak. Zgniłymi jajami. Co powiesz. Woda siarkowa. W sam raz dla ciebie. Bierzesz narkotyki.
E: Wcale nie biorę.
H: To widać.
E: Jestem po prostu zmęczona.
H: Na odwyku jesteś. Możesz się spokojnie przyznać. To nic strasznego.
E: Nie biorę narkotyków.
H: Mnie nie nabierzesz. Nie Hermanna. Kupujesz towar w Polsce. Bo tam taniej. Zakradasz się do mojego autobusu i udajesz, że cię nie ma. Jak to się nazywa. Jak.
E: Jak.
H: No już. Jak to się nazywa.
E: Nie jadę na gapę.
H: Na gapę. Właśnie. Jechać za darmo, po pierwsze, a po drugie cichutko się przeszmuglować przez kontrolę celną, żeby cię nie wyłowili. Dobrze wiem. Znam was z dworca. Miałaś pecha, dziewczyno. To nie kurs do Polski. Jedziemy w góry. Tutaj nie ma narkotyków.

Lukas Bärfuss, Autobus, tłum. Mateusz Borowski, Małgorzata Sugiera, [W:] Idem, Seksualne neurozy naszych rodziców. Autobus, Kraków 2006, s. 84-87.