O ile w ogóle w odniesieniu do mnie można mówić o formie życia, prawdopodobnie nie

Zawsze byłem uzależniony od wszystkiego, a ponieważ nagle, a potem stopniowo coraz poważniej i przerażająco wszystko zaczęło się pogarszać, nadejść musiał ten najgorszy z wszystkich ataków choroby. Naturalnie na kogoś, kto mieszka na wsi i do tego mieszka na wsi samotnie, bo mieszkać musi, bo jest tak jak ja zmuszony do takiego koniec końców potwornego życia na wsi wskutek swojej ciężkiej choroby, tego rodzaju straszności działają dotkliwiej niż na kogoś, kto mieszka w mieście, bo ktoś taki jak ja, żyjący pracą duchową na wsi, skoncentrowany jest nieustannie w zupełnie skrajny sposób na tej pracy duchowej, i komuś takiemu jak ja wrażliwość na wszystko inne obciąża głowę, a zatem ducha i duszę, z nieporównanie większą i nieustającą intensywnością. Jakże często żałowałem, że przeprowadziłem się na wieś, trzeba mi było zostać w mieście, bo nie jestem wiejskim człowiekiem, nawet jeśli moi rodzice byli ze wsi, nie jestem wiejski, nawet jeśli wieś jest mi bliska, ponieważ miasto jest mi równie bliskie, co wieś, a miasto lubię o wiele bardziej niż wieś, której niemal zawsze nienawidzę, bo zawsze mnie tylko dręczyła, dręczyła i poniżała, odkąd pamiętam, a podłość i nikczemność na wsi są o wiele większe niż w mieście, podobnie jak prostactwo na wsi jest znacznie większe, wyłącznie bezwstydne, i wieś w przeciwieństwie do miasta jest kompletnie bezduszna. Z dwóch zasadniczych powodów, nie wspominając o stu pomniejszych powodach, przeniosłem się na wieś, po pierwsze lekarz powiedział mi, że ze względu na chorobę płuc mogę przeżyć tylko na wsi, a po drugie skłonny byłem dla dobra studiów, czyli przyrodoznawczej pracy, poświęcić miasto. Ale zapłaciłem bardzo wysoką cenę, zapłaciłem najwyższą cenę. Życie na wsi odbierałem zawsze jako karę, bo wszystko we mnie było ustawione tak, że koniec końców ustawione było przeciwko wsi. Odkąd zamieszkałem na wsi, musiałem sobie powtarzać każdego dnia, że mieszkam na wsi ze względu na przyrodoznawcze studia i swoje płuca, a zatem po prostu ze względu na możliwość egzystowania. Wiejskie życie dla takiego człowieka jak ja jest dużo bardziej przerażającą formą życia, o ile w ogóle w odniesieniu do mnie można mówić o formie życia, prawdopodobnie nie. Ponieważ żyję na wsi, egzystuję, powtarzam sobie każdego dnia, ja żyję, egzystuję, gdybym został w mieście, nie żyłbym, nie egzystował wcale, co prawdopodobnie jest kompletnie niedorzeczną myślą, bo z pewnością obojętne jest, czy żyję, a zatem egzystuję, czy nie, ale kiedy taka myśl się pojawia, musi być pomyślana, domyślana możliwie do końca, tak myślę. Każdego dnia jestem tutaj na wsi bezwzględnie konfrontowany z myślą, że moje poświęcenie jest poświęceniem bezsensownym, gdyż moja egzystencja jest chorobliwa, chora, a moja praca bezcelowa, nieudana. Ale nie mam odwagi, by skończyć z tą myślą i jej podobnymi, a więc i ze sobą. Tej odwagi zawsze mi brakowało. Przez całe życie myślałem o samobójstwie, ale samobójstwa nigdy nie mogłem popełnić. A potem po pojawieniu się Szwajcarów, a przede wszystkim Persjanki, która, nie wiedzieć z jakiego powodu, od pierwszej chwili mnie zafascynowała, z wielu rozstrzygających, prawdopodobnie z setek, tysięcy dla mnie ocalających powodów, które skupiły się w osobie Persjanki w sposób dla mnie widoczny i w dużej mierze z natychmiastowym skutkiem pożyteczny, przywiązałem się zupełnie zwyczajnie i od razu jak zwykle w skrajnie przygnębiający sposób do życia i egzystencji. Zawsze mnie to odstręczało i natychmiast dwa razy bardziej przygnębiało. Ale któregoś dnia, powtarzam wciąż, zrobię to, co któregoś dnia zrobić będę musiał, popełnię samobójstwo, bo moje życie i egzystencja stały się bezcelowe, a kontynuowanie absolutnej bezcelowości, kontynuowanie bez końca, jest bezsensowne.

Thomas Bernhard, Tak, [W:] Idem, Tak. Wyjadacze, tłum. Monika Muskała, Warszawa 2015, ss. 50-52.

Zabiłbym się, gdybym to odpowiednio przygotował. Niestety, sprawa nie jest łatwa

Chyba już wam wspominałem, jak dobrze jest mieć jakąś furtkę, na wszelki wypadek. Jestem dosyć tchórzliwy i nie potrafię strzelić sobie w łeb, myślę jednak, że zabiłbym się, gdybym to odpowiednio przygotował. Niestety, sprawa nie jest łatwa. Proszki nasenne, gaz ani tym podobne nie wzbudzają mego zaufania.
Najlepszy wydaje mi się cyjanek; jeśli się nie mylę, śmierć następuje po 6-8 minutach, ale już w pierwszej chwili traci się przytomność. Brak mi tu jednak przyjaciół, którzy mieliby coś do czynienia z takimi rzeczami. Pomyślałem o was. Przypuszczam, że macie odpowiednie dojścia, żeby to dla mnie zdobyć albo, co najmniej, wskazać osobę, która by mi pomogła. Jestem gotowy zapłacić 100 dolarów i więcej.
Sposób przysłania jest najmniej ważny.
Ten list nie jest wcale taki makabryczny, jak się wydaje. Czasem to najlepsze wyjście… W tej chwili ani mi w głowie samobójstwo, ale chcę to mieć przygotowane, głównie dla własnego spokoju.

Witold Gombrowicz

Bernhard: Naród samobójców

W ogóle, jak zawsze dzieci z takich, jak to się mówi, odciętych od świata okolic, już bardzo wcześnie konfrontowani byliśmy z samobójstwem, permanentna w takich okolicach nieszczęśliwość jednostek, a tym samym ogółu, prowadziła tylko w najbliższym naszym otoczeniu do dziesiątków samobójstw rocznie, również z powodu przygnębiającej pogody na pogórzu alpejskim, tutaj wszyscy cały czas mieli samobójcze skłonności, ponieważ zawsze sądzili, że zniszczy ich fakt, iż w żaden sposób nie mogą zmienić swego miejsca zamieszkania, wszyscy świadomi byli tego upośledzenia przez sam fakt, że urodzili się w tym krajobrazie, i jak widać na nic się zdało, że jeden z najbardziej zagrożonych, ktoś taki jak Roithamer, jeden z tych, co działają tak, jak dyktuje im głowa, a nie, jak wszyscy inni, tak jak uczucie im dyktuje, wyjechał z tych okolic, tak jak Roithamer po prostu stąd wyjechał, ponieważ miał możność stąd wyjechać, bo wszędzie, nieważne dokąd wyruszył czy dokąd uciekł, był przecież wydany na pastwę tego upośledzenia, już choćby przez miejsce urodzenia tudzież przez krajobraz miejsca urodzenia, tudzież przez idącą z tym w parze przez całe życie depresyjną kondycję własnej natury, wynikającą z natury miejsca pochodzenia, i jak widzimy, powiedziałem Höllerowi, w końcu ostatecznie Roithamer się przecież zabił, chciał uciekać od samego siebie, wyjeżdżając do Anglii, w nadziei na możliwość ucieczki szybko osiedlił się w Anglii, ponieważ miał do tego (finansowe) możliwości, ale na nic się to zdało, tak jak wszyscy inni, którzy nie mają możliwości wyjazdu i ucieczki, on też dał się przez to unicestwić, na własny sposób, powiedziałem.
Nawet takiemu człowiekowi, który przecież, jak się wydaje, ma wszelkie możliwości, powiedziałem, też nie udaje się uporać z faktem, że przyszedł na świat z wrodzoną dożywotnią depresyjną kondycją, tak cielesną, jak i duchową, właśnie u takiego człowieka powszechna nieszczęśliwość urzeczywistnia się najstraszliwiej w świecie w najbardziej skoncentrowanej formie, wszakże błędem byłoby w kimś takim jak Roithamer widzieć zawsze tylko nieszczęśliwego człowieka, żaden człowiek nie jest wyłącznie nieszczęśliwy, a szczególnie nie człowiek taki jak Roithamer, który, obdarzony wszelkimi możliwymi uzdolnieniami umysłu, cały czas jest przecież zdolny sprawować kontrolę nad własnym umysłem i ciałem, dlatego też człowiekowi takiemu jak Roithamer w każdym względzie dane jest znaleźć się na każdym możliwym szczycie, także na szczycie nieszczęścia, powiedziałem Höllerowi, ale oczywiście także najwyższego szczęścia, u Roithamera bowiem, jak u każdego człowieka, szczęście i nieszczęście niezmiennie się zmieniały, prowadził życie, w zgodzie z własną naturą, na spokojny albo niespokojny sposób, w rzeczywistości jednak zmierzając cały czas konsekwentnie do końca, a więc śmierci, ponieważ u Roithamera zawsze wchodziło w grę tylko Najwyższe i Największe – że taki człowiek, z takimi zdolnościami, nie może wytrzymać życia tak długo jak inni, jest całkiem jasne.
W naszych rodzinnych stronach samobójstwo, powiedziałem, to coś oczywistego, żaden wyjątek, dlatego naturalnie się o nim mówi.
A kiedy dokładnie się przysłuchamy, to nie sposób przeoczyć owego zwyczaju wszystkich, którzy mieszkają w tym krajobrazie, a także, bo i to jest prawdą, zwyczaju wszystkich Austriaków, nieustannego mówienia o samobójstwie, i to zupełnie otwarcie, i trzeba przyznać, że wszyscy, co najmniej niemal nieprzerwanie, zajmują się samobójstwem, naturalnie nie wszyscy się zabijają, ale tę myśl, żeby się zabić, skończyć z sobą, idąc na skróty, wymazać sie w najkrótszy możliwy sposób, ma w swojej głowie każdy, może sobie myśleć, co chce, a i tak naprawdę nie ma innej myśli w głowie.
W gruncie rzeczy taki jest cały ten naród, nieustannie musi rozprawiać o samobójstwie, ale ustawicznie do niego nie dopuszczać, tak każda jednostka, jak i cały naród, powiedziałem, i w tym stanie znajduje się każda jednostka, nieustannie, i faktycznie jest to nieprzerwany stan męki, który jednakowoż staje się znośny dzięki wyraźnej tendencji do rozsądku u każdej jednostki, a więc i w całym narodzie.
Ten narodowy talent, tak jak to nazywam, powiedziałem Höllerowi, do ustawicznej woli zabicia się, ale niezabijania się z powodu tendencji do rozsądku, i z tego powodu do opanowania tego stanu i przekształcenia go w stan opanowywanej męki na całe życie, posiada tylko ten naród i ci, którzy doń należą.
To naród samobójców, należą do niego rekordy świata w samobójstwie, powiedziałem, choć zabija się tu zdecydowana mniejszość, nawet jeśli mieszka tutaj największy na świecie odsetek samobójców, powiedziałem. W tym kraju, w całym tym narodzie, myśli się zawsze tylko samobójczo, obojętnie gdzie, wszystko jedno, czy w wielkich, czy mniejszych miastach, czy na wsi, zasadniczą cechą wszystkich tych ludzi są nieprzerwane myśli samobójcze, największe szczęście upatrują w tym, żeby nieprzerwanie i bez najmniejszego powodu do irytacji ustawicznie myśleć o tym, że w każdej chwili można się zabić. To nasz sposób na równowagę w narodzie, myśleć wciąż, żeby się zabić, a przecież się nie zabijać, powiedziałem. Reszta świata naturalnie wszystkiego tego nie rozumie i, obojętnie, co o tym narodzie myśli i mówi, obojętnie, jak z tym narodem i każdą z tego narodu jednostką wciąż postępuje, wiecznie się myli.

Thomas Bernhard, Korekta, tłum. Marek Kędzierski, Warszawa 2013, ss. 131-134.

Roszczenia państwa, ukrywającego się dziś pod maską społeczeństwa, mogą być bardzo silne. Jednostka ma możliwość uchylenia się od nich, choćby na skutek samobójstwa. “Możliwość samobójstwa należy do naszego kapitału”. To była jedna z maksym, jakimi od czasu do czasu wywoływałem zgorszenie; potem usłyszałem od jednej z kawiarnianych osobistości, które dziś, często zdumiewająco długo, otaczane są czcią, “że nastał czas, aby czcigodny autor uczynił użytek ze swego kapitału”.

Ernst Jünger, Przybliżenia. Narkotyki i upojenie, Warszawa 2013, s. 68.