Całe moje ciało istnieje po to, by napawać się tym widokiem

„Co się tam stało?”, zapytałem cicho, może nawet zbyt cicho, a zdumienie, które zajęło we mnie miejsce strachu, sparaliżowało mi gardło, matka jednak, jak gdyby nie przejmując się moimi pytaniami albo ich nie słysząc, wyszła na taras, zrobiła kilka kroków i, jakby niemiły stukot obcasów kazał się jej zatrzymać, w pośpiechu uciekła do pokoju, „Co się stało?”, zapytałem już tym razem głośniej, a ona podeszła do drzwi prowadzących na korytarz, otworzyła je i się cofnęła!, wtedy musiałem już wyskoczyć z łóżka i pospieszyć jej z pomocą.

Nasze pędzące naprzeciw siebie ciała zderzyły się ze sobą i spotkały na środku ciemnego pokoju.

– Co się stało?

– Wiedziałam, od pięciu lat wiedziałam!

– Co się stało?

– Wiedziałam, od pięciu lat wiedziałam!

Staliśmy wczepieni w siebie.

Jej ciało było przerażająco napięte i tak sztywne, że aż twarde, i choć na chwilę mnie objęła, a ja, obejmując ją, próbowałem poddać się jej objęciom, wyraźnie czułem, że ta bliskość nie przynosi jej ulgi, moje dobre chęci nie wystarczają, ja czuję ją, ale ona nie czuje mnie, równie dobrze mógłbym być sekreterą albo fotelem, których może się chwycić, jeśli straci równowagę, aż wreszcie podjęła tę bliską szaleństwa decyzję; mimo to nie chciałem jej puścić, mocno przycisnąłem czoło do jej czoła, jak gdybym dobrze wiedział, co zamierza, przed jakim strasznym czynem muszę ją powstrzymać, choć właściwie nie miało dla mnie znaczenia, przed czym ją powstrzymuję, nie miałem o tym wszystkim bladego pojęcia, instynkt podpowiadał mi, że przed tym, co chce teraz zrobić, cokolwiek by to miało być, muszę ją powstrzymać!, i jak gdyby moje wysiłki odniosły skutek, jak gdyby wreszcie zrozumiała, że tak, jestem jej synem, należę do niej, pochyliła się nade mną i, niemal gryząc, gorąco pocałowała mnie w szyję, ale w chwilę później, czerpiąc ze swojego pocałunku i mojego sparaliżowanego strachem ciała siłę do kolejnego kroki, nagle wyrwała się z moich objęć i odepchnęła mnie od siebie, „Nieszczęsny!”, zawołała głosem pełnym rozpaczy i biegiem rzuciła się w kierunku tarasu.

Pobiegłem za nią.

Pędziła przez taras, ale nie w stronę schodów prowadzących do parku, jak mogłem przypuszczać, tylko w zupełnie przeciwnym; zatrzymała się przed drzwiami do pokoju panny Wohlgast.

W pokoju paliły się świece, drzwi były otwarte, a drżące, rozkołysane światło ślizgało się po kamieniach prosto pod nasze nogi.

Nigdy wcześniej nie czułem aż w takim stopniu, że stoję na stopach.

Że nie tylko moje oczy, ale całe moje ciało istnieje po to, by napawać się tym widokiem.

Dzieci bowiem nie tylko wiedzą często o rzeczach, które mają w takich chwilach miejsce, ale, choć zabrzmi to skandalicznie, dzięki rozkoszy czerpanej z własnego ciała mogą mieć w tej materii pewne doświadczenie; ich widok tak mnie jednak zaskoczył, że nie byłem w stanie go zrozumieć.

Widok dwóch obcych sobie ciał.

Panna Wohlgast leżała na boku z nogami podkurczonymi aż do piersi, wokół porozrzucane białe ubrania, a potężne, rozłożyste, teraz, gdy patrzę okiem doświadczonego mężczyzny, piękne, krągłe pośladki obracała w stronę ojca; obracała?, przysuwała, ofiarowała, podawała!, on zaś przywierał do nich, uderzał w nie swoim przyrodzeniem, odrywał się od nich, klęczał czy siedział nad nią w kucki, jedną rękę zanurzając w jej rozpuszczonych ciemnych włosach i z całej siły chwytając je tuż przy samej skórze; był już w środku tego doskonale zamkniętego ciała, buszował w nim delikatnie, ale z wielką siłą; dziś już wszystko jest dla mnie jasne, tylko wtedy bowiem członek może wejść możliwie najgłębiej, a raczej najwyżej; wrażliwy napletek, szeroka kryza żołędzi, nabrzmiałe supły żył pocierają nabrzmiewającą łechtaczkę, gładzą wargi, głaszczą i szorują śliską, obejmującą niczym jaskinia pochwę, przez co erekcja staje się tak silna, tak pulsująca, że tam, na samym końcu, macica wydaje się jedyną przeszkodą!, wypełniwszy dokładnie pustkę, już nie potrafimy odróżnić, co należy do nas, a co do tej drugiej osoby; w tej dziwnej pozycji gwałt i czułe oddanie się wydają się jednym i tym samym, cóż więc może być więcej, jak możemy wyobrazić sobie rozkosz?, to jednak, co wtedy zobaczyłem, nie było niczym innym jak widokiem ojca, jego pleców pochylonych aż do skurczu, rozwartych pośladków, co wyglądało tak, jak gdyby chciał się wypróżnić, wolną ręką podpierał się o ziemię, w rytmicznym ruchu widziałem jego ogromne, lekko uniesione jądra, które po chwili znów zakryły miejsce wywołujące w nich tętniącą rozkosz; panna Wohlgast krzyczała cieniutkim głosikiem, otwarte usta ojca budziły we mnie strach, wydawało się bowiem, że nie może ich zamknąć, wydobywało się z nich głębokie charczenie, czubek języka wystawał na zewnątrz, oczy miał otwarte i niewidzące, ale wtedy tamten pisk i charczenie nie łączyły się dla mnie w sposób oczywisty z rozkoszą, kiedy bowiem ojciec wszedł już w nią najgłębiej, jak mógł, i odnalazłszy swoje ostateczne miejsce, zamarł w odrętwieniu, a całe jego ciało pokryte plamami czarnego owłosienia zostało ogarnięte bezsilnym, nienasyconym drżeniem, uniósł głowę panny Wohlgast i kilkakroć uderzył nią o ziemię; i kiedy rozdzierająco pisnęła z rozkoszy, zaczęła się pod nim miotać, jak gdyby chciała uciec, oddalić się od zenitu doznań, łono ojca z nie mniejszą niż przed chwilą siłą znów zaczęło się przybliżać i oddalać, jej pisk stał się ciepły i łagodny, a wtedy ojciec szarpnął ją za głowę i zaczął uderzać nią o podłogę, aż dudniło.

Jeśli nawet w tamtych chwilach uczucie rozkoszy było we mnie silniejsze od zaskoczenia, i jeżeli, zapomniawszy o matce, wszystkimi zmysłami oddałem się temu widokowi, a wręcz, bez względu na wszystko, byłem szczęśliwy, że to widzę, i nie należy tego przypisywać dziecięcej ciekawości ani nawet temu, że mój drogi towarzysz zabaw z Heiligendamm, trochę starszy ode mnie hrabia Stollberg, już mnie wtajemniczył w te sekretne sprawy, to po prostu niespodziewanie doszły we mnie do głosu najrozmaitsze, dotychczas ukryte pragnienia, tęsknoty i skłonność do okrucieństwa; jak gdyby to oni je we mnie wyzwolili, jak gdyby panna Wohlgast swoim piskiem przyłapała mnie na gorącym uczynku!, ich widok pozwolił mi zgłębić świat zmysłów, wszystko bowiem, co się tam działo, dotyczyło nie mnie samego, ani mojej teoretycznej dotychczas wiedzy, ani nawet mojego towarzysza, którego kiedyś niespodziewanie zaskoczyłem na moczarach, jak leżąc na bagnistej ziemi, zabawiał się swoim ptaszkiem, ani też mojego ojca, lecz wprost przedmiotu mojego podziwu i pożądania, samej panny Wohlgast.

Moje liczne nocne ucieczki nie pozostały tedy bezskuteczne, bo wprawdzie chciałem zostać sam na naszym wspólnym tarasie, jednak cieszyłem się, że mogę ją tam spotkać, a ona przytulała mnie do swojego ciała ciepłego od łóżka i nieprzespanej nocy.

Jej ciepło emanowało pięknem, choć nie było to piękno jej ciała ani regularnych rysów twarzy, ale, że tak się wyrażę, jej żywego mięsa i rozpalonej skóry; i choć każdy z łatwością mógł dostrzec, że pod względem linii i form była daleka od ideału, to wydawała się o wiele bardziej pociągająca niż tak zwane doskonałe ciało; cóż to więc za szczęście, że bardziej wierzymy naszym dłoniom niż zimnej estetyce!, tu muszę szybko dodać, że nawet moja matka nie potrafiła się oprzeć temu dziwnie silnemu wrażeniu, i choć miała zwyczaj kierować się oschłymi regułami, tutaj uwierzyła własnym oczom, była zachwycona panną Wohlgast, uwielbiała ją, jak gdyby igrając z myślą, że mogłaby zostać jej przyjaciółką, tak jak Frick był zaufanym przyjacielem ojca; błyszczące brązowe oczy, południowa, ciemna jak u Cyganki skóra, zaróżowiona i napięta na szerokich kościach policzkowych, rozwarte, nerwowe nozdrza małego noska, usta nabrzmiałe krwią, jak gdyby przecięte pionowo rytualnym ciosem miecza, działały także na matkę, w obecności panny Wohlgast matka była jak naelektryzowana, choć ojciec, chcąc się z nią podrażnić, zwracał uwagę, że „panna Wohlgast jest rzeczywiście bardzo wulgarna”, matka tolerowała zbyt głośny sposób mówienia, przymykała oczy na jej graniczącą ze złymi manierami poufałość, i nie przeszkadzało jej nawet umysłowe ograniczenie tej panny, ucieleśnione w niskim, płaskim czole, a panna Wohlgast zamiast odpowiedzieć na zachwyt matki zdyscyplinowanym zachowaniem, stawała się jeszcze bardziej nieokiełznana; a więc ja też znałem ciało, które leżało wtedy na podłodze; małe, sztywno sterczące piersi, talię, która w odpowiednio uszytych sukniach wydawała się jeszcze węższa, biodra, których szerokość efektownie podkreślał krój jej strojów; znałem je dobrze, gdyż tamtej nocy, kiedy bezsenność i spokój wygnały ją na taras, i tam przytuliła mnie do siebie z matczyną czułością, aczkolwiek zbyt wielką, i dziś już wiem, że przecież adresowaną do ojca, poczułem to ciało w całej jego nieukrywanej, pozbawionej proporcji doskonałości, nie miała na sobie nawet szlafroka, a przez delikatny jedwab koszuli nocnej czułem niemal wszystko, nawet miękką gęstwinę łona, kiedy niby przypadkiem zbłądziła tam moja ręka, no i ten zapach, w którym się pogrążałem.

Ale już wystarczy, ani słowa więcej!

Poczucie miary i dobry smak każą mi przerwać tu na chwilę moje wspomnienia.

Matka wydała z siebie jęk i bez przytomności runęła na ziemię.

Péter Nádas, Pamięć, tłum. Elżbieta Sobolewska, Stronie Śląskie 2017, ss. 141-145.

Odbicia pani Gray

Boże, czuję się, jakbym znowu miał piętnaście lat. (…)

Szybkim krokiem podszedłem do drzwi. Korytarz był pusty, ale wyczułem ślad czyjejś obecności, niewyraźną zmarszczkę w przestrzeni, tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się czyjaś postać. Billy przepadł – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że znów położył się do łóżka. Ruszyłem korytarzem, dywan – jakiego był koloru, no jakiego? – tłumił moje kroki. Nie wiedziałem, dokąd idę ani czego szukam. Wiatr szeptał w kominie. Świat rozmawia sam ze sobą, własnym sennym, zagadkowym tonem. Drzwi, które zauważyłem, dopiero kiedy je mijałem, były uchylone. Widzę swoją postać, spoglądającą w bok i odchylającą głowę do tyłu, następuje szarpnięcie i uderzenie, nagle wszystko zwalnia.

Dywan, teraz sobie przypominam, a raczej chodnik, bo tak się to właściwie nazywa, miał kolor bladoniebieski albo niebieskoszary, deski na podłodze były polakierowane na nieprzyjemny, ciemny odcień brązu i świeciły się jak wyssany, klejący się cukierek toffi. Widzicie, jakie to rzeczy można sobie przypomnieć, kiedy człowiek się skoncentruje?

Czas i Pamięć są jak para wybrednych, pedantycznych dekoratorów wnętrz: nieustannie przestawiają meble, od nowa aranżują pomieszczenia, a nawet zmieniają ich przeznaczenie. Jestem przekonany, że przez uchylone drzwi zajrzałem do łazienki, albowiem wyraźnie pamiętam chłodny poblask porcelany i cynku, tym jednak, co przede wszystkim przyciągnęło mój wzrok, było lustro, takie jak w tamtych czasach montowano w toaletkach: z zakrzywioną górną krawędzią, dodatkowymi skrzydłami, a nawet – czy aby na pewno? – z zaczepionymi na skrzydłach niewielkimi, trójkątnymi lustereczkami, które kobieta dokonująca toalety mogła ustawić pod odpowiednim kątem po to, aby zobaczyć siebie z góry. Wspomnienie gmatwa drugie lustro, tym razem pełnej wysokości, umieszczone po zewnętrznej stronie otwieranych do wewnątrz drzwi – na to by wyglądało – w którym to zwierciadle ujrzałem odbicie pomieszczenia, a w nim stojącą centralnie toaletkę, lub czymkolwiek był ów mebel, wyposażoną we własne lustro czy też raczej lustra. Zatem, mówiąc ściśle, nie widziałem łazienki albo sypialni, ale tylko jej odbicie, tak jak nie widziałem pani Gray ani jej odbicia, lecz zaledwie odbicie odbicia pani Gray.

Cierpliwości, razem przebrniemy przez ten krystaliczny labirynt.

Tak więc stoję przed drzwiami, gapię się przez szparę w wysokie lustro, nietypowo zamocowane po zewnętrznej stronie uchylonego do wewnątrz skrzydła. Z początku nie docierało do mnie, na co patrzę. Jak dotąd jedynym ciałem, które widziałem prawdziwie z bliska, było bowiem moje własne, zresztą nawet z nim, z tą wciąż rozwijającą się istotą, nie byłem w szczególnie serdecznych stosunkach. Nie wiem, jak sobie wyobrażałem, że mogłaby wyglądać kobieta bez ubrania. (…)

Pani Gray w lustrze, w lustrze odbijającym się w lustrze, była goła. Naga – zabrzmiałoby bardziej elegancko, wiem, ale chodzi właśnie o to, że była goła. Kiedy przetoczyła się pierwsza fala konsternacji i zdumienia, uderzyła mnie osobliwa ziarnistość jej skóry – podejrzewam, że po prostu dostała gęsiej skórki – i zwróciło uwagę mętne, przypominające matowy poblask pokrytego nalotem ostrza noża, migotanie na powierzchni tejże. Zamiast odcieni różu i brzoskwini, które spodziewałem się ujrzeć, zwiedziony dziełami Rubensa, zobaczyłem zaskakujące spektrum barw, od magnezowej bieli po srebro i cynę, rozmazaną żółć, bladą ochrę, a miejscami nawet niewyraźne zielonkawe plamki, we wklęsłościach zaś fioletoworóżowe cienie.

Zobaczyłem tryptyk, rozczłonkowane czy może raczej rozmontowane ciało pani Gray. Środkowe lustro – to wbudowane w toaletkę, o ile to w ogóle była toaletka – obejmowało jej tors, piersi i brzuch, a także ciemną plamę poniżej, podczas gdy w skrzydłach po obu stronach odbijały się ramiona i dziwnie zgięte łokcie. W górnej części lustra zauważyłem spokojnie wpatrzone we mnie, rzucające mi wyzwanie oko, które jakby mówiło: „Oto ja. Co o mnie sądzisz?”. Wiem, że to pogmatwane ustawienie jest mało prawdopodobne, o ile w ogóle możliwe – zacznijmy od tego, że abym mógł zobaczyć takie, a nie inne odbicie pani Gray, musiałaby stać blisko lustra i bezpośrednio przed nim, odwrócona do mnie tyłem, ale nie było jej tam, było tylko odbicie. Czy zatem znajdowała się w pewnym oddaleniu od zwierciadła, w drugim końcu pomieszczenia, ukryta przed moim wzrokiem wślizgującym się do środka przez uchylone drzwi? Ale jeśli tak, to przecież w lustrze powinna się wydawać mniejsza. Chyba że oba lustra, to w toaletce, w którym się odbijała, i to zamontowane na drzwiach, w którym odbijało się jej odbicie, jakimś sposobem powiększyły jej postać. Wątpię. Jak jednak wyjaśnić te anomalie i nieprawdopodobieństwa?

Nijak. Opisałem tylko obraz, który zachowałem w pamięci. Mówię, co widzę. Później, kiedy ją o to zapytałem, pani Gray zaprzeczyła, jakoby takie zdarzenie nastąpiło. Powiedziała, że widocznie uważam ją za niezłą bezwstydnicę – tak się wyraziła – skoro sądzę, że pokazałaby się w takiej pozie gościowi w domu, w dodatku chłopcu, i to jeszcze przyjacielowi jej syna. Jestem pewien, że skłamała.

John Banville, Prawo do światła, tłum. Jacek Żuławnik, Warszawa 2015, ss. 41-46.

Left behind, useless and alone

She had watched as he crossed the room and poured himself a measure of Scotch, the Talisker she was drinking now. Lately, he was looking taller, easier in his movements. While his back was turned to her she had a cold premonition of rejection, of the humiliation of being left for a young woman, of being left behind, useless and alone. She wondered if she should simply go along with anything he wanted, then rejected the thought.

He had come back toward her with his glass. He wasn’t offering her a Sancerre the way he usually did around this time.

“What do you want, Jack?”

“I’m going to have this affair.”

“You want a divorce.”

“No. I want everything the same. No deception.”

“I don’t understand.”

“Yes you do. Didn’t you once tell me that couples in long marriages aspire to the condition of siblings? We’ve arrived, Fiona. I’ve become your brother. It’s cozy and sweet and I love you, but before I drop dead, I want one big passionate affair.”

Mistaking her amazed gasp for laughter, for mockery perhaps, he said roughly, “Ecstasy, almost blacking out with the thrill of it. Remember that? I want one last go, even if you don’t. Or perhaps you do.”

She stared at him in disbelief.

“There it is, then.”

Ian McEwan, The Children Act, Nan A. Talese (September 9, 2014)