Mam nadzieję, żeście się napatrzyli do syta

Opiekuna rzuca się przed siebie, chwyta chłopca za ręce i razem z dwoma poduszkami ściąga go z kanapy, po czym wlecze w kierunku łazienki. Miotając się, chłopak przewraca stolik, lecą czasopisma i popielniczka. „Puszczaj mojego brata”, krzyczy Bitsy i łapie opiekunkę w pasie. Jimmy wyrwał się, skacze na dziewczynę, wszyscy troje lądują na podłodze. W telewizorze bez głosu pojawia się ciemny korytarz w starej kamienicy, w jakimś dalekim kraju. Kopnięcie i któreś pada między nogami opiekunki. Drugie siada na jej twarzy. „Jimmy! Przestań!” Opiekunka ma zduszony głos, trzęsie się ze śmiechu.

*

Ogląda telewizję. Sama. To chyba dobry moment, żeby wejść. I pamiętaj: cokolwiek by gadała, i tak tego chce. Stoją w zaroślach i sprężają się. „Powiemy, że musi być grzeczna”, szepcze Mark, „a jak nie, to damy po pupie”. Jack cichuteńko chichocze, ale kolana mu drżą. Wstała. Nieruchomieją. Spogląda prosto w ich stronę. „Nie ma mowy, żeby nas mogła zobaczyć”, szepcze z przejęciem Mark. „Czy ona wychodzi na zewnątrz?” „Nie, idzie… tam musi być łazienka!” Jack bierze głęboki oddech, serce wali mu jak młot. „Ty, czy tam z tyłu jest okno?”, pyta Mark.

*

Dzwoni telefon. Wychodzi z wanny i owija się ręcznikiem. Bitsy ciągnie za ręcznik. Piszczy: „Jimmy, łap ją za ręcznik!” „Bitsy, spokój!”, syczy opiekunka, ale już jest po wszystkim: jedna ręka na telefonie, druga musi puścić ręcznik. Niespodziewana nagość paraliżuje dzieci, dopiero po chwili przypominają sobie o łaskotkach. Ale wtedy jest już na powrót w ręczniku. „Mam nadzieję, żeście się napatrzyli do syta”, mówi ze złością. Jest jej zimno i czuje dziwny lęk. „Halo?” Cisza. Zerka w okno – czy tam ktoś jest? Coś, tak, chyba coś zobaczyła, i szelest – szelest kroków?

*

„A to nie kąp się, Jimmy, guzik mnie to obchodzi”, mówi z irytacją. Bluzka wyciągnięta i zmięta, włosy rozczochrane, ciało lepi się od potu. Zna tysiące bardziej interesujących rzeczy od siedzenia z tymi dwoma bachorami. Trzema: na szczęście niemowlak śpi. Odpukuje w przewrócony stolik, stawia go na nogi, układa popielniczki i gazety. Bo najbardziej nie cierpi tych zafajdanych pieluch. „Tylko idź już wreszcie do łóżka”. „Nie muszę się kłaść przed dziewiątą”, przypomina Jimmy. No i świetnie, ma to gdzieś. Włącza głos, siada na kanapie, wsuwa bluzkę w spódnicę i odgarnia włosy z czoła. Jimmy i Bitsy oglądają na podłodze. Może weźmie szybką kąpiel, kiedy już pójdą spać. No i gdyby tak mógł przyjść Jack. Mężczyzna, niewątpliwie szpieg, idzie krok w krok za jakąś kobietą, ale dlaczego? Kobieta idzie obok innego mężczyzny. Coś tu się dzieje, trudno wyczuć co. Chyba za dużo straciła. Telefon.

*

Całuje ją Mark. Jack jest pod kocem, ściąga majtki z jej rozkołysanych bioder. Jej ręka jest w jego spodniach, wyciąga go i ciągnie ku sobie, ciągnie mocno. Znalazła go jednym ruchem! Mark też się już rozbiera, Boże, to wszystko dzieje się naprawdę! myśli z jakąś nabożną radością, kiedy nagle dostrzega otwarte drzwi. „Hej, co tu się wyprawia?”

*

Namydla jej plecy, robią się takie gładkie i śliskie pod dłonią. Ona zgina się, przyciska czoło do kolan, siedzi między jego nogami. Jasnobrązowe włosy mają mokre koniuszki, muskają lśniące ramiona. Mydło wyślizguje się i spada mu między nogi. Szuka go, wyławia i zaraz upuszcza za sobą. „Pomóż mi znaleźć”, szepce jej na ucho. „Jasne”, mówi gospodarz, zachodząc go od tyłu. „Tylko co zgubiłeś, Harry?”

*

Dochodzi dziewiąta, czas położyć dzieciaki do łóżek. Sprząta stół, wyrzuca papierowe talerze i hamburgery do śmieci, wkłada szklanki i srebrne sztućce do zlewu, wstawia majonez, musztardę i ketchup do lodówki. Niezbyt wiele zjadły na kolację, głównie tylko chipsy i lody, ale to już nie jej zmartwienie. Patrzy na książki na lodówce. Chyba dziś do nich nie zajrzy, jest raczej wykończona. Może zresztą poczuje się lepiej, jeśli zrobi sobie szybką kąpiel. Napuszcza wodę do wanny, wsypuje kryształki, rozbiera się. Przed zdjęciem majtek patrzy przez chwilę na płaski, gładki pasek jedwabiu na podbrzuszu, przebiega palcem miejsce, gdzie byłoby to rozcięcie, gdyby też je miała. Potem szybko wyskakuje z majtek, czując coś jak wstyd, i rozpina biustonosz. Waży piersi w dłoniach, patrząc na siebie w lustro, w którym widzi otwarte okno z tyłu za plecami, a w nim czyjąś twarz. Krzyczy.

Robert Coover, Opiekunka, tłum. Jacek Szelegejd i Andrzej Ziemiański , [W:] „Literatura na świecie” 1/2001, ss. 23-25.

Byłeś jak denat. Ale bez gaci wyglądałeś słodko jak wiewióreczka

Kiedy znów je otwiera, leży na czarnym atłasie, więc w pierwszej chwili myśli, że wsadzono go do trumny.

Nie, nie! Jeszcze nie umarłem! woła przerażony.

Oczywiście, że nie, kochany szeryfie. Szansonistka siedzi przy toaletce i pudruje sobie piersi.

Znów opada na łózko; czuje się tak, jakby go koń kopnął poniżej pasa. Przez otwarte okno, przysłonięte koronkową firanką zwisającą nieruchomo w skwarze południa, słyszy trzeszczenie kół, odgłosy z kuźni, dudnienie obcasów na drewnianym chodniku, przekleństwa, rżenie, okrzyki, czasem strzały. Te wszystkie dźwięki wydają się przeznaczone wyłącznie dla niego, albowiem rozlegają się tylko tak długo, aby mógł je usłyszeć; może to w ten sposób miasta porozumiewają się ze swoimi szeryfami?

Ale przez pewien czas nie było wcale pewne, czy się z tego wyliżesz, kochasiu.

Miałem okropny sen. Jeśli to był sen. Wszystko wydawało się takie prawdziwe.

Z tego, co widziałam, musiało być dość podniecające.

Leżałem na pustyni. Umierałem. Sam jak kołek. I nagle pojawiły się wilki. Całe stado.

Nie mów? I cię zjadły, tak?

Myślałem, że mnie zjedzą. I nic na to nie mogłem zaradzić. Ale nie. Tylko mnie obwąchały, po czym ustawiły się wokół i lizały najpierw moją ranę, a potem, no, moją męskość, zupełnie jak krowy, kiedy się dorwą do lizawki. Bałem się, że jak się poruszę, to mi ją odgryzą, więc leżałem nieruchomo jak kamień.

Kiedy coś takiego dzieje się ze mną, zawsze albo zaczyna mnie swędzieć na całym ciele i muszę się podrapać, albo chce mi się kichać.

Ze mną było inaczej.

No niby, ale w sumie podobnie. Mruga do niego w lustrze, unosi kolejno obie piersi, pociąga różem sutki. To wyjaśnia stan, w jakim cię znalazłam, cały byłeś spuchnięty i gadałeś od rzeczy, zupełnie jakby ci się mózg ugotował, obok walały się twoje portki, pocięte na paski i obszczane przez jakieś ohydne zwierzę, pewnie któregoś z tych wilków. Naprawdę paskudnie wyglądałeś, skarbie; całe miasto wyległo na ulicę, żeby na ciebie popatrzeć, kiedy cię przywiozłam.

Nic z tego nie pamiętam.

No pewnie. Byłeś jak denat. Ale bez gaci wyglądałeś słodko jak wiewióreczka. Przepłoszyłam sępy z twojego powabnego męskiego ciała, po czym przerzuciłam cię przez zad mojej chabety i przywiozłam do miasta; urządziliśmy na głównej ulicy prawdziwą paradę, z flagami, orkiestrą dętą i fajerwerkami; mieliśmy więcej frajdy, niż gdybyśmy upiekli na ruszcie kilku Indiańców. Jednakże najpiękniejszą chwilą byłą ta, kiedy mi się oświadczyłeś.

Kiedy co?!

Ledwo straciłam męża, więc, oczywiście, musiałam się nad tym zastanowić…

Belle! Chyba nie ochajtnęliśmy się, co?!

Nie, jeszcze nie, złotko, ale pastor zjawi się lada chwila. Kupiłam sobie z tej okazji nowe ineksprymable, które szalenie powinny ci się spodobać. Pokazałabym ci je, ale to zły znak, jeśli pan młody ogląda…

Ależ Belle, ja nie mogę! Przecież… przecież szeryf zawsze jest kawalerem!

Bzdura. Znajdziemy ci inne zajęcie. Możesz zostać pianistą.

Nie umiem grać.

Naumiem cię.

Nie chcę się naumieć!

Podchodzi, schyla się i podaje mu do pocałowania przypudrowane piersi, zakończone rubinowymi sutkami. Mężczyzna odwraca głowę.

Cholera, Belle, to pomysł do bani, jestem samotnikiem, nie nadaję się na żonkosia!

Przyzwyczaisz się, skarbie. A zresztą klamka zapadła; obiecałeś.

Ale przecież sama mówiłaś, że gadałem od rzeczy.

Nieważne. Obietnica to obietnica. Zrywanie zaręczyn może nie jest w tych stronach gardłową sprawą, ale kara i tak jest bardzo nieprzyjemna. Pochyla się nad nim i łaskocze go w ucho pomalowanym sutkiem. No, przystojniaczku, pobaw się nimi trochę. Od dziś są tylko twoje. Albo prawie.

Rozlega się stukanie do drzwi.

Otwarte! woła Belle, wciąż pochylona nad szeryfem, z cyckiem w jego uchu.

Do pokoju wchodzi łysy chudzielec z kozią bródką i melonikiem na głowie; jedno oko – przez które biegnie paskudna blizna – ma zamknięte, w drugim błyszczy monokl, na wysokości krocza trzyma Biblię, a przekręcony do tyłu kołnierzyk udaje koloratkę.

Robert Coover, Miasto widmo, tłum. Tomasz Mirkowicz, Warszawa 2001, ss. 112-115.

Pokornym, ale pewnym ruchem rozsuwa zasłony: ach!

Wchodzi, spokojnie, z powagą, bez afektacji, ostrożna w ruchach (tak jak ją uczono), nie tupie głośno, nie powłóczy nogami, ale przechodzi uważnie, dyskretnie, przelotnie spogląda na puste, rozgrzebane łóżko, rozrzuconą piżamę. Waha się. Nie. Jeszcze raz. Wchodzi. Spokojnie, z powagą, bez afektacji, nie tupie głośno, nie powłóczy nogami, unika tanecznych kroków, miarowego kiwania głową i machania rękami, nie gapi się, nie rozgląda, lecz uważnie i dyskretnie przechodzi przez drzwi, po froterowanej podłodze, obok pustego, rozgrzebanego łóżka i rozrzuconej piżamy (nie spogląda, tak lepiej) w kierunku długich zasłon na przeciwległej ścianie. Tak ją uczono. Wreszcie, pokornym, ale pewnym ruchem rozsuwa zasłony: ach! Światło porannego słońca wlewa się po lśniących płytkach do środka (takie ma wrażenie) niczym z wiadra. Otwiera na oścież ukryte za zasłoną szklane drzwi (a wokoło śpiewają ptaki) i przez chwilę wpatruje się w ogród, gotowa wpuścić słodki oddech rannego powiewu, który pobudzi ją do najszlachetniejszych i najdoskonalszych wyczynów, ale jej myśl wciąż jeszcze skupia się na wyobrażeniu, z początku przyjemnym, teraz niepokojącym wyobrażeniu światła rozlanego po pokoju: niczym z wiadra… Wzdycha. Wchodzi. Z wiadrem. Ustawia je spokojnie, z powagą, i przechodzi przez pokój (ostrożnie), po froterowanej podłodze, obok pustego, rozgrzebanego łóżka (nie spogląda), żeby rozsunąć zasłony na przeciwległej ścianie. Otwiera na oścież szklane drzwi, wiadra światła wlewają się do środka (nie myśli o tym teraz) i pokój wypełnia się słodyczą świeżego porannego powietrza płynącego z ogrodu. Słońce już całkiem wzeszło i z nieba zniknęły różowe obłoki świtu (stracony czas: to o tym właśnie myśli), ale na roślinach w ogrodzie wciąż jeszcze rosę i wszystko wygląda czysto i jasno. Tak jak jego pokój po zakończonym sprzątaniu.

Budzi się ze snu (coś o użyteczności, czy też bezużyteczności, jego dawnym nauczycielu, który smaganie swoich uczniów nazywał „służbą cywilną”), wciąż jeszcze spowity w ciemności i wtulony w słodką pierś nocy, lecz już świadom nowego dnia (wie o tym nawet nie patrząc), który czeka na niego tuż za zasłoną, jak brat, by go pokochać lub zabić. Odpycha koce i niepewnie siada, gotów przyjąć wyzwanie (lub obietnicę), wsuwa stopy w ranne pantofle, przeciera twarz, przeciąga się i zastanawia, jakież to głupie błędy służąca (gdzie ona jest?) popełni dzisiaj. Cóż. Powinienem przynajmniej dać jej szansę, napomina sam siebie, ziewając szeroko.

Robert Coover, Służąca i jej pan, tłum. Marek Wilczyński, Warszawa 1991, s. 5-6.

Niebieski czajnik, kuty pogrzebacz, złote pośladki, zielony fortepian

Chwilami zapominam, że to wszystko jest tylko tworem mojej wyobraźni. Zaczynam myśleć o wyspie tak, jakby istniała rzeczywiście, a wszystko, co się na niej znajduje, było prawdziwe, oporne wszelkim ingerencjom, zniszczenia zaś stanowiły nie tyle zamysł estetyczny, co wynik działania czasu. Przyłapuję się na tym, że zaglądam do niebieskich czajników, walczę z pajęczynami lub spoglądam w zadumie na szarawozielony mech porastający dolną krawędź kamiennej balustrady. Zastanawiam się, czy ktoś może bez mojej wiedzy wędrować po wyspie, zastanawiam się, czy może się zdarzyć, że umrę, a czajnik pozostanie. „Sprowadziłem dwie siostry na wymyśloną wyspę” – mówię. Wcale nie przesadzam. To przecież ja wyposażyłem je w ciekawość i życiorysy, apetyt i mowę. Jeżeli mają imiona czy smutki, to też ode mnie. „Prawdę powiedziawszy – dodaję – beze mnie nie miałyby i pizd”. Nie chcę tym (Przerywam, żeby oznajmić, iż zrobiłem już wszystko, co miałem do zrobienia. Wkraczam z tą wieścią akurat teraz, bo chwila ku temu wydaje mi się odpowiednia. Wiele was jeszcze czeka, na niejedną próbę jeszcze was wystawię, ale już więcej się do was nie odezwę. Czyżby więc koniec mógł nastąpić w środku? Tak jest, tak dzieje się zawsze…) nikogo gorszyć, a tylko unaocznić pewną prawdę – jednakże sam poniekąd gorszę się sobą. Co innego jest odkryć gęste kudły między własnymi pośladkami, co innego przyłapać się na ściąganiu złotych portek z siostry Karen. Może to w sumie i wychodzi na jedno, lecz jakkolwiek się te sprawy mają, jestem zaniepokojony. Skąd się bierze ta iluzja, to wrażenie „twardości” niebieskiego czajnika, kutego pogrzebacza, złotych pośladków czy zielonego fortepianu?

*

W sześciokątnej loggii pałacyku stoi pomalowany na jasnozielono fortepian – jest popękany i połamany: to skutki działania czasu i wandali. Łatwo jest wyobrazić sobie przy nim dziecko – jego wesoły kolor sugeruje podobny dodatek – może nawet dwoje, słoneczny dzień… nie, nie, inaczej: nad jeziorem szaleje burza, niebo jest czarne, skłębione i srogie, dzieci są w domu, bezpieczne od wichury i ulewnego deszczu, dziewczynka siedzi po prawej stronie, chłopczyk po lewej, popychają się trochę dzieląc na dwoje klawiaturę, babcia, a może tylko jakaś pani, ale najlepiej babcia, siedzi na ławce pod oknem i patrzy na spienione, granatowoczarne jezioro, dzieci ćwiczą palcówki, śmieją się, na pewno są trochę hałaśliwe, a babcia, czy pani, spogląda na nie od czasu do czasu, uśmiecha się cierpliwie, gdy przechwytują jej spojrzenie, a potem… ale to przecież tylko domysły, nie wiadomo, czy tu w ogóle mieszkały dzieci, a jeśli nawet tak, to czy szczeniaki miałyby ochotę grać na zielonym fortepianie w czasie burzy, i to jeszcze w dodatku ćwiczyć palcówki? Nie, to tylko wytwór wyobraźni – podobne myśli przychodzą do głowy dziewczynie w złotych spodniach, która wyciąga właśnie rękę i uderza w klawisz. Nie rozlega się oczywiście żaden ton. Klawisze są wyszczerbione i pożółkłe, pedały rozmontowane, wyrwane struny wiszą jak pordzewiałe włosy. Dziewczyna zastanawia się, jak sama teraz wygląda, czuje, że kosmyk włosów opadł jej na czoło, ale w pałacyku nie ma luster. Rozkradziono je lub potłuczono. Zaczyna żałować, że nie była w nim za czasów jego świetności: rozgląda się wkoło, patrzy na wspaniały, drewniany strop loggii, na ogromny kamienny kominek, na stary but leżący przy drzwiach i na gniazdo os wiszące nad wybitym oknem. Wzdycha, wychodzi na wielki taras, z którego roztacza się widok na całe jezioro. „Przygnębiające miejsce” – mówi głośno.

Robert Coover, Zaczarowany pogrzebacz, tłum. Tomasz Mirkowicz, [W:] Gabinet luster. Krótka proza amerykańska 1961-1977, pod red. Zbigniewa Lewickiego, Warszawa 1980, ss. 128-130.