Celibat

image

Z głębokości wołam do Ciebie, Boże. Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, któż się ostoi? Zaraziłem się grzechem, czytając słowa niepsalmowe, zapisane przez ludzi o nieczystych duszach: „Szukam do seksu dyskretnego chłopaka, faceta, któremu chciałbym obciągać kutaska”, „Jest ktoś chętny do obrobienia gorącej pałki, lizania jajek i dupska. Higiena i dyskrecja gwarantowane i tylko do 14-ej jestem mobilny”, „Jakiś konkret wystawi do polerki żonatemu teraz?”, „Cześć. O 7 będę wracał z pracy. Kto mnie zaprosi na oral może i anal. Czekam na tel. Chętnie dojrzali po 45. roku życia”, „Siemka, kto da obciągnąć w jakimś kibelku w centrum?”.

Słowa te stały się moim powietrzem, rozmyślam o nich dniem i nocą. Ulepiłeś mnie z ducha i ciała. Duch mój ochoczy, ciało słabe. Kiedy przyjdzie wieczór, jadę w ciemność. Na tylnym siedzeniu zapominam się w grzechu. Ale, Boże, mam o wiele więcej powodów do wstydu.

(…)

O tym, że biskup pomocniczy lubi księży, wiedziałem już w seminarium. Wikary z mojej rodzinnej parafii powiedział mi pół żartem, pół serio: „Ale koło pomocniczego to się nie kręć”. Kręcili się ci, którzy chcieli zrobić karierę, i głupie ciotki klotki gotowe dać się przelecieć każdemu samcowi.

(…)

Jest jeden dzień w tygodniu, kiedy wchodzi się do klubu tylko w butach i skarpetkach. Tyle penisów merda wkoło, że po chwili nie zwraca się na nie uwagi. Nie dawaliśmy się wciągnąć w grupowy seks w darkroomie. Kilka razy ktoś mi przejechał po genitaliach i pośladkach, ja zrobiłem to samo, ale na tym się kończyło. No dobrze, chcę być szczery – jeśli nie mogłem wytrzymać, to pozwalałem fajnemu ciału na dotykanie przy pisuarze. Tylko dotykanie, do niczego więcej nie dochodziło. Mnie to całe rozluźnione środowisko trochę odpychało – nigdy nie wiadomo, co ten ładny penis chwilę temu penetrował.

Wracaliśmy nocą. Jeden zawsze musiał być trzeźwy. Proboszcz miał najlepiej, bo rano mógł pospać. Piękniś odprawiał mszę i jechał do pracy w kurii. Ja zapieprzałem do szkoły. Czasami proboszcz dzwonił do dyrektorki i prosił, żeby zorganizowała zastępstwo na religii, bo wikary czymś się zatruł. Przekupywał ją, chwaląc na kazaniach – że dzieci mają wysoki poziom nauczania, że szkoła angażuje się w życie parafii. Dyrektorka chodziła do kościoła, działały na nią takie bzdety.

(…)

Kochają się i zakonnicy. Ojcowie wchodzą w duchowe małżeństwa, wsuwają pod drzwi celi liściki, przynoszą na wycieraczkę pomarańczę, kiwi czy inny owoc. Ci homo są nagradzani przez przełożonych, mają lepsze cele i więcej wyjść na miasto. W jednym z klasztorów osiemdziesiąt procent ojców było homoseksualnych, w tym przeor. Cała prowincja o tym wiedziała, również prowincjał. Przez moment miałem stamtąd chłopaka. Ale postanowił żyć w celibacie.

Diecezjalni nie są lepsi. Biskupi boją się wysyłać księży na studia do Rzymu. Piękniś studiował. Przez rzymskie kluby przewalają się polscy kapłani. Zamiast studiować teologię i filozofię, wpadają w seksoholizm, alkoholizm, narkomanię. Szukają w klubach księży z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Później załatwiają sobie przeniesienie do Stanów, Kanady, Włoch, Niemiec i tam tworzą związki. Do Polski chętnie sprowadziliby się zakochani w polskim duchowieństwie księża z Afryki, ale polscy księża ich nie chcą. Bo są czarni, biedni, kojarzą się z ludami misyjnymi.

(…)

Nadal jeździłem z proboszczem do klubu na rozbierane imprezy. On krążył po darkroomie. Ja siedziałem przy barze, ciągle ktoś dotykał moich genitaliów. Po pewnym czasie nie zwracałem na to uwagi, chyba że ktoś brał je do ust. Przychodziliśmy do hotelu tak wymęczeni, że zasypialiśmy w ubraniach.

(…)

Jeździłem sam do klubu. Na seks się nie godziłem – ewentualnie wspólna masturbacja. Spotkałem przy barze proboszcza ze swoim nowym wikarym, takim z kategorii ciotki klotki, chyba za karę go dostał. Jednemu i drugiemu przejechałem ręką po trąbie i dupie. Piliśmy wszystko – czysta, piwo, drinki. Poszliśmy do hotelu, był ostry seks. Rano łóżko było zarzygane, nawet moje jedyne majtki były zarzygane. Pierwszy raz w życiu wracałem na plebanię bez majtek.

Proboszcz dzwonił, żebym do nich wpadał. Wpadłem kilka razy, fajny seks z nimi był, proboszcz dbał i o mnie i o Ciotkę Klotkę. Młody załatwił zabawki erotyczne. Poczułem się staro, kiedy instruował nas, jak się czego używa. Zaczął sprowadzać na plebanię osiemnastolatków z okolicy, ale do własnego użytku, co wkurzyło proboszcza i wywalił go z parafii.

Marcin Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Warszawa 2017.

Miejcie litość

– Biegiem, skurwysyny – Chłopak tak młody, że jeszcze się nawet nie goli, wali nas kijem. – Biegiem!

Plaża jest płaska i piaszczysta. Gdy do niej docieramy, każą nam się położyć. Poganiacze dzielą nas na trzy grupy po dwadzieścia osób, w kilkumetrowych odstępach. Hussan jest tak nieruchawy, że nie klęka dostatecznie szybko, brat ciągnie go w dół za kurtkę.

Plaża to najniebezpieczniejszy odcinek ucieczki do Europy. Plaża przyciąga padlinożerców. Tu spotykają się bandyci z lądu i z morza. Tu jesteśmy zupełnie bezbronni. Na plaży często zdarzają się napady, pobicia i rabunki. Czasem przemytnicy niezadowoleni z prowizji okradają swoich podopiecznych. Poza tym w każdej chwili może pojawić się straż przybrzeżna, wyłonić się z morza albo nadejść z lądu z psami. Wielkie fabryki zalewają okolicę mieniącym się światłem. Nad zatoką Abu Kir leży jeden z największych egipskich portów przemysłowych. Ląd za nami mieni się piekielną czerwienią, oranżem i żółcią. Morze przed nami rozbłyskuje sygnalizatorami stojących na redzie frachtowców. Nad głowami snuje się dym w jaskrawych kolorach.

– Ojcze wszystkich sierot! – woła Alaa w euforii w stronę wody.

Amar dzwoni do żony.

– Jesteśmy nad morzem – relacjonuje, leżąc na piasku. – Nie wiem, jak długo będę jeszcze mógł rozmawiać. Jak przestaniesz mnie słyszeć, to znaczy, że się nam udało.

I faktycznie, w naszą stronę płyną dwie motorówki.

Młodzi mężczyźni zrywają się jako pierwsi, chwytają za burty przedniej łodzi, próbują się na nią wspiąć, odpadają, próbują znowu. Amar zostaje w tyle, jak sparaliżowany, boi się ścisku, chce wsiąść na końcu, ale ostatni często zostają na plaży. Na szczęście dostrzega nas załoga drugiej łodzi. Wchodzimy do wody po piersi. Podsadzam grubego Rabeę, ktoś dźwiga go z góry, potem ręka sięga po mnie, chwytam ją, podrywa mnie, ciągnie po pokładzie, gdzie leży już bez tchu Amar. Obok nas kuca Bissan, dziewczynka z cukrzycą. Patrzy w stronę brzegu, płacze, krzyczy. Jej załamujący się głos przebija się nawet przez hałas silnika.

Matka w czarnym hidżabie stoi w wodzie, wyciąga ręce, woła. Ale załoga odwraca już łódź w stronę morza. Plecak z zastrzykami insulinowymi kołysze się na wodzie, fale wyrwały go z rąk Bissan. Podczas załadunku rodziny często się rozdzielają. Zdarza się, że dzieci docierają do Włoch bez rodziców. Jak wsiądziesz na statek, to nie ma odwrotu. Rzeźbiarz, który na końcu dzielił z nami mieszkanie, obiecał przenieść Bissan. Bo przez całe tygodnie mieszkał u jej rodziny. Bo jako jeden z nielicznych ma kamizelkę ratunkową. A potem po prostu zostawił ją w wodzie, ryzykując życie dziecka, żeby samemu zdobyć miejsce w pierwszej łodzi. Załoga drugiej wciągnęła ją na pokład, ale zapomnieli o matce.

Dziewczynka krzyczy tak głośno, że mężczyźni zawracają, klną, wywlekają matkę, kijem wyławiają z wody insulinę. Wciskają małej plecak, który dla niej znaczy życie.

A potem z wielką prędkością wypływamy na morze. Piana bryzga. Słychać uderzenia wody o kil i krzyki rozhisteryzowanej Bissan. Przemytnicy wrzeszczą na nią, matka i siostra przemawiają uspokajająco. Amar przysuwa się i pyta:

– Boisz się?

– Nie – odpowiada dziecko, powoli się uspokaja. – Nie wolno mi się bać. Jak się będę bała, to od cukrzycy wpadnę w śpiączkę.

(…)

My, Europejczycy, nie chcemy interweniować. Nie chcemy popełnić błędu. Patrzyliśmy na umieranie w Syrii. Wysyłaliśmy namioty bombardowanym, dopuszczaliśmy jednak, by Asad nadal ich bombardował. Przez trzy lata przyglądaliśmy się, jak reżim masakruje syryjskie społeczeństwo. Zniszczeń na taką skalę nie było od czasu wojny w Wietnamie.

Syria jako państwo przestała istnieć. Syria trwa wyłącznie w kawałkach. Rozpadła się na mnóstwo małych państw, których granice wciąż się przesuwają.

Na początku nie było chaosu. W ubiegłych latach regularnie jeździłem do tego kraju jako reporter „Die Zeit”. Byłem świadkiem demonstracji tysięcy ludzi, którzy protestowali przeciw skorumpowanemu rządowi. Jak przez wiele miesięcy co wieczór pokojowo wychodzili na ulice, mając tylko transparenty, i jak co wieczór strzelały do nich uzbrojone siły rządowe. Widziałem, jak w końcu sami zaczęli się zbroić i strzelać. Jak pokojowe powstanie zmieniło się w krwawą wojnę domową. Byłem w Syrii, gdy rebelianci wyzwalali pierwsze miasta. Widziałem, jak reżim pozwala na eskalację kryzysu, jak włącza do walk najpierw śmigłowce bojowe, a później samoloty i rakiety ziemia-ziemia, które obracają w gruzy całe połacie kraju.

Ludzie ginęli, a Europa i przede wszystkim Niemcy uprawiały politykę niewtrącania się, politykę przeczekiwania. Mówiono, że jeśli utworzymy strefę zakazu lotów i wkroczymy zbrojnie, konflikt się nasili.

Nie wtrącaliśmy się przez wszystkie te lata, bo nie chcieliśmy pogarszać sytuacji. Tę mantrę urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych rządu Merkel powtarzają do dziś. Co osiągnęliśmy? Maksymalną eskalację kryzysu w krajach arabskich.

Ta część społeczeństwa syryjskiego, która nie uciekła za granicę, zradykalizowała się. Kto codziennie widzi śmierć, zmienia się, raj na tamtym świecie staje się bliższy od życia na ziemi. Rozpacz Syryjczyków przyniosła w końcu tę straszliwą organizację, która nazywa się Państwo Islamskie i działa tak brutalnie, że odrzuciła ją nawet Al-Kaida. Dla islamu jest w swoim radykalizmie tym, czym Czerwoni Khmerzy byli niegdyś dla komunistów. Milicja Islamic State kontroluje jedną trzecią Syrii i jedną czwartą Iraku, to więcej niż powierzchnia Wielkiej Brytanii. W czerwcu 2014 roku na ruinach obu państw IS utworzyło kalifat roszczący sobie globalne pretensje, nieznający granic. Grozi, że wyczyści z szyitów, chrześcijan i innych niewiernych kraje arabskie, a potem cały świat.

Zachód nie pomógł, więc Państwo Islamskie rozprzestrzenia się w regionie jak gangrena. Fanatyczni boży bojownicy wywołują kolejną wielką falę uchodźców chcących przedostać się do Europy, przez morze, w którym tak wielu się topi.

Musimy to wreszcie zakończyć. Nie wolno nam się dłużej przyglądać. Moglibyśmy zapobiec ich śmierci, ale tego nie robimy, bo przyjęcie ich wydaje się za drogie.

Tego, co się stało, nie da się cofnąć. Ale można pomóc tym, którzy przeżyli skutki naszej polityki. W wielkim akcie miłosierdzia.

Raz już to zrobiliśmy. Gdy szalały wojny na Bałkanach, uciekinierom z regionu przyznaliśmy nieograniczony azyl. Kto był w stanie udowodnić, że pochodzi z Bośni i Hercegowiny, mógł szukać ratunku w Niemczech. Podczas wojny w Bośni pozwalaliśmy przyjeżdżać do nas wszystkim, z zastrzeżeniem, że muszą wrócić do ojczyzny, gdy zapanuje tam pokój. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi znalazło w tym czasie azyl w Niemczech i zdecydowana większość, z wyjątkiem dwudziestu tysięcy najcięższych przypadków, wróciła.

Jak długo jeszcze będziemy się przyglądać, gdy toną? Jak długo będziemy zmuszać kolejne pokolenie Syryjczyków do działania wbrew prawu? Wpychać ich w ręce przemytników? Jak długo będziemy zdradzać samych siebie? Wojny na Bliskim Wschodzie zmieniają także Europę. Brutalizujemy się, powoli i stopniowo. Próbując się chronić, niszczymy samych siebie. Nie wolno do tego dopuścić.

Nie zmuszajcie kobiet, mężczyzn i dzieci do wsiadania na łodzie. Otwórzcie granice, teraz. Miejcie litość.

Wolfgang Bauer, Przez morze. Z Syryjczykami do Europy, tłum. Elżbieta Kalinowska, zdjęcia Stanislav Krupar, Wołowiec 2016, ss. 54-56 i 141-143.

Geopolitics is always written with the blood of the people

When the photographer Mani and I arrived in Homs, in mid-January 2012, the Syrian revolution was reaching the end of its first year. In the city and the surrounding towns, the people were still gathering daily to demonstrate – calling for the fall of the regime, loudly asserting their belief in democracy, in justice, and in a tolerant, open, multi-confessional society, and clamoring for help from outside, for a NATO intervention, for a no-fly zone to stop the aerial bombardments. The Free Syrian Army (FSA), made up mostly of Army and secret services deserters disgusted by the repression, still believed its primary mission was defensive, to protect the opposition neighborhoods and the demonstrations from the regime snipers and the feared shabbiha (mafia thugs, mainly Alawite in Homs, formed into militias at the service of the al-Assad family). The Syrian citizen-journalists, like those that helped, guided, and protected us during our stay, still believed that the constant flow of atrocity videos they risked their lives every day to film and upload on YouTube would change the course of things, would shock Western consciousnesses and precipitate strong action against the regime. The people still believed that song, dance, slogans, and prayer were stronger than fear and bullets. They were wrong, of course, and their illusions would soon drown in a river of blood. America, traumatized by two useless and disastrous wars to the point of forgetting its own founding myth – that of a people rising against tyranny with their hunting guns, helped only by indomitable spirit and idealism – stood back and watched, petrified. Europe, weakened by economic crisis and self-doubt, followed suit, while the regime’s friends, Russia and Iran, occupied every inch of the political space thus made available. And geopolitics is always written with the blood of the people. The day after I left Homs, on February 3, a series of mortar shells targeted the neighborhood of al-Khalidiya, where I had spent so much time, killing over 140 civilians. As Talal Derki, the Syrian director and narrator of the magnificent documentary Return to Homs, comments at that point in his film, this mass murder was the turn of the revolution: “The dream of a revolution with songs and peaceful protests ended.”

Jonathan Littell, Syrian Notebooks: Inside the Homs Uprising.

Czy Białystok pamięta?

– Czasem leżę w łóżku – mówi – i myślę, że najgorszego przestępstwa w historii dokonali ludzie z mojego kraju. Dlaczego nie urodziłem się na Litwie, w Portugalii, w Polsce? Jeszcze w szkole, na początku lat dziewięćdziesiątych, byłem w Sachsenhausen, w Ravensbrück, w Buchenwaldzie, nie byłem tylko w Oświęcimiu i wiem, że to będzie trudne, ale muszę. Nie chciałbym tylko sam tam jechać, może z Żydami pojadę, na Marsz Życia. Miałem już praktykę w Berlinie, w szkole żydowskiej, to był mój pierwszy krok do tego świata, zobaczyłem ich wspólnotę, śpiewałem w jidysz.

– A co tu widzisz? – pytam.

– No właśnie – odpowiada – to dziwne, bo jestem tu kilka dni i zadaję sobie pytanie, czy Białystok pamięta.

Georg stoi pod pomnikiem spalonej synagogi wbitym w parking, niewidocznym, pod obeliskiem bohaterów getta wbitym w osiedle, gdzie trudno trafić. Widzi ślady po mezuzach na domach, ale tak mało tego. Chciałby przenieść się tutaj w czasie, by zobaczyć to bogactwo kultury żydowskiej, bo czuje żal, tęsknotę za tamtym światem, którego pełno było w Polsce przed katastrofą. Chciałby krzyczeć na ulicach: „Ludzie, uciekajcie, bo zaraz przyjdą moi rodacy i zawiozą was do Treblinki!”. A potem zostałby partyzantem. Dobrze, wzdycha, że tu tacy dobrzy ludzie, tylu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Kiwa głową, wilgotnieją mu oczy, popiół mojego papierosa spada na jego but.

Wiśniewski chciał przywrócić to, czego Georg nie mógł znaleźć. W 2009 roku zaproponował władzom miasta, by jedną z ulic nazwać imieniem Nory Ney. Urodzona na Podlasiu na początku XX wieku jako Sonia Nejman uczyła się w elitarnym Gimnazjum Dawida Druskina w Białymstoku dla zamożnych rodzin żydowskich. Występowała w szkolnym teatrzyku, ale ojciec nie chciał słuchać o aktorstwie, planował wydać ją za zamożnego żydowskiego starca. Uciekła z domu przez okno, pojechała do Warszawy, krytyka uznała ją za nową Polę Negri. Miała dziewczęcą twarz i smukłą figurę, była emancypantką, propagowała modę noszenia spodni na wzór Marleny Dietrich. W czasie II wojny światowej została zesłana w głąb ZSRR, po wojnie wyjechała do USA. Ofert żydowskiego teatru w Nowym Jorku nie przyjęła, nie znała jidysz, w Gimnazjum Druskina uczono po polsku. Jej córka Joanna Ney wylobbowała przyznanie Andrzejowi Wajdzie Oskara za całokształt twórczości.

Władze Białegostoku propozycję Wiśniewskiego przemilczały, dostał tylko list od jednego z mieszkańców: „Jak pan śmie proponować nazwę ulicy w Białymstoku nazwiskiem żydówki i dlaczego pisząc o żydach, nie skupia się pan na ich bezsprzecznych zdradach wobec Kościoła i Narodu Polskiego?”.

(…)

95 procent badanych białostoczan odpowiedziało w badaniu, że ich miasto jest zróżnicowane narodowościowo i religijnie. Ale tyle samo w odpowiedzi na pytanie o swoją narodowość podało narodowość polską.

Prawie 40 procent badanych uznało, że Białystok w przeszłości był przede wszystkim polskim miastem.

„Jeśli będziemy dumni – pisze Sztop-Rutkowska – z naszych niemieckich fabrykantów czy żydowskich powstańców w białostockim getcie, to z pewnością łatwiej będzie nam przyjąć nowych mieszkańców, którzy choć wyznają inną religię, inaczej się ubierają i obchodzą inne święta, mogą stać się takimi samymi »mieszczanami« jak my – w naszym wspólnym mieście, wielokulturowym nie tylko »folderowo«. I nie będziemy zdziwieni, w jaki sposób w mieście o tak pięknej wielokulturowej tradycji mogło się zdarzyć coś tak strasznego. Przyszedł czas, by zapełnić folder konkretną treścią”.

– Poczytaj o Żydach – mówi mi Sztop-Rutkowska – na stronach Urzędu Miejskiego.

Czytam. Historia Żydów, których okresami było w mieście nawet 75 procent, została tam umieszczona w podrozdziale poświęconym „mniejszościom”. Są też przemilczenia. W 1919 roku władze polskie włączyły do Białegostoku okoliczne wsie, by w wyborach samorządowych pozbawić Żydów większości w radzie miasta. Na stronie urzędu: „Wszyscy mieszkańcy międzywojennego Białegostoku mieli równe prawa wyborcze, zarówno w wyborach do władz samorządowych, jak i polskiego parlamentu”.

W kalendarium „historii miasta” nie ma słowa o Żydach. Nawet okres wojny, gdy ludność żydowska wyparowała, opisuje zdanie: „1939–1944 – II wojna światowa – represje wobec ludności i zniszczenie 75 proc. białostockiej zabudowy”. Warte za to wzmianki w kalendarium jest wydarzenie z 1992 roku: „Białystok staje się metropolitalną stolicą arcybiskupią”.

W zakładce „tradycje” czytam: „Dzisiejszy Białystok z dumą odwołuje się do swych tradycji, pielęgnując wspomnienie wspaniałych polskich Kresów, gdzie ów tygiel narodów i religii pozostawił po sobie niepowtarzalne zjawiska kulturalne. Białystok jest dziś jednym z ostatnich miast, gdzie owa tradycja jest wciąż obecna w codziennym życiu mieszkańców”.

(…)

Między uniwersytetem, sądem a gmachem nowej, aluminiowo-szklanej Opery Podlaskiej, dumy Białegostoku, stoi zalesiona górka – Park Centralny. Na trzech hektarach wysokie lipy, klony, wypielęgnowane ścieżki, ławki, plac zabaw dla dzieci. Zimą park służy za górkę saneczkarską. Całoroczna atrakcja.

W 2014 roku Tomasz Wiśniewski psuje białostoczanom zabawę. Ujawnia w krótkim filmie, że pod placem zabaw, ławeczkami jest cmentarz żydowski. Pod tonami ziemi stoją w pionie setki żydowskich macew, pod nimi resztki ludzkie owinięte w całuny.

Marcin Kącki, Białystok. Biała siła, czarna pamięć, Warszawa 2015.

fot. Henryk Borawski / CC BY SA 3.0 / Wikimedia Commons

Obowiązkowo: Lydia Cacho „Niewolnice władzy”

Matilde Manukyan, Amerykanka z pochodzenia, urodziła się w Turcji w 1914 roku. Uczyła się w najlepszych szkołach, prowadzonych przez francuskie zakonnice. Wyszła za mąż, lecz owdowiała. Po mężu odziedziczyła piękny budynek w Karaköy w dzielnicy czerwonych latarni. Z czasem, zarządzając trzydziestoma dwoma domami publicznymi i posiadając czternaście budynków, w których uprawiana jest legalna prostytucja, zaczęła być znana jako „królowa burdeli”. Wielokrotnie podejrzewana była o wykorzystywanie seksualne nieletnich, lecz układy z władzami przez całe życie zapewniały jej ochronę. Co więcej, chociaż zarobki Matilde pochodziły z handlu seksem, Turcja przyznała jej nagrodę dla obywatela, który w latach 1990–1995 zapłacił największe podatki.

(…)

„Powiedziała pani, że była w Anglii” – wymamrotał, schylając głowę i patrząc na mnie spod czarnych brwi. „Co mówili o Turczynkach i słynnych albańsko-tureckich alfonsach? Czy widziała pani, jak przybywają do Włoch? Na pewno wie pani, że mamy granice morskie [Półwysep Anatolijski ma linię brzegową o długości 8000 km]. Proszę pojechać i sprawdzić, co przewozi się w kontenerach na statkach towarowych”.

(…)

„Co byłoby dla mnie łatwiejsze: zakup młodej Azjatki czy kałasznikowa?” – spytałam Mahmuta. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i odpowiedział wyraźnie rozbawiony: „Kałasznikow to już historia. Mogłaby go pani jutro kupić za dwieście pięćdziesiąt dolarów, ale ponieważ jest pani kobietą, lepiej byłoby, aby zaopatrzyła się pani w AKM [lżejsza wersja karabinu AK]. Można go kupić za czterysta dolarów. Mniej więcej tyle samo kosztowałoby kupno na własny użytek «nowej» dziewczyny. Narkotyki to nie byłby prawdopodobnie dobry pomysł […]. W odróżnieniu od kobiet i broni nie można ich po prostu użyć i odsprzedać”.

Lydia Cacho, Niewolnice władzy, tłum. Katarzyna Kuś i Paweł Wolak, Muza 2013.