„Jakże ona kocha kwiaty!”, wykrzyknęła pani Lawrence, spoglądając na jej gorset.

Opinia towarzystwa była taka, że Lepré jest bardzo miły jakkolwiek niewiele znaczący. Madeleine poczuła z kolei, że to nie jest jej opinia i poczuła się ową myślą zaskoczona; ale ponieważ nieobecność Leprégo nie sprawiała jej zbytniego rozczarowania, jej sympatia do niego nie spowodowała w niej głębszego niepokoju. Na sali wszystkie głowy były zwrócone w jej stronę; przyjaciele już przychodzili składać ukłony i ją komplementować. Nie było to dla niej niczym nowym, a jednak z jakimś niejasnym przeczuciem, jak u dżokeja podczas wyścigu lub aktora w trakcie przedstawienia, czuła, że tego wieczoru triumfuje bardziej niż zazwyczaj. Jej stanik nieprzyzdobiony był żadnym klejnotem, a jedynie ozdobiony żółtym tiulem i katlezjami, w jej ciemnych włosach również było doczepionych jedynie kilka katlei, które spływały po tej cienistej wieży niczym blade girlandy światła. Świeża, jak owe kwiaty i jak one zamyślona, z powodu polinezyjskiego urokowi swej fryzury przypominała Mahenu Pierra Loti i Raynaldo Hahna. Niebawem do szczęśliwej obojętności, z jaką przeglądała tego wieczoru w olśnionych nią oczach swe wdzięki, wdzięki, które odzwierciedlały je z wielką wiernością, wkradł się pewien żal, że Lepré jej takiej nie widział.

„Jakże ona kocha kwiaty!”, wykrzyknęła pani Lawrence, spoglądając na jej gorset.

Faktycznie, kochała je, w owym prostackim znaczeniu, czyli ze względu na ich piękno i jak bardzo ją samą potrafiły uczynić piękną. Kochała ich piękno, ich radość, jak również właściwy im zewnętrzny smutek, jeden z atrybutów ich piękna. Kiedy nie były już świeże wyrzucała je niczym pomiętą suknię.

Nagle, w trakcie pierwszego antraktu, Madeleine dostrzegła przy orkiestrze pana Leprégo. A kilka chwil później generał de Buivres, książę i księżna d’Aleriouvres oddalili się, zostawiając ją samą z panią Lawrence. Madeleine zobaczyła, jak otwierają Leprému lożę:

– Pani Lawrence, rzekła, czy pozwoli mi pani zaprosić pana Leprę do nas, skoro jest, jak widać, sam przy orkiestrze?

– Ależ tak, tym bardziej, że zaraz będę musiała Panią opuścić, moja kochana. Pamiętasz, że sama dałaś mi na to pozwolenie, jako że Robert jest nieco cierpiący. – Czy chcesz bym poszła go zapytać?

– Nie, wolę uczynić to sama.

W czasie trwania antraktu, Madeleine pozwoliła panu Lepré rozmawiać z panią Lawrence. Wychylona za brzeg swojej loży spoglądała na salę, udając, że prawie się nimi nie interesuje, będąc przy tym pewną, że będzie mogła lepiej cieszyć się jego obecnością później, gdy już zostanie z nim sam na sam.

Pani Lawrence wyszła, by założyć swój płaszcz.

– Zapraszam pana, aby został ze mną podczas tego aktu, powiedziała Madeleine z uprzejmą obojętnością.

– Pani jest bardzo uprzejma, pani, lecz nie mogę, muszę się teraz oddalić.

– Ależ zostanę tutaj sama, tonem naglącym rzekła Madeleine. Po czym nagle, jakby chcąc zupełnie nieświadomie wykorzystać zasady kokieterii, zawarte w maksymie: „Jeśli ja ciebie nie kocham, to ty mnie pokochasz”, poprawiła się:

– Ależ ma pan rację, skoro jest pan oczekiwany, to proszę się nie spóźnić. Żegnam pana.

Czułością swego uśmiechu próbowała zatuszować surowość, która zdawała się jej wybrzmiewać o owym przyzwoleniu. Twardość jej słów była bowiem wyłącznie pochodną jej gwałtownego pragnienia zatrzymania go, wywołaną przez gorycz zawodu.

Takie przyzwolenie oddalenia się, dane komukolwiek innemu, wydawałoby się uprzejmym.

Tymczasem wróciła pani Lawrence:

– No cóż, skoro wychodzi, to ja zostanę z tobą byś nie czuła się samotna. Czy czule się pożegnaliście?

– Pożegnaliśmy?

– Wydaje mi się, że to pod koniec tego tygodnia wyjeżdża w swoją długą podróż do Włoch, Grecji i Azji Mniejszej.

Dziecko, które w chwili swych narodzin bierze oddech nigdy na to nie zważając, nie wie nawet jak bardzo powietrze, które powoli napełnia jego płuca jest mu niezbędnym do życia.

Czy zacznie dusić się w nagłym napadzie gorączki, w konwulsjach? W desperackim wysiłku całej swej istoty walczy o życie, o utracony spokój, które odnajdzie dopiero z nowym haustem powietrza, o którym wcześniej nie wiedziało, że jest od niego nierozdzielne.

Marcel Proust, Obojętny, tłum. Anna Zofia Jaksender, Kraków 2017, ss. 9-15.