Utrata

O czym więc mówi literatura? Jak to o czym? O utracie. O utracie świata, który był lub który jest, o utracie zdolności wypowiedzenia doświadczenia, jakiekolwiek by ono było (wspaniałe lub koszmarne, wzniosłe lub tragiczne), o utracie bliskich i dalekich, o utracie samej siebie. Literatura celebruje utratę, bo nie może inaczej: świat zdaje się nie mieścić w słowach, umarli przychodzą tylko dzięki naszym zaklęciom, to, co było, nigdy nie wróci w takiej postaci, jaką byśmy sobie wymarzyli. Teraźniejszość przemienia się w przeszłość przy akompaniamencie rozpadających się rzeczy, anioł przyszłości pozostawia za sobą piętrzące się rumowiska, wieczny powrót raz jeszcze okazuje się pocieszeniem człowieka cierpiącego na migrenę, a niegdysiejsze śniegi trwają tylko w cytacie. Gdy tylko słowa wypadną z ust lub skamienieją w publicznej przestrzeni, wokół nas wybucha niemilknący lament i zaczyna się, w każdym momencie, nieunikniona praca żałoby. Nigdy nie da się wypowiedzieć tego, co się kocha, nigdy znaki nie nałożą się na rzeczy, trupy nie przemówią, a rzeczy umilkną na zawsze. Literatura to zaklinanie nieobecności, niepotrzebne w momencie, gdy wszystko jest jak trzeba, gdy słowa są krępujące i wstydliwe, gdy świat przemawia w zrozumiałym języku. Gdy jednak maszyneria świata zaczyna rdzewieć, gdy spada na nas szklany klosz milczenia, gdy mowa świata domaga się tłumaczenia – wtedy zjawia się literatura: niepostrzeżenie, bezszelestnie, na łapkach kota.

Michał Paweł Markowski, Pragnienie nieobecności, [w:] Idem, Kiwka, Kraków Budapeszt 2015,  ss. 37-38.