„To cudowne”, powiedziała do siebie Śnieżka. „Kiedy woda spływa na moje delikatne plecy. Białe mięso. A teraz masaż. Najpierw gorąca, potem zimna. Tysiąc drobniutkich biczy wodnych. Jeszcze więcej biczy!

Napisała świetny wiersz pornograficzny na cztery strony, nie pozwoli nam go przeczytać, absolutnie odmawia, jest niewzruszona. Odkryliśmy to przez przypadek. Dowlekliśmy się wcześnie do domu, zatrzymaliśmy się na chwilę w korytarzu, zastanawiając się, czy powinniśmy wejść do mieszkania. Dziwne wrażenie, swego rodzaju przeczucie. A potem weszliśmy. „Przyszła poczta”, powiedzieliśmy. Pisała coś, widzieliśmy to wyraźnie. „Przyszła poczta”, powtórzyliśmy. Zazwyczaj lubiła przeglądać pocztę, ale była zajęta, nie podniosła nawet głowy, choćby na momencik. „Co robisz?” – zapytaliśmy. „Piszesz coś?” Śnieżka uniosła głowę. „Tak”, odpowiedziała. I ponownie spuściła wzrok, ani odrobina emocji nie pojawiła się w hebanowej czerni jej hebanowoczarnych oczu. „List?” – zapytaliśmy, zastanawiając się, że jeśli to list, to do kogo i o czym. „Nie”, powiedziała. „Listę?” – zapytaliśmy, szukając na jej twarzy jakiegoś śladu tendresse. Ale nie było tam tendresse. „Nie”, odpowiedziała. Zauważyliśmy, że przeniosła tulipany z zielonego wazonu do niebieskiego wazonu. „A więc co?” – zapytaliśmy. Zauważyliśmy, że przeniosła lilie z sekretarzyka na szyfonierkę. „A więc co?” – zapytaliśmy. Zauważyliśmy, że zaciągnęła indyjski pędzel aż do kuchni. „Wiersz”, powiedziała. Wciąż trzymaliśmy w łapkach pocztę. „Wiersz?” – powiedzieliśmy. „Wiersz”, powiedziała. Jasno i prosto, kawę na ławę. „No cóż”, powiedzieliśmy, „możemy rzucić okiem?” „Nie”, powiedziała. „Jaki jest długi?” – zapytaliśmy. „Cztery strony”, powiedziała, „na razie”. C z t e r y  s t r o n y! Pomyśleć tylko o ogromie pracy…

(…)

Rzeka dziewcząt i kobiet płynie naszymi ulicami. Jest ich tak wiele, że samochody zmuszone są korzystać z chodników. Kobiety spacerują po jezdni, gdzie w innych miastach jeżdżą ciężarówki i rowery. Stoją również w oknach, rozpinają bluzki, abyśmy nie byli rozczarowani. Podziwiam je za to. Głosowaliśmy wiele razy i wydaje mi się, że im się to podoba, że tak często głosujemy. Głosowaliśmy za tym, by sprawdzić również rzekę w sąsiednim mieście. Mają tam rzekę dziewcząt, z której specjalnie nie korzystają. Wskoczyliśmy do feluki, niosąc nasze bagaże w płóciennych tubach przewiązanych pośrodku. Dziewczęta jęknęły pod dodatkowym obciążeniem. Hubert odbił od brzegu, a Bill zaczął wybijać rytm dla wioślarzy. Zastanawialiśmy się, czy Śnieżka będzie szczęśliwa, całkiem sama. Ale gdyby nawet miało być inaczej i tak nic nie mogliśmy na to poradzić. Mężczyźni starają się zadowalać swoje kochanki, kiedy nie są zajęci w kantorze albo nie piją czyjegoś zdrowia, albo nie każą właśnie, by ostrze ich nowego sztyletu pokryć złotem. W wiosce krążyliśmy wokół studni, w której dziewczęta zanurzały swoje spodnie. Zamki błyskawiczne rdzewiały. „Ha, ha”, powiedziały dziewczęta, „mogłybyśmy zburzyć tę studnię w jednej chwili”.

Trudno obalić przekonanie, które żywią dziewczęta ze wsi, że chłopiec, który drży pod ścianą, zostanie pewnego dnia papieżem. Nie jest nawet głodny, jego rodzina nie jest nawet uboga.

(…)

Oprócz mycia budynków produkujemy żywność dla niemowląt, chińską żywność dla niemowląt:

BOW YEE DLA NIEMOWLĄT (siekana wieprzowina z chińskimi warzywami)

DOW SHEW DLA NIEMOWLĄT (twaróg sojowy z mielonym szczupakiem)

JAR HAR DLA NIEMOWLĄT (panierowane krewetki)

GOOK SHAR SHEW BOW DLA NIEMOWLĄT (pieczona wieprzowina na słodko)

PIE GUAT DLA NIEMOWLĄT (wieprzowina i ostrygi w sosie sojowym)

GAI GOON DLA NIEMOWLĄT (kurczak, kiełki i kapusta)

DIM SUM DLA NIEMOWLĄT (wieprzowina i chińskie warzywa)

JING SHAR SHEW BOW DLA NIEMOWLĄT (pieczona wieprzowina na słodko z jabłkami)

Tak właśnie spędzamy czas, doglądając kadzi. Choć czasami zajmuje nas mycie budynków. Zaskakujące, jak wiele matek sięgnie po atrakcyjnie zapakowany słoik dim sum dla niemowląt, smakowicie wyglądający garnuszek jing shar shew bow dla niemowląt. Hej ho. Przepisy zostawił nam ojciec. „Postaraj się być człowiekiem, o którym nikt nic nie wie”, powiedział ojciec, kiedy byliśmy jeszcze młodzi. Ojciec powiedział jeszcze kilka ciekawych rzeczy, ale zapomnieliśmy, co to takiego było. „Bądźcie cicho”, powiedział. To zapamiętaliśmy. Chciał więcej spokoju. Tego właśnie się szuka w parku narodowym. Nasz ojciec był człowiekiem, o którym nikt nic nie wiedział. Nadal nic o nim nie wiadomo. Zostawił nam przepisy. Nie był szczególnie interesujący. Drzewo jest bardziej interesujące. Kiedy śpiewamy hymn do ojca naszego, dostrzegamy, że nie był on szczególnie interesujący. Wspominają o tym słowa hymnu. Fakt ten jest wyraźnie komentowany w tekście.

(…)

„To cudowne”, powiedziała do siebie Śnieżka. „Kiedy woda spływa na moje delikatne plecy. Białe mięso. A teraz masaż. Najpierw gorąca, potem zimna. Tysiąc drobniutkich biczy wodnych. Jeszcze więcej biczy! I kto jest teraz ze mną pod prysznicem? To Clem. Sposób zbliżania się Clema i jego technika, a raczej jej brak, to Clem, Clem, Clem. A Hubert czeka na zewnątrz, po drugiej stronie zasłony, Henry czeka na korytarzu, za zamkniętymi drzwiami, a Edward siedzi na dole, przed telewizorem, i czeka. Ale co z Billem? Dlaczego od kilku tygodni Bill, przywódca, nie zapukał w drzwi mojego prysznica? Prawdopodobnie z powodu swojej niechęci do dotyku. Na pewno to właśnie jest powód. Clem, jesteś kompletnie aerotyczny w tych niebieskich dżinsach i ciężkich buciorach! Sztuczne zapłodnienie byłoby bardziej interesujące. I właściwie dlaczego pod prysznicami nie puszczają filmów jak w samolotach? Dlaczego nie mogę przez delikatną mgiełkę oglądać Ignacego Paderewskiego w Sonacie księżycowej? To dopiero był film. A poza tym on był prezydentem Polski. To musiało być interesujące. Wszystko w życiu jest interesujące oprócz koncepcji seksu wyznawanej przez Clema, jego zachodniego pomylenia pojęcia „przyjemności” z koncepcją „powiększania stada”. Ale woda spływająca po moich plecach jest interesująca. Bardziej niż interesująca. Cudowna, oto odpowiednie słowo”.

Donald Barthelme, Królewna Śnieżka, tłum. Krzysztof Fordoński, Poznań 1999, ss. 16-17, 21-22, 26-27, 43.

Pokornym, ale pewnym ruchem rozsuwa zasłony: ach!

Wchodzi, spokojnie, z powagą, bez afektacji, ostrożna w ruchach (tak jak ją uczono), nie tupie głośno, nie powłóczy nogami, ale przechodzi uważnie, dyskretnie, przelotnie spogląda na puste, rozgrzebane łóżko, rozrzuconą piżamę. Waha się. Nie. Jeszcze raz. Wchodzi. Spokojnie, z powagą, bez afektacji, nie tupie głośno, nie powłóczy nogami, unika tanecznych kroków, miarowego kiwania głową i machania rękami, nie gapi się, nie rozgląda, lecz uważnie i dyskretnie przechodzi przez drzwi, po froterowanej podłodze, obok pustego, rozgrzebanego łóżka i rozrzuconej piżamy (nie spogląda, tak lepiej) w kierunku długich zasłon na przeciwległej ścianie. Tak ją uczono. Wreszcie, pokornym, ale pewnym ruchem rozsuwa zasłony: ach! Światło porannego słońca wlewa się po lśniących płytkach do środka (takie ma wrażenie) niczym z wiadra. Otwiera na oścież ukryte za zasłoną szklane drzwi (a wokoło śpiewają ptaki) i przez chwilę wpatruje się w ogród, gotowa wpuścić słodki oddech rannego powiewu, który pobudzi ją do najszlachetniejszych i najdoskonalszych wyczynów, ale jej myśl wciąż jeszcze skupia się na wyobrażeniu, z początku przyjemnym, teraz niepokojącym wyobrażeniu światła rozlanego po pokoju: niczym z wiadra… Wzdycha. Wchodzi. Z wiadrem. Ustawia je spokojnie, z powagą, i przechodzi przez pokój (ostrożnie), po froterowanej podłodze, obok pustego, rozgrzebanego łóżka (nie spogląda), żeby rozsunąć zasłony na przeciwległej ścianie. Otwiera na oścież szklane drzwi, wiadra światła wlewają się do środka (nie myśli o tym teraz) i pokój wypełnia się słodyczą świeżego porannego powietrza płynącego z ogrodu. Słońce już całkiem wzeszło i z nieba zniknęły różowe obłoki świtu (stracony czas: to o tym właśnie myśli), ale na roślinach w ogrodzie wciąż jeszcze rosę i wszystko wygląda czysto i jasno. Tak jak jego pokój po zakończonym sprzątaniu.

Budzi się ze snu (coś o użyteczności, czy też bezużyteczności, jego dawnym nauczycielu, który smaganie swoich uczniów nazywał „służbą cywilną”), wciąż jeszcze spowity w ciemności i wtulony w słodką pierś nocy, lecz już świadom nowego dnia (wie o tym nawet nie patrząc), który czeka na niego tuż za zasłoną, jak brat, by go pokochać lub zabić. Odpycha koce i niepewnie siada, gotów przyjąć wyzwanie (lub obietnicę), wsuwa stopy w ranne pantofle, przeciera twarz, przeciąga się i zastanawia, jakież to głupie błędy służąca (gdzie ona jest?) popełni dzisiaj. Cóż. Powinienem przynajmniej dać jej szansę, napomina sam siebie, ziewając szeroko.

Robert Coover, Służąca i jej pan, tłum. Marek Wilczyński, Warszawa 1991, s. 5-6.