Najbardziej gorzki z żartów

W liście do Margarete Steffin Walter Benjamin opowiada z namiętną ironią, której czas i nasza powojenna wiedza nadają coś nieznośnego, że nagle wiedeńskim Żydom odcięto gaz: gazownia ponosiła straty z tytułu zużywanego przez nich gazu. A to dlatego, że najwięcej zużywali ci, którzy nie płacili rachunków – dodaje Benjamin. W tym miejscu list pisany do Margarete nabiera osobliwego tonu. Rodzi się wahanie, niepewność, czy dobrze rozumiemy. Znaczenie listu przepływa między gałęziami, snuje się po bladym niebie, a kiedy się objawia, kiedy tworzy nagle kałużę sensu pośrodku niczego, staje się jednym z najbardziej szalonych i najsmutniejszych znaczeń, jakie zna świat. Jeśli bowiem gazownia austriacka nie chciała dłużej zaopatrywać Żydów, działo się tak dlatego, że samobójstwo popełniali najchętniej, odkręcając gaz, i pozostawiali niezapłacone rachunki. Zastanawiałem się, czy to była prawda – bo tyle strasznych rzeczy wymyśliła tamta epoka, powodowana obłąkanym pragmatyzmem – czy też tylko żart, okrutny żart wykoncypowany w posępnym blasku świec. Nieważne jednak, czy to najbardziej gorzki z żartów, czy rzeczywistość: jeśli humor staje się tak mroczny, mówi prawdę.

Éric Vuillard, Porządek dnia, tłum. Katarzyna Marczewska, Kraków 2022, ss. 136-137.

Historia, roztropna bogini

Nie wpadamy nigdy dwa razy w tę samą przepaść. Zawsze jednak wpadamy w ten sam sposób, komiczny, a zarazem przerażający. I tak bardzo nie chcemy znowu wpaść, że wierzgamy i krzyczymy w głos. Obcasy łamią nam palce, potężne dzioby wybijają zęby, wydłubują oczy. Przepaść otaczają wysokie zamki. Jest też Historia, roztropna bogini, nieruchomy posąg pośrodku rynku; raz do roku otrzymuje daninę w postaci uschłego bukietu piwonii, a codziennie jako obiatę okruszki dla ptaków.

Éric Vuillard, Porządek dnia, tłum. Katarzyna Marczewska, Kraków 2022, s. 146.

24

Było ich dwudziestu czterech, obok bezlistnych drzew na nabrzeżu dwadzieścia cztery czarne, ciemnobrązowe lub jasnobrązowe płaszcze, dwadzieścia cztery pary wywatowanych ramion, dwadzieścia cztery żakiety, kamizelki i tyleż par spodni z zakładkami i szerokimi nogawkami. Cienie wsunęły się do wielkiego westybulu pałacu przewodniczącego parlamentu; niedługo jednak nie będzie już parlamentu, nie będzie przewodniczącego, a za kilka lat nie będzie nawet samego gmachu parlamentu, pozostaną tylko dymiące zgliszcza.

Na razie dwadzieścia cztery filcowe kapelusze odrywają się od głów i odsłaniają dwadzieścia cztery łyse lub okolone wianuszkiem siwych włosów czaszki. Przed wejściem na scenę dłonie wymieniają uroczyste uściski. Czcigodni patrycjusze stoją w wielkim westybulu, wypowiadają zdawkowe słowa, wyrazy uszanowania; można by odnieść wrażenie, że to trochę sztywny wstęp do garden party.

Dwadzieścia cztery postacie sumiennie przebyły pierwszą partię stopni, następnie pokonały kolejne, wspinając się schodek po schodku i zatrzymując od czasu do czasu, by nie sforsować zbytnio starych serc; ściskając kurczowo dłonią mosiężną poręcz, pięły się z półprzymkniętymi oczyma, nie podziwiając ani wytwornej balustrady, ani sklepień, jakby się wdrapywały na stos niewidzialnych zeschłych liści. Poprowadzono je przez wąskie drzwiczki na prawo, tam zaś, przeszedłszy kilka kroków po ułożonej w szachownicę posadzce, dotarły po trzydziestu stopniach na drugie piętro. Nie wiem, kto prowadził pochód, i w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia, ponieważ każdy z dwudziestu czterech musiał zrobić dokładnie to samo przejść tę samą trasę, skręcić w prawo, obejść klatkę schodową; wreszcie z lewej strony ujrzeli stojące otworem wielkie podwójne drzwi i weszli do salonu.

Powiadają, że literatura pozwala na wszystko. Mógłbym więc kazać im krążyć w nieskończoność po schodach Penrose’a, nie zdołaliby już nigdy ani wejść na górę, ani zejść na dół, robiliby wciąż jedno i drugie naraz. W pewnym sensie książki rzeczywiście tak na nas oddziałują. Czas słów – zwarty lub płynny, gładki i nieprzenikalny lub zmierzwiony, gęsty, rozciągnięty, ziarnisty -petryfikuje ruchy, paraliżuje.

Éric Vuillard, Porządek dnia, tłum. Katarzyna Marczewska, Kraków 2022, ss. 6-8.