Jeśli mnie pan nie zabije, to mnie pan zabije

Podczas tej sceny J. powiedziała: “Jeśli mnie pan nie zabije, będzie pan mordercą”. Jak przekonałem się potem, analogiczną wypowiedź przypisywano Kafce. Jej siostra, niezdolna do wymyślenia czegoś takiego, przytoczyła mi to zdanie w tej postaci, a lekarz prawie je potwierdził (pamiętał, że powiedziała: “Jeśli mnie pan nie zabije, to mnie pan zabije”).

Maurice Blanchot, Wyrok śmierci, tłum. Anna Wasilewska.

Najstraszliwsze spojrzenie, jakie żywa istota może znieść

Pochyliłem się nad nią, zawołałem ją głośno, po imieniu; i od razu – mogę zaświadczyć bez chwili zwłoki – z jej ust, jeszcze zaciśniętych, wydobyło się coś na kształt tchnienia, oddechu, który powoli przemienił się w lekki, słaby okrzyk; niemal jednocześnie – jestem tego pewien – jej ręce drgnęły, próbując się unieść. Powieki były jeszcze całkiem zamknięte. Ale po sekundzie, może dwóch, otworzyły się nagle, i otworzyły się na coś straszliwego, o czym nie będę mówił, na najstraszliwsze spojrzenie, jakie żywa istota może znieść, i sądzę, że gdybym w tamtej chwili zadrżał i poczuł strach, wszystko byłoby stracone, ale moja czułość była tak wielka, że nawet nie pomyślałem o szczególnym charakterze tego, co się wydarzało, a co wydało mi się czymś całkiem naturalnym z powodu tego nieskończonego impulsu, który prowadził mnie na spotkanie z nią, i wziąłem ją w ramiona, a jej ramiona obejmowały mnie, i od tej chwili ona była nie tylko całkiem żywa, ale też doskonale naturalna, wesoła i niemal ozdrowiała.

Maurice Blanchot, Wyrok śmierci, tłum. Anna Wasilewska.

Pewien pan przez trzy dni kochał do szaleństwa pewną młodą kobietę i sam przez tyleż mniej więcej czasu był przez nią kochany

DWA

Pewien pan średniej kultury i dobrych manier spotkał po wielomiesięcznej nieobecności, spowodowanej przerażająco wojennymi wydarzeniami, kobietę, którą kochał. Nie pocałował jej; ale oddaliwszy się w milczeniu, długo wymiotował. Zdumionej kobiecie nie chciał podać żadnych powodów tych wymiotów; nie podał ich nikomu; i dopiero po długim namyśle udało mu się zrozumieć, że owe torsje wyrzucały z jego ciała niezliczone obrazy ukochanej kobiety, które się w nim nagromadziły i miłośnie go zatruwały. Ale w tej samej chwili zrozumiał, że nie będzie już mógł traktować tej kobiety tak, jakby między nimi istniała tylko miłość, miłość łagodna, która pragnie jedynie przezwyciężyć wszelkie przeszkody i pozostać na zawsze miłością naskórkową; on doświadczył toksyczności uczucia i zrozumiał, że toksyczność oddalenia była jedynie alternatywą toksycznej bliskości i że zwymiotował przeszłość, aby dać miejsce przyszłym wymiotom. Aczkolwiek nie byłby zdolny wyjaśnić tego nikomu, wiedział, że to właśnie te torsje, a nie wzdychanie, są niezbędnym symptomem miłości, tak jak śmierć jest jedynym pewnym symptomem życia.
Od tej chwili znajduje się w sytuacji cudownie uciążliwej, która nie pozwala mu ani lekceważyć, ani wychwalać, ani podziwiać kobiety , którą niewątpliwie kocha – więcej, kocha w sposób trudny do zniesienia, teraz gdy uczynił ją współuczestniczką wymiotów – ani podzielić się z nią własną tajemnicą, tym, że on, by zaakceptować ją całkowicie, musi ją wchłonąć, uczynić własną aż do chwili , w której ona okaże się trucizną, o czym nie wie i czego on nie chce jej wyjaśniać. Tymczasem wszędzie życie staje się niepewne, grożą nowe wojny. W perspektywie szykują się nowi umarli, a ziemia staje się miękka w oczekiwaniu na mogiły. Wszędzie rozwiesza się odezwy mówiące o krwi. Ponieważ nikt nie mówi o torsjach, zakochany myśli, że problem jest albo nieznany, albo pozornie nieznany, albo zbyt dobrze znany. Całuje narzeczoną, powierza jej noc poślubną, dosiada, wymiotując, potężnego rumaka śmierci.

(…)

CZTERDZIEŚCI CZTERY

Ten pan zamyślony i nadaremnie smutny mieszka od wielu już lat w piwnicy, bo dom wznoszący się nad nią jest zniszczony i nienadający się do zamieszkania. Kiedy wybuchła wojna religijna, on, cudzoziemiec iinnego wyznania, miał nadzieję, że chodzi o zwykłe zamieszki, do których skłonni byli mieszkańcy tego regionu, pragnący wszyscy umierać w   sposób hałaśliwy i ekshibicjonistyczny, ale też zabijać w   okrutny sposób. On nie lubił tego kraju, w którym przebywał jako sekretarz ambasadora innego kraju, gdzie nie prowadzono wojen religijnych, lecz wojny ateistyczne, uzasadnione naukowo. W   chwili gdy wybuchły wojny religijne, sekretarz nie był w stanie wrócić do ojczyzny, gdzie trwała właśnie okrutna wojna naukowa, która, z początku przynajmniej, dotyczyła sześciokątów i kwasów, ale potem stopniowo ogarnęła prawie wszystkie materie, z wyjątkiem historii starożytnej. Otóż sekretarz, którego widzicie ubranego ze skromną elegancją, wyznaje, ogólnie rzecz biorąc, inną religię, ale możliwe również, że nie wyznaje żadnej. W jego kraju szanuje się głównie wybory duchowe o   podłożu naukowym; w rzeczywistości on nie za bardzo kocha naukę i gdyby miał wybrać materię, w której chciałby być kompetentny, wybrałby historię starożytną: ale ponieważ jest to jedyna materia niekontrowersyjna, wybór taki uznany by został za podejrzany i wykpiony jako tchórzliwy. Tak czy inaczej, zostałby zabity. Wybuch wojny religijnej pozwolił mu nie odpowiadać na żądania wyjaśnień, jakie nadeszły z jego kraju; ale równocześnie zamknął go definitywnie w   kraju wojen religijnych. Od lat oddalał się co najwyżej parę dziesiątków metrów od swojej sutereny; był prawdopodobnie jedynym cudzoziemcem, jaki został w   kraju, w   którym masakry były codziennością i zaczynały być pedantyczne; kraju, w   którym nie było już miast, lecz malownicze połacie ruin czekające na śmierć ostatniego z   walczących, by okryć się bluszczem i być Historią. Chociaż nigdy nie przyznał tego otwarcie, lubi przebywać w tym miejscu właśnie dlatego, że tu prowadzi się wojnę, która jest mu obca; i dlatego on nie tworzy Historii, ale słyszy jej codzienny huk; i, miłośnik historii starożytnej i martwych języków, on też czeka, by zgodnie z tym, o czym zawsze marzył, żyć w kraju złożonym tylko i   wyłącznie z ruin porośniętych zielem bez historii.

(…)

CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

Pewien pan przez trzy dni kochał do szaleństwa pewną młodą kobietę i sam przez tyleż mniej więcej czasu był przez nią kochany. Spotkał ją przypadkiem dnia czwartego, gdy od dwóch godzin już jej nie kochał. Początkowo było to spotkanie lekko krępujące; rozmowa ożywiła się jednak, kiedy się okazało, że i   ta kobieta przestała pana kochać, dokładnie godzinę i czterdzieści minut temu. Z początku odkrycie, że ich szalona miłość należy bądź co bądź do przeszłości i że, jak należy sądzić, przestaną się wzajemnie torturować niemądrymi, przykrymi i nieuniknionymi pytaniami, wprowadziła mężczyznę i kobietę w stan pewnej euforii; i wydało im się, że patrzą na siebie jak dwoje przyjaciół. Euforia ta była jednak krótkotrwała. Kobieta przypomniała sobie bowiem o   owych dwudziestu minutach różnicy; ona kochała go jeszcze przez dwadzieścia minut, gdy on, jak sam to wyznał, przestał już ją był kochać. Kobieta znalazła w   tym powód do rozgoryczenia, frustracji i urazy. On próbował jej wykazać, że owe dwadzieścia minut świadczy o stałości jej uczuć i pozwala ją określić jako osobę wyższą moralnie. Ona odcięła się, że jej stałość nie podlega dyskusji, ale że w   tym wypadku ktoś tej stałości nadużył i obraził ją w sposób zimny i   wyrachowany. Owe dwadzieścia minut, podczas których kochając, nie była kochaną, wykopało między nimi przepaść, której nic już nie wypełni. Kochała lekkoducha i rozpustnika, czego w tym i w przyszłym życiu powinien się wstydzić. On starał się zwrócić uwagę, że skoro już się nie kochają, można uznać ten problem za nieistotny, a przynajmniej zbyt mało ważny, by prowadzić miał do tak gorzkich stwierdzeń; ale powiedział to dość żywo, w sposób zdradzający strach, a zarazem zniecierpliwienie. Kobieta odparła, że koniec ich miłości nie jest żadną pociechą, ale znakiem, że w   sposób bezsensowny dokonało się coś złego i że jej zostaną po tym blizny. On zaśmiał się nieszczerze. I w tejże chwili narodziła się między tym dwojgiem wielka nienawiść, nienawiść małostkowa i niepohamowana; obydwoje czuli w jakiś sposób, że owa różnica dwudziestu minut jest rzeczywiście czymś okropnym i   że zdarzyło się coś, co przynajmniej jednemu z nich uniemożliwi dalsze życie. Zaczynają teraz myśleć, że przeznaczona im jest ta wspólna dramatyczna śmierć, o której snuli gorączkowe marzenia w okresie swej szalonej miłości.

(…)

DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

Ten młody człowiek kładzie się na łóżku i cierpliwie, ostrożnie szuka pozycji, którą on nazywa „pozycją kapitulacji”. Najpierw musi sprawdzić, czy ta pozycja mu odpowiada; i dlatego musi zbadać, jaki jest związek jego nóg, ramion i   brzucha, a nawet palców, włosów, paznokci i oczu z całym światem. Za każdym razem to sprawdzanie wydaje mu się głupie i maniakalne, ale nie potrafi prowadzić w inny sposób swojego badania. Poza tym nie ma wątpliwości, że w chwili gdy rozpoczyna dochodzenie, wykonuje mentalnie gest wyłączenia się ze świata i dlatego, choćby przez czystą grę dialektyczną, on światem nie jest. W   tym momencie wszystko, z czym się zetknie, jest punktem wyjściowym świata i cały świat, bez żadnych luk, zaczyna się od miejsca, w którym styka się z nim jego ciało. Niekiedy, a raczej bardzo często, jego ciało i świat nie są ze sobą w   zgodzie: dla nóg świat jest jak szorstki i szkodliwy futerał, ręce w nim toną, świat unieruchamia jego paznokcie, aby nie drapały. Wtedy on wie, że nie uzyskał pozycji, która by przynosiła spokój; nie szuka jej, ale układa się byle jak, wciąż próbując walczyć, zamyka oczy i zmierza nie tyle ku snowi, ile ku nieświadomości, którą uważa za zastosowany wobec świata fortel wojenny. Czasami świat się wyłącza: nie dotyka jego ciała i zdaje się nie wiedzieć nic o   jego woli bycia początkiem świata. Wtedy on próbuje mu się przypodobać i   zakomunikować, że jest nie tyle zgodny, co pogodzony ze światem jako całością, ze wszystkimi jego sposobami bycia. Kuli się na brzegu łóżka, zgina nogi tak, że wystają trochę poza krawędź, co ma oznaczać, że on się nie broni, ale zamierza wejść w świat, ułożyć swoje ciało w taki sposób, aby było nie tyle początkiem, co po prostu jednym miejsc świata. Jeśli ten gest zostaje zaakceptowany, rozkłada ramiona i z zamkniętymi oczami sprawdza wszystkie części ciała. Jeśli żadna nie umknęła, nie zbuntowała się, nie przejawia desperacji ani nie ujawnia oznak bycia maltretowaną, prosi własne ciało, aby się odprężyło, rozluźniło i pozwoliło, by to, co właściwe dla paznokci, przeniknęło do brzucha, a oko uzyskało informacje o dużym palcu u nogi. Aby to się zdarzyło, trzeba, by świat wziął w posiadanie ciało, a więc by nastąpił rzadki i   wspaniały moment kapitulacji; na co on może wreszcie przystać i odłożywszy ostrza swego codziennego życia, może zasnąć.

Giorgio Manganelli, Centuria. Sto krótkich powieści rzek, tłum. Halina Kralowa, Warszawa 2016.

Czerń jest bardzo twarzowa i dodaje powagi

– Powiedziała jedno kółko po okolicy, więc idźmy powoli – rzekł Alfred. – Chcę się potaplać w rynsztoku.

– Tylko żeby ci się nie nalało do kaloszy. Możesz iść szybciej.

– Będę szedł powoli. Wolniej niż melasa w styczniu. Będę szedł tak powoli, że w ogóle nie zauważysz.

– Przebiegnę całe kółko, a ty nie posuniesz się nawet o cal.

– Zostań. Czy duchy kolorowych też są kolorowe?

– Nie. Duchy są białe. Przypominają dym. Kiedy ktoś umiera, to ulatuje z niego dusza i to jest właśnie duch.

– A czy ja będę duchem?

– Wszystko zależy. Gdybyś kochał kobietę, z którą nie mógłbyś się ożenić, i umarł, to tak. Wracałbyś, żeby ją nawiedzać.

– Dlaczego?

– Bo twój duch nie mógłby zaznać spokoju i chciałbyś jej przypominać, jaki jesteś nieszczęśliwy, że nie mogłeś się z nią ożenić.

– A co to jest duch?

– To samo co dusza.

– A co będzie, jak duch tego nieboszczyka wydostanie się w nocy z parku i wejdzie do naszego pokoju?

– Nie wejdzie. Musi zostać i nawiedzać miejsce zgonu.

– Gdybyśmy przeszli mostem na drugą stronę, mogłabyś sprawdzić, czy już go pochowali.

– Tu by go nie pochowali. Zawieźli go na cmentarz i cisnęli do ziemi.

– Boisz się przejść na drugą stronę i sprawdzić. Widzę, że się boisz, bo wtedy próbujesz wyglądać jak mama.

– Ucieknę i zostawię cię tu w ciemnościach, zdanego na łaskę bezmyślnych kierowców, i wtedy zobaczymy, kto się boi.

– Rzucę się do rynsztoka, zachoruję i umrę, i dopiero będzie ci przykro.

– Nie będzie. Pójdę na twój pogrzeb i powiem „Czy nie wygląda słodko w tej swojej trumnie”, i będę płakać, i wszyscy będą mnie żałować i dawać mi różne rzeczy. Włożę czarną suknię z czarnymi dodatkami i kapelusz z czarną woalką. Czerń jest bardzo twarzowa i dodaje powagi. Potem wypłacą mi odszkodowanie z twojej polisy, wybiorę się w podróż i poznam tajemniczego bruneta.

– A wysypać ci na głowę kubeł robali?

– A chcesz mieć w łóżku pełno surowych ostryg?

– A chcesz, żeby cię zepchnąć z dachu?

– A chcesz, żeby przez twoje okno wsunęła się chyłkiem długa włochata łapa?

– A chcesz, żeby się ziemia pod tobą zapadła?

– Nie boję się, bo to niemożliwe.

– Za rok będę miał dużo kolegów i nie będę musiał się z tobą bawić.

– Nie bądź wredny, Alfred.

– Deszczu, deszczu, idź już precz.

– Myślałam, że lubisz deszcz.

– Sprawdzam, czy potrafię go przepędzić.

– Chodź wrócimy do domu i użyjemy naszych magicznych mocy, żeby przed kolacją wyszło słońce.

– Założę się, że Lily piecze ciasteczka i da mi jedno tak, żeby nikt nie widział.

– Jak ci da, to się podziel.

James Schuyler, Alfred i Ginewra, tłum. Marcin Szuster, Warszawa 2016, ss. 10- 12.