Historia pieprzyków

Siedemnaście lat temu, czyli tak dawno, że kobieta wyglądem bardziej przypominała zjeżdżającą na sankach córkę aniżeli siebie samą i po Budapeszcie jeździły autobusy z zupełnie inną numeracją, a czarna sosna z przyszłości była jeszcze siewką, krótko mówiąc: siedemnaście lat temu tych dwoje było w sobie zakochanych. W tamtym czasie kobieta właśnie skończyła studia i pracowała jako redaktorka w biurze architektonicznym o nazwie Plan Przemysłowy. Mężczyzna był architektem, naturalnie w tym samym miejscu. Kobieta mieszkała z matką, która od tamtego czasu dawno już zmarła, a mężczyzna – z żoną i z trójką dzieci, które od tamtej pory dorosły. Dwoje z nich mogliśmy zobaczyć przed chwilą, albowiem kobieta i mężczyzna około trzydziestki nie byli małżeństwem, lecz młodszymi dziećmi architekta. Poza nimi ma on jeszcze starszego syna, o którym nie było teraz mowy, mimo że swego czasu – pamiętacie, kiedy czarna sosna z przyszłości była jeszcze siewką – odgrywał znaczącą rolę w życiu kochanków. Wówczas także był nieobecny, ale właśnie ta jego nieobecność czyniła go ważnym: kochankowie regularnie spotykali się w jego mieszkaniu. Kobieta była od niego niewiele starsza i z zaciekawieniem przeglądała bibliotekę chłopaka, który studiował nauki humanistyczne w innym mieście. Kiedy stała nago przed półką z książkami, architekt zawsze podchodził do niej i prowadził ją przed lustrzaną szafę z ubraniami. Po kolei dotykał palcem jej pieprzyków. Miała ich siedem, z czego jeden na brodzie, trzy na piersiach, a resztę w innych miejscach. Dla zabawy wymieniał ich imiona (Nevus, Maluteńki, Maciupeńki, Gdziejesteś, Tajniak, Brzydal, Niepieprzyk). Kobieta przywiązywała dużą wagę do tej miłosnej gry, nawet gdy mieli dla siebie raptem godzinę. Podobała jej się stojąca naprzeciwko para i w takich chwilach mówiła architektowi, że mogłaby siebie widzieć w tych ramach, ale on powoływał się na dzieci i na to, że jest już za stary, by założyć nową rodzinę. Tak naprawdę nie był stary, miał czterdzieści dziewięć lat i czuł się w pełni sił. Chodził na basen, grał w tenisa i beznadziejnie walczył z łysiną. Kobieta musiała sprawdzać, czy na czubku głowy nie pojawiają się nowe, podstępne zatoczki i zawsze mówiła, że absolutnie nie, ale architekt był niepocieszony, w łysinie widział zbliżającą się starość oraz śmierć, której nie można uniknąć.
(…)
Mniej więcej w tym samym czasie mężczyznę na wózku inwalidzkim córka pcha w stronę budki ze strudlami, by kupić mu herbatę. Koło nich idzie matka z młodszym synem i dyskutują, jaki wybrać kocioł w miejsce starego.
Blondynka zamawia dwa langosze i smaruje je czosnkiem, gdy nagle wpada na pomysł, by wziąć dla córki strudla z makiem, jakiego uwielbia. Idzie w stronę drugiego okienka, do którego właśnie dociera druga rodzina. Kobieta kładzie jednego langosza na drugim rozdzielając je serwetką. Chce wyjąć pieniądze, grzebie w portmonetce i jednocześnie potrąca wózek inwalidzki. Na kurtkę mężczyzny spada niewielka ilość sera. – Przepraszam – mówi kobieta, zerkając w dół.
Mija kilka chwil, zanim rozpoznaje pożółkłą, chudą twarz mężczyzny, schowaną pod wełnianą czapką. Najmniej zmieniły się jego oczy. Zza pomarszczonej maski kobietę taksują od góry do dołu te same bursztynowe oczy, jakby chciały się przekonać, że się nie mylą. Dający się we znaki, zniszczony przez nowotwór mózg nagle zaczyna pracować i w tak oczywisty sposób przypomina sobie nazwy siedmiu pieprzyków, jakby chodziło o nazwy siedmiu wolnych królewskich miast, siedmiu wodzów lub siedmiu krasnoludków. Ale nie jest w stanie przypomnieć sobie, jak się nazywa kobieta. W miejscu, gdzie zapisane było jej imię pulsuje wycięta skalpelem rana. – Cześć – mówi mężczyzna. Jego głos jest w tym momencie bliższy niego samego niż ciało. – Cześć – odpowiada kobieta, jak gdyby nigdy nic, jak gdyby można było w dowolny sposób przewracać kartki historii: umrzeć, zmartwychwstać, zacząć coś od nowa, a potem znów to przerwać.

Krisztina Tóth, Pixel. Tekst ciała, tłum. Klara Anna Marciniak, Warszawa 2014.