Ten pierwszy i ten drugi, ten brzydki. Skoro muszę

Nagle sala wypełniła się obcymi ludźmi. Adrian bał się tak bardzo, że nogi od kolan w dół miał jak z galarety i wciąż myślał tylko o tym, żeby nie zsikać się w spodnie przy tych wszystkich eleganckich gościach. Dorośli przechadzali się wolno wzdłuż ławek i dokładnie oglądali dzieci. Jedna z pań, które zatrzymały się przed Adrianem i Helmutem, miała na sobie czerwoną sukienkę z białym koronkowym kołnierzykiem. Zmierzyła Helmuta od stóp do głów, po czym zwróciła się do opiekunki:

pani w czerwonym wezmę go, wydaje się milutki

opiekunka w takim razie musi pani wziąć też starszego, to jego brat; bierze pani obu albo żadnego

pani w czerwonym nie, nie chcę tego drugiego, jest brzydki

opiekunka przykro mi, nie rozdzielamy rodzeństw

pani w czerwonym skoro muszę, to wezmę też tego brzydkiego

I tak się stało. Jechał tramwajem linii 71 razem z Helmutem i panią w czerwonym. Było to w sierpniu, Adrian siedział, rozkoszując się ciepłym wiatrem, który wpadał do wagonu przez na wpół otwarte okna, i z początku nie pojmował, dlaczego nagle wszystko wydaje mu się tak znajome. Po chwili zrozumiał: tramwaj przemierzał Simmeringer Hauptstraße. Ni mniej, ni więcej, tylko wrócił na ulicę mamy. Miał nawet wrażenie, że za szybą mignął mu pan Gabel, właściciel warzywniaka, jak zwykle stał w swoim szarym fartuchu i pilnował skrzynek z owocami, które każdego ranka rozstawiał na chodniku. Pani Haidinger, bo tak nazywała się kobieta w czerwonej sukience, siedziała naprzeciwko i kiedy tylko dostrzegła, że Adrian odwraca się w bok, pochylała się ku niemu przez przejście i przekręcała mu głowę z powrotem. A potem już ani na moment nie spuszczała z niego wzroku, tak jakby się bała, że na następnym przystanku ucieknie z tramwaju, albo jeszcze gorzej: rzuci się na nią i ją udusi. Z bliska pani Haidinger nie wyglądała tak efektownie jak w sali wyłożonej kafelkami. Wystające spod czerwonej sukienki nogi były grube i żylaste, a jej drobne białe zęby, które pokazywała w uśmiechu, przywodziły Adrianowi na myśl krokodyla. Wobec niego zachowywała się zupełnie inaczej niż wobec jego brata. Helmuta przez cały czas ściskała, gładziła po jasnych włoskach, a kiedy mieli się przesiąść, weszła do sklepu obok bramy Cmentarza Centralnego i kupiła mu czekoladę Bensdorp za dziesięć groszy. Adrian oczywiście nie dostał nic, ponieważ był brzydki. Gdy już dojechało się do Kaiserebersdorfu, droga z przystanku do domu Haidingerów zajmowała nie więcej niż dziesięć minut, jeśli szło się skrótem przez pola i puste posesje. Za polami wznosił się nierówny rząd kominów miasteczka Schwechat, a przy sprzyjającym wietrze można było wyczuć wyraźny zapach słodu z tamtejszych browarów. Pani Haidinger mieszkała w dużym parterowym domu przeznaczonym dla dwóch rodzin. Lewą część zajmowała ona z mężem i rodzicami, a prawą jej brat Rudolf Pawlitschek z rodziną. Haidingerowie i Pawlitschkowie byli skłóceni, a sytuacji bynajmniej nie polepszało to, że pani Haidinger przyprowadziła do domu dwoje dzieci na wychowanie. Pan Pawlitschek był kaleką. W miejscu lewego ramienia wyrastał mu z barku tylko niewielki kawałek skóry. Może właśnie to, że był bezużyteczny – jak nazywała jego stan pani Haidinger – przepełniało go gniewem i goryczą. Dzieci nazywał kundlami i robił wszystko, żeby je poniżyć i upokorzyć. Już pierwszego dnia u państwa Haidingerów oddelegowano Adriana do pracy. Za domem był duży ogród, a w nim obora, w której trzymali krowy, kozy, kury i króliki. Do obowiązków Adriana należało zbieranie paszy dla królików, czyszczenie z odchodów i szorowanie sodą klatek królików i kur; trzeba też było przepalikować kozy na pastwisku, gdy już wyjadły trawę w jednym miejscu, a kiedy pan Haidinger zajmował się warzywnikiem, Adrian musiał wyciągać wodę ze studni i zawozić taczkami pełne wiadra, żeby pan Haidinger mógł podlać sałatę, cebulę, truskawki i pomidory. Za tę harówkę nie dostawał żadnej zapłaty. Z bratem spędzał mało czasu, chociaż spali w jednym pokoju. Kiedy Adrian pracował, Helmut odwiedzał z panią Haidinger krewnych i przyjaciół i zawsze wracał od nich z nowymi zabawkami albo tabliczką czekolady ze spółdzielni Konsum. Dużo później Adrian miał zrozumieć, że władze miasta Wiednia przekazywały spore sumy na każde dziecko oddane na wychowanie do dobrego domu, a pieniędzy starczało nie tylko na wyżywienie i zakwaterowanie, ale i na nowe ubrania, które pani Haidinger kupowała Helmutowi, ponieważ „tak szybko rósł”, i być może również na nowe kreacje dla niej samej. Jeszcze po latach sprawa ta nadal wzbudzała w nim oburzenie. Skoro było tyle pieniędzy – pytał matkę – to dlaczego nie dali ich tobie na czynsz, żebyśmy mogli zostać w domu? Ale ona tylko kuliła ramiona w ten swój dziecinnie bezradny sposób – z czasem wyrobiła w sobie taki nawyk – i odpowiadała, że też nie wie. Może w opinii władz ten, kto wychowuje dzieci, dostaje w życiu tylko jedną szansę, którą ona zaprzepaściła owego dnia, kiedy musieli wynieść swoje rzeczy na podwórko, a pan Schubach miał gdzieś to, że stoją tak na deszczu, obserwowani przez sąsiadów popalających papierosy na gankach galerii.

Steve Sem-Sandberg, Wybrańcy, tłum. Paulina Rosińska, Kraków 2015.