Przejdźmy się jeszcze kawałek

– Mieszkamy tu z mężem – powiedziała, wskazując budynek, obok którego wielokrotnie przechodziłem, w którego okna wciąż się wpatrywałem.

Pękło mi serce; wściekłem się, jakbym został zdradzony. Mimo upojenia alkoholem mogłem sobie jednak wyobrazić, że kobieta w tym wieku, pracująca w politycznej trupie teatralnej, która jeździ po różnych miastach Turcji, musi być zamężna. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?

– Na którym piętrze? – spytałem.

– Naszych okien nie widać z ulicy. Mieszkamy na parterze, u dawnego maoisty, który nas zaprosił do Öngörenu. Rodzice Turgaya mieszkają na górze. Nasze okna są od strony ogrodu. Turgay mówił, że przechodząc tędy, zawsze patrzysz w okna.

Zrobiło mi się wstyd, że moja tajemnica wyszła na jaw. Lecz Rudowłosa wciąż miała na twarzy słodki uśmiech. Jej pełne, piękne usta były bardzo ponętne.

– Dobrej nocy – powiedziałem. – Spektakl był świetny.

– Nie, przejdźmy się jeszcze kawałek. Bardzo zainteresował mnie twój ojciec.

Na potrzeby zaciekawionych czytelników, którzy zapoznają się z moją historią po latach, muszę wyjaśnić pewną rzecz: w tamtym czasie, gdy umalowana (choćby nawet do teatru), pociągająca, rudowłosa kobieta po trzydziestce, ubrana w piękną granatową spódnicę mówiła do jakiegoś mężczyzny o wpół do jedenastej wieczorem: „Przejdźmy się jeszcze kawałek”, dla większości ludzi mogło to mieć – niestety – tylko jedno znaczenie. Ja, rzecz jasna, do owej większości nie należałem; byłem uczniem liceum, niepotrafiącym ukryć swej młodzieńczej miłości. Ponadto kobieta miała męża i nie byliśmy w środku Anatolii, czyli w Azji, lecz na zachód od Stambułu – w Europie. Poza tym w głowie miałem moralność politycznie zaangażowanego lewicowca. Moralność mojego ojca.

Szliśmy przez jakiś czas, nic nie mówiąc i myśląc o tym, że idziemy, nic nie mówiąc. Ciemne kąty były mniej ciemne, a na niebie nad miasteczkiem nie było widać gwiazd. Ktoś oparł rower o pomnik Atatürka stojący na placu Dworcowym.

– Rozmawiał z tobą o polityce? – spytała Rudowłosa.

– Kto?

– Czy polityczni znajomi twojego ojca często do was przychodzili?

– Ojca zwykle nie było w domu. Ani on, ani matka nie chcieli, żebym się mieszał w politykę.

– Dlaczego ojciec nie zrobił z ciebie lewicowca?

– Zostanę pisarzem…

– To napiszesz dla nas sztukę – powiedziała z czarującym uśmiechem. Wrócił jej dobry humor i roztaczała wokół siebie przyciągającą, uwodzicielską aurę. – Chciałabym, żeby ktoś napisał sztukę albo książkę taką jak moje końcowe monologi i żeby umieścił tam moje życie.

– Tego ostatniego monologu nie zrozumiałem do końca. Masz gdzieś tekst?

– Nie, zawsze je improwizuję pod wpływem chwili. Szklanka raki też robi swoje.

– Prawdę mówiąc, myślę o napisaniu sztuki – powiedziałem tonem głupiego, przemądrzałego licealisty. – Ale najpierw muszę poczytać trochę dramatów. Pierwszym klasycznym dziełem, do którego się wezmę, będzieKról Edyp.

Plac Dworcowy tej lipcowej nocy był znajomy jak wspomnienia. Ciemność zakryła biedę i zaniedbanie Öngörenu, a dzięki blademu pomarańczowemu światłu latarni budynek stacji i cały plac stały się ciekawymi miejscami, których fotografię można by umieścić na pocztówce. Mocne reflektory wojskowego jeepa przejeżdżającego obok oświetliły stado psów, które stały na chodniku.

– Szukają niezdyscyplinowanych żołnierzy, którzy prowokują zajścia, i dezerterów – wyjaśniła Rudowłosa. – Z jakichś powodów tutejsi szeregowcy mają okropny tupet.

– Nie wystawiacie dla nich specjalnych rzeczy w weekendy?

– Musimy zarabiać… – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy. – Jesteśmy teatrem ludowym, a nie państwowym – nie mamy dofinansowania od rządu.

Wyciągnęła dłoń i zdjęła mi z kołnierza źdźbło słomy, które tam utkwiło. Poczułem bliskość jej piersi i długich nóg.

Wróciliśmy w milczeniu. Gdy szliśmy pod migdałowcami, oczy Rudowłosej zdawały się nie czarne, lecz zielone. Odczuwałem ogromny niepokój. Z daleka dostrzegałem budynek, w którego okna wpatrywałem się przez ostatni miesiąc.

– Mąż mówi, że dobrze pijesz jak na swój wiek. Czy twój ojciec też pił?

Pokiwałem głową. Zacząłem się zastanawiać, kiedy i w jakich okolicznościach siedziałem z jej mężem przy stoliku. Nie mogłem sobie przypomnieć. Nie chciałem też jednak pytać – pragnąłem jedynie zapomnieć o tym wszystkim i o moim zranionym sercu. W dodatku bolała mnie jak dziecko myśl, że gdy skończę pracę przy studni, już nigdy Rudowłosej nie zobaczę. Ten ból był bardziej nieznośny niż świadomość, że wiedziała, iż patrzyłem w jej okna (które w dodatku nie były jej).

Sto metrów od jej domu zatrzymaliśmy się pod jednym z migdałowców. Nie pamiętam teraz nawet, które z nas stanęło pierwsze. Uznawałem ją za mądrą i czułą. Uśmiechnęła się do mnie życzliwie i miło, z tym samym silnym, optymistycznym wyrazem twarzy, z którym patrzyła mi w oczy ze sceny. Poczułem wtedy nagle ten żal, który miałem w sobie, gdy oglądałem w teatrze ojca płaczącego nad synem.

– Turgay jest dziś w Stambule – powiedziała. – Jeśli jak ojciec lubisz alkohol, mogę cię poczęstować raki.

– Będzie mi miło – odparłem. – Poznam twojego męża.

– Turgay to mój mąż. Jakiś czas temu piliście razem, poprosiłeś go, żeby cię wziął na spektakl. – Zamilkła na chwilę, bym oswoił się z tym, co właśnie zrozumiałem. – Turgay czasami się wstydzi, że ożenił się z kobietą o siedem lat starszą, i ukrywa, że jesteśmy małżeństwem. Niech cię nie zwiedzie jego wiek, to mądry i dobry mąż.

Ruszyliśmy w stronę jej domu.

– A ja się właśnie zastanawiałem, gdzie piłem z twoim mężem.

– Tamtego wieczoru piliście z Turgayem raki Klubową w restauracji. W domu jest jeszcze pół butelki. Mam też turecki koniak tego dawnego maoisty. On zresztą niedługo wraca, a my się stąd zbieramy. Będę za tobą tęsknić, paniczu!

– Jak to?

– No wiesz, to już koniec naszego pobytu tutaj.

– Ja też będę za tobą tęsknił.

W bramie nasze ciała bardzo się do siebie zbliżyły. Ta bliskość przyprawiła mnie o zawroty głowy.

– Mam też ciecierzycę na zagryzkę i lód do twojej raki – powiedziała, otwierając bramę kluczem wyciągniętym z torebki.

– Ciecierzycy nie potrzebuję – odparłem tonem mówiącym, że się spieszę i nie zostanę długo.

Przeszliśmy przez wąski, nieoświetlony korytarz. Słyszałem, jak w ciemności szukała na breloczku drugiego klucza. Zapaliła zapalniczkę i w świetle płomienia odnalazła wśród przerażających cieni klucz oraz zamek, po czym otwarła drzwi i weszła do mieszkania.

Włączając światło w przedpokoju, odwróciła się w moją stronę.

– Nie masz się czego bać – powiedziała z uśmiechem. – Patrz, jestem w wieku twojej matki.

Orhan Pamuk, Rudowłosa, tłum. Piotr Kawulok, Kraków 2017.