Wilgotne, przenikalne, wypowiadalne

Do Drugiej Pracowienki przysłali jakąś bladą wysoką dziewczynę.

– I co powiesz? – dobiegło z głośnika pytanie Abnestiego.

– Ja? – zapytałem. – Czy ona?

– Oboje.

– Niezła – przyznałem.

– W porząsiu – powiedziała dziewczyna. – Znaczy w normie.

Abnesti kazał nam się nawzajem ocenić w sposób bardziej wymierny pod kątem urody i seksowności.

Wyszło na to, że podobamy się sobie mniej więcej średnio, czyli bez wyraźnego pociągu ani odrazy z żadnej strony.

– Jeff, kroplić? – spytał Abnesti.

– Zatwierdzam – powiedziałem.

– Heather, kroplić?

– Zatwierdzam – powiedziała dziewczyna.

Spojrzeliśmy po sobie, jakbyśmy się pytali „I co dalej?”.

Otóż dalej było to, że Heather zaczęła wyglądać zajebiaszczo. Widziałem, że też jej się podobam. Zmiana była tak nagła, żeśmy się prawie roześmiali. Jak mogliśmy nie widzieć, że z tego drugiego jest taki ekstratowar? Na szczęście w Pracowience stała kanapa. W kroplówce oprócz tego, co na nas testowali, było chyba trochę ED556, które obniża poziom wstydu prawie do zera, bo raz-dwa wzięliśmy się do roboty na tej kanapie. Ostro między nami iskrzyło. I to nie tylko w temacie jebunku. Stało nam, owszem, ale generalnie też było ekstra. Jak wtedy, kiedy człowiek całe życie marzy o jakiejś dziewczynie i nagle ona ląduje z nim w tej samej Pracowience.

– Jeff – powiedział Abnesti. – Proszę cię o zgodę na podkręcenie ośrodków werbalizacji.

– Kręć śmiało – odparłem spod Heather.

– Kroplić? – spytał Abnesti.

– Zatwierdzam – powiedziałem.

– Ja też? – spytała Heather.

– Zgadłaś – odpowiedział ze śmiechem Abnesti. – Kroplić?

– Zatwierdzam – ona na to, mocno zdyszana.

Już po chwili dzięki dobroczynnemu działaniu domieszki Verbaluksu™ do naszych kroplówek nie tylko ruchaliśmy się jak ta lala, ale też mieliśmy supernawijkę. No bo na przykład zamiast powtarzać w kółko te same seksowne teksty (różne „łał!”, „o Boże”, „ja pierdolę” i tak dalej), zaczęliśmy improwizować na temat swoich wrażeń i myśli w podniosłym stylu, ze słownictwem rozszerzonym o osiemdziesiąt procent, a nasze precyzyjnie wyrażane spostrzeżenia nagrywano dla celów późniejszej analizy.

Jeśli o mnie idzie, to czułem mniej więcej coś takiego: zdumienie narastającą świadomością, że tę oto kobietę stwarzają na bieżąco wprost z mojego własnego umysłu najgłębsze me tęsknoty. Po tylu latach nareszcie (myślałem) udało mi się znaleźć właśnie tę konfigurację ciała/twarzy/umysłu, która uosabiała wszystko, co upragnione. Smak jej ust i aureola jasnych włosów, rozsypanych wokół twarzy o cherubinowym, a zarazem wyuzdanym wyrazie (leżała teraz pode mną z zadartymi nogami), a nawet (nie żebym chciał wysławiać się grubiańsko albo zbrukać wzniosłe uczucia, będące podówczas mym udziałem) wrażenia, które wywoływała jej pochwa na całej długości mego dźgającego członka, były właśnie tymi, których zawsze łaknąłem, choć nigdy aż do owej chwili nie zdawałem sobie sprawy z żarliwości rzeczonego łaknienia.

Innymi słowy, pożądanie budziło się i w tymże momencie doznawało zaspokojenia. Było tak, jakbym (a) tęsknił za pewnym niekosztowanym dotychczas smakiem, aż (b) owa tęsknota stawała się bez mała nieznośna i oto © miałem nagle w ustach kąsek o dokładnie tym smaku, idealnie kojący mą tęsknotę.

Każda wypowiedź, każda zmiana pozycji dowodziła jednego: znaliśmy się od zawsze, łączyło nas braterstwo dusz, a spotkawszy się i pokochawszy w wielu wcześniejszych żywotach, mieliśmy się też spotykać i kochać w wielu późniejszych, zawsze z tym samym, transcendentnie oszałamiającym skutkiem.

Nastąpiło potem trudne do opisania, lecz nader rzeczywiste odpłynięcie w cały ciąg rozmarzeń, które najtrafniej można określić mianem czegoś na kształt odfabularyzowanych pejzaży umysłu, to jest sekwencję niejasnych wizji mentalnych, ukazujących miejsca, jakich nigdym dotąd był nie odwiedzał (gęstwę sosen w dolinie pośród wysokich białych gór; drewniany dom w alpejskim stylu, stojący w ślepym zaułku, z podwórkiem zarośniętym rozłożystymi, karłowatymi drzewami jak z rysunków doktora Seussa), a każde z nich budziło we mnie głęboką, tkliwą tęsknotę i wszystkie owe tęsknoty stężały w jedną główną, postradawszy odrębny swój byt: w namiętne pragnienie Heather i li tylko Heather.

Zjawisko mentalnych pejzaży było najsilniej odczuwalne podczas trzeciej (!) rundy kochania. (Widocznie Abnesti zaprawił moją kroplówkę Vivisztyftem™).

Potem miłosne wyznania jęły lać nam się z ust jednoczesną strugą, lingwistycznie zawiłe i w metafory bogate: śmiem twierdzić, żeśmy się poetami stali. Pozwolono nam leżeć w oplątwie własnych naszych członków nieomal godzinę. Błogostan był to istny. Doskonałość wcielona. Zdarzyło nam się to, co uchodzi za niemożliwe: szczęście, które nie więdnie, aby ukazać strzelające z niego cienkie pędy jakowegoś nowego pożądania.

Tuliliśmy się do siebie z zajadłym skupieniem, mogącym iść o lepsze z tą skupioną zajadłością, która towarzyszyła nam podczas pierdolenia. Rozchodzi mi się o to, że przytulanie w porównaniu z pierdoleniem nie wypadało ani trochę gorzej. Leżeliśmy, bardzo przyjaźnie ze sobą spleceni, jak szczenięta albo małżonkowie, którzy spotykają się po raz pierwszy od chwili, gdy jedno z nich otarło się o śmierć. Wszystko wydawało się wilgotne, przenikalne, wypowiadalne.

A potem działanie kroplówki zaczęło częściowo słabnąć. Chyba Abnesti wyłączył dopływ Verbaluksu™. I pewnie też inhibitor wstydu. Generalnie wszystko zaczęło się kurczyć. Nagle dopadło nas onieśmielenie. Ale wciąż była w nas miłość. Zaczęliśmy proces rozmowy na zejściu z Verbaluksu™, a to zawsze wychodzi niezręcznie.

Widziałem jednak w jej oczach, że wciąż darzy mnie miłością.

A ja niewątpliwie to uczucie odwzajemniałem.

George Saunders, Ucieczka z Pajęczej Głowy, [W:] Idem, 10 grudnia. Opowiadania, tłum. Michał Kłobukowski, Warszawa 2016.

He was weeping, terrified, his tears soaked my breast

I like working in Emergency—you meet men there, anyway. Real men, heroes. Firemen and jockeys. They’re always coming into emergency rooms. Jockeys have wonderful X-rays. They break bones all the time but just tape themselves up and ride the next race. Their skeletons look like trees, like reconstructed brontosaurs. St. Sebastian’s X-rays.

I get the jockeys because I speak Spanish and most are Mexican. The first jockey I met was Muñoz. God. I undress people all the time and it’s no big deal, takes a few seconds, Muñoz lay there, unconscious, a miniature Aztec god. Because his clothes were so complicated it was as if I were performing an elaborate ritual. Unnerving, because it took so long, like in Mishima where it takes three pages to take off the lady’s kimono. His magenta satin shirt had many buttons along the shoulder and at each tiny wrist; his pants were fastened with intricate lacings, pre-Columbian knots. His boots smelled of manure and sweat, but were as soft and dainty as Cinderella’s. He slept on, an enchanted prince.

He began to call for his mother even before he woke. He didn’t just hold my hand, like some patients do, but clung to my neck, sobbing, Mamacita! Mamacita! The only way he would let Dr. Johnson examine him was if I held him cradled like a baby. He was as tiny as a child but strong, muscular. A man in my lap. A dream man? A dream baby?

Dr. Johnson sponged my forehead while I translated. For sure he had a broken collarbone, at least three broken ribs, probably a concussion. No, Muñoz said. He had to ride in tomorrow’s races. Get him to X-ray, Dr. Johnson said. Since he wouldn’t lie down on the gurney I carried him down the corridor, like King Kong. He was weeping, terrified, his tears soaked my breast.

We waited in the dark room for the X-ray tech. I soothed him just as I would a horse. Cálmate, lindo, cálmate. Despacio … despacio. Slowly … slowly. He quieted in my arms, blew and snorted softly. I stroked his fine back. It shuddered and shimmered like that of a splendid young colt. It was marvelous.

Lucia Berlin, A Manual for Cleaning Women: Selected Stories, 2015.

Lob, smecz. Lob, smecz. W prawo niespiesznie, w lewo szybko.

Gdy kilka lat temu pojawiła się wśród nas ambasada Kambodży, niektórzy powiedzieli: „Ha, gdybyśmy byli poetami, może napisalibyśmy odę o zaskakującym pojawieniu się ambasady”. (No bo przecież większość ambasad lokuje się w śródmieściu. To była pierwsza, jaką widzieliśmy na peryferiach). Ale z natury nie jesteśmy poetyczni. Jesteśmy z Willesden. Skłaniamy się ku prozie życia. Chyba każdemu z nas natychmiast nasunęło się słowo „ludobójstwo”, kiedy pierwszy raz mijał ambasadę Kambodży.

Lob, smecz. Lob, smecz. Tamtego lata oglądaliśmy olimpiadę, coraz bardziej dostrajając się do stękania i do wielu innych ludzkich odgłosów kojarzących się z wysiłkiem i z triumfem woli. Ale gracze z ogrodu ambasady Kambodży zachowują się bezszelestnie. (Nie potrafimy stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że ambasada w ogóle ma ogród. Może jest tam tylko kort). O tym, że ktoś za murem gra w badmintona, świadczy wyłącznie wahadłowy ruch lotki, na przemian lob i smecz, lob i smecz, zawsze akurat wtedy, gdy Fatou mija ambasadę, idąc popływać (tuż po dziesiątej rano w poniedziałek). Gwoli ścisłości to nie ona zapisała się do klubu, tylko jej chlebodawcy; do głowy im nie przyjdzie, że służąca w ten sposób wykorzystuje ich karty wstępu dla gości. (Państwo Derawalowie mieszkają z trójką dzieci w wieku siedemnastu, piętnastu i dziesięciu lat przy ulicy, przy której stoi ambasada, ale ulica ma około półtora kilometra długości i właśnie taki dystans dzieli te dwa domy). Ten drobny szwindel z kartą wstępu udaje się Fatou tylko dzięki temu, że w poniedziałki pan Derawal jeździ do Eltham, gdzie ma minimarket, a jego żona staje za ladą w drugim takim samym sklepie na Kensal Rise. W wąskiej szufladce podrabianej konsolki w stylu niby to Ludwika XVI, która stoi w holu przy drzwiach wejściowych głównej rezydencji Derawalów, leży cały plik kart wstępu. Chyba nikt oprócz Fatou o nich nie pamięta.

Od szóstego sierpnia, kiedy to po raz pierwszy zauważyła fruwającą nad murem lotkę, Fatou zawsze staje na pięć albo i dziesięć minut obok przystanku autobusowego naprzeciwko ambasady, zanim pójdzie dalej w stronę pływalni. Nie umie sobie odmówić tego krótkiego postoju, chociaż nie bardzo ją stać na taką chwilę bezczynności, skoro pani Derawal wraca do domu w porze lunchu. Ambasada nieodparcie przyciąga Fatou. Dziewczyna przeważnie nic z tego nie ma, że tak czeka i obserwuje, ale parę razy widziała, jak ktoś podchodzi do furtki i naciska guzik, a wtedy buczy domofon i furtka się otwiera. Zwykle przychodzą młodzi biali z plecakami. Często są zaniedbani i mimo zimna mają na nogach sandały. Jak dotąd nikt z interesantów nie wyglądał na Kambodżanina. Ci młodzi pewnie starają się o wizy. Domofon buczy i furtka się otwiera, więc wchodzą, chociaż Fatou musiałaby stanąć na dachu przystanku, żeby zobaczyć, kto ich wpuszcza. Z całą pewnością może jednak powiedzieć, że te rzadkie wizyty ani trochę nie zakłócają przebiegu gry w badmintona: lotka fruwa w niezmiennym rytmie – w prawo niespiesznie, w lewo szybko; najpierw miękko i wysoko, a z powrotem twardo i płasko.

Zadie Smith, Ambasada Kambodży, [W:] Idem, Lost and Found. Opowiadania, tłum. Michał Kłobukowski, Kraków 2015, ss. 92-96.

Moje cudowne poczucie łączności z rzeczami tego świata minęło

Pewnego dnia zarys wybrzeża wyrył się na soczewce mego oka na zawsze. Kwiecień był upalny. Wygrzewałam się na połyskujących od miki kamiennych schodach domu mej babki, patrząc na ścianę pokrytą pstrym deseniem jajowatych kamieni, wachlarzowatych muszli i barwnego szkła. Moja matka od trzech tygodni przebywała w szpitalu. Byłam w złym humorze i na nic nie miałam ochoty. Jej odejście wypaliło dymiącą dziurę w mym niebie. Jak mogła ona, kochająca i wierna, opuścić mnie tak beztrosko? Moja babka, wyrabiając ciasto na chleb, nuciła wesoło z ukrytym podnieceniem. Ponieważ była bardzo wiedeńska i wiktoriańska, zaciskała tylko usta, nie chcąc mi nic powiedzieć. Wreszcie trochę zmiękła.
— Po powrocie matki czeka cię niespodzianka — oświadczyła. — To będzie coś miłego — niemowlę.
Niemowlę.
Nienawidziłam niemowląt. Ja, która przez dwa i pół roku znajdowałam się w centrum pełnego czułości wszechświata, poczułam jak oś przechyla się, a polarny chłód poraża moje kości. Stanę się widzem, muzealnym mamutem.
Niemowlęta!
Nawet mój dziadek, siedzący na oszklonej werandzie, nie zdołał wyrwać mnie z ogromnego przygnębienia. Nie pozwoliłam mu schować fajki w kauczukowym drzewie i zmienić jej w drzewo fajkowe. Odszedł w swych trampkach, urażony. Wciąż jednak pogwizdywał beztrosko. Odczekałam, aż okrążywszy Wzgórze Wieży Ciśnień oddali się w stronę nadmorskiego bulwaru, gdzie kioski z lodami i gorącymi kiełbaskami były jeszcze zabite deskami mimo łagodnej, jak na tę porę roku, pogody. Liryczne pogwizdywanie dziadka wzywało mnie do poszukiwania przygody i zapomnienia. Lecz ja nie chciałam zapomnieć. Żywiąc w sercu urazę, brzydka i kłująca jak smutny jeżowiec, wlokłam się samotnie w przeciwnym kierunku, ku ponuremu więzieniu. Patrząc jakby z dalekiej gwiazdy, dostrzegałam trzeźwo i obojętnie odrębność każdej rzeczy. Dotknęłam powierzchni swojej skóry; to jestem ja. Ten kamień jest kamieniem. Moje cudowne poczucie łączności z rzeczami tego świata minęło.

Sylvia Plath, Ocean 1212-W, [W:] Sylvia Plath, Opowiadania, tłum. Teresa Truszkowska, Kraków 1992.

Oto dziewczyna, która ugryzła chłopca

Przeszła do małego, nie znanego jej pokoju. Drzwi zatrzasnęły się. Stosy płaszczy piętrzyły się na stołach, zrzucone futerały i skorupy. Błąkające się duchy odpłynęły w różne strony. Wybrałam to ciało, ten pokój.

– Leonard.

– Brandy? – Leonard wyjął pokryty parą kieliszek z pożółkłego zlewu. Klarowny czerwonawy płyn trysnął z butelki. Dody sięgnęła po kieliszek. Jej zmoczone ręce cofnęły się. Puste.

– Spróbuj jeszcze raz.

Jeszcze raz. Kieliszek uniósł się i oddalił, zataczając się i wykonując wspaniały śmiertelny skok na płaską brzydką ścianę koloru umbry. Kwiat z migających iskier utworzył niespodziewaną melodię, roniąc potem płatki w krystalicznym glissandzie. Leonard odepchnął ścianę lewym ramieniem i osadził ją w przestrzeni między tym ramieniem i twarzą. Dody natężyła głos, chcąc przekrzyczeć nasilające się wiatry, lecz one tym głośniej rozbrzmiewały w jej uszach. A potem, przerzucając pomost nad przepaścią, tupnęła. Zamknąć te cztery wiatry w workach z koźlej skóry. Tupać. Podłoga zadźwięczała.

– Czy dobrze się czujesz?  – spytał Leonard.

– Posłuchaj. Mam posąg. –  Oczy o kamiennych powiekach zmrużone ponad uśmiechem. Uśmiech uwiązany jak kamień młyński u jej szyi. – Muszę strzaskać ten posąg.

– A więc?

– To ten anioł z kamienia. Tylko nie jestem pewna, czy to anioł. Może to kamienny gargulec. Wstrętna figura pokazująca język. – Pod deskami podłogi huczały i pomrukiwały tornada.

–  Może jestem szalona. –  Huragany ucichły na chwilę, by posłuchać.

– Czy możesz to zrobić? Leonard w odpowiedzi tupnął nogą. Tupnął o podłogę. Tupnął i zniknęły ściany. Tupnął, sufit uniósł się ku zaświatom. Zdjął jej czerwoną przepaskę podtrzymującą włosy i schował do kieszeni. Zielony cień, omszały cień na ustach. A w środku labiryntu, w sanktuarium ogrodu, kamienny chłopiec popękał i rozpadł się na milion odłamków.

– Kiedy cię znów zobaczę? – Wyleczona z gorączki stała, z nogą opartą zwycięsko na pulchnej ręce. Zapamiętaj, to mój upadły gargulec, mój książę z kamyczków.

– Pracuję w Londynie.

– Kiedy?

– Mam obowiązki. – Ściany ścieśniły się, słoje drzewne i drobiny szkła znów wróciły na swoje miejsce. – W sąsiednim pokoju. – Cztery wiatry obwieściły swój odwrót i klęskę, odbiegając tunelem wokół opasanego morzem świata. Och, wydrążenie, wydrążenie. Wydrążenie w żłobionym kamieniu. Leonard pochylił się nad swą ostatnią wieczerzą. Czekała. Czekała, patrząc na bladość jego policzka w odcieniu grynszpanu, poruszającego się tuż przy jej ustach. Zęby zatopiły się w ciele. I trzymały. Sól, ciepła sól obmyła kubki smakowe jej języka. Zęby usiłowały się zewrzeć. Ból wystąpił daleko w korzonkach nerwowych ich kości. Zapamiętaj to, zapamiętaj. Ale on drżał. Potrząsnął nią i rzucił o chropowatą powierzchnię ściany. Zęby zacisnęły się na rozrzedzonym powietrzu. Bez słowa, ciemne plecy odwróciły się i zmniejszyły, oddalając się przez nagle wyrosłe skądś drzwi. Słoje drzewne listew, regularne słoje desek podłogowych usiłowały ustawić pionowo świat. Wychwiany świat. Powietrze napłynęło, wypełniając pustkę po zniknięciu Leonarda. Nic jednak nie wypełniło pustki w jej oku. W półotwartych drzwiach rozbrzmiały parskania i szepty. W ciężkim od dymu powietrzu na zabawie, rozszczepionym przez szczelinę, ukazał się Hamish, ze skupioną twarzą wyzierającą spoza błyszczącej, różowej jak z gumy maski.

– Dobrze się czujesz?

– Oczywiście, że dobrze.

– Przyniosę ci płaszcz. Wyjdźmy.

Hamish znów zniknął. Mały chłopiec w okularach i nędznym ubraniu w musztardowym kolorze wyszedł z wnęki, kierując się ku toalecie. Tak jak ona oparł się o ścianę i spojrzał na nią zalotnie. Poczuła, że ręką zatyka usta i nagle podskakuje, jakby ją schwycił kurcz.

– Może ci coś przynieść?

Dziwny błysk zamigotał w jego oku jak u ludzi na widok krwi ofiary wypadku ulicznego, obficie broczącej i zbierającej się na chodniku. Zbiegli się, by się gapić. Areny ciekawskich oczu.

– Mój notes – powtarzała wciąż Dody. – Zostawiłam go w pierwszym pokoju na parapecie okna za zasłoną.

Chłopiec wyszedł. Hamish pojawił się z jej czerwonym płaszczem; z czarnej togi zwisał strzęp jedwabiu. Wsunęła posłusznie ręce. Jej twarz płonęła, obnażona, nie uszminkowana.

– Jest tu jakieś lustro?

Hamish wskazał je ręką. Zamglone, pęknięte, owalne lustro wisiało nad niegdyś białym zlewem, który pożółkł od stuletnich wymiocin i plam od wódki. Pochyliła się ku zwierciadłu i zmęczona, dobrze znana jej twarz, o pustych brązowych oczach i z brunatną blizną na lewym policzku przypłynęła ku niej poprzez mgłę. Brak było ust w tej twarzy: w miejscu ust widniał ten sam szary kolor co naokoło, zaznaczając ich kształt za pomocą cieni pod wypukłymi i wystającymi fragmentami, jak w nieudolnie uformowanej rzeźbie.

Chłopiec stał obok niej, trzymając notes w okładce z odrapanej brązowej skóry. Dody wzięła go do ręki. Sztyftem czerwonej szminki pociągnęła po linii ust, przywracając im barwę.

– Dziękuję – uśmiechnęła się do chłopca lśniącymi ustami, o barwie świeżej czerwieni.

– Zaopiekuj się teraz mną – powiedziała do Hamisha. – Zachowałam się podle.

– Wszystko w porządku.

Lecz inni by tak nie powiedzieli.

Hamish otworzył drzwi. Wejść do pokoju. Nikt nie patrzył: krąg odwróconych pleców i twarzy. Dźwięki fortepianu wciąż snuły się powoli w tle rozmów. Ludzie śmiali się teraz głośno. Leonard przy fortepianie, przygarbiony Leonard z białą chusteczką przytkniętą do lewego policzka. Wysoka, blada Delores-Cheryl-Iris, usiana piegami jak tygrysia lilia, podeszła do niego, by pomóc mu zetrzeć krew.

– Ja to zrobiłam – poinformowała Dody obojętne powietrze. Lecz zobowiązanie stanęło na drodze, głupio się uśmiechając.

Zobowiązanie. Woda z mydłem nie zmyje tego odciśniętego kółka zębów przez dobry tydzień. Dody Ventura. Zapamiętaj to, zapamiętaj.

Dzięki Hamishowi, opiekuńczemu, w najmniejszym stopniu nie zagniewanemu, doszła do drzwi pokoju nie obrzucona kamieniami, ociągając się z odejściem, a jednak odchodząca. Schodząc w dół po wąskich schodach natknęła się na twarz Adeli, okoloną lśniącymi, jasnymi włosami, otwartą, szczerą i nietykalną jak lilia wodna; ta białość blondynki, nadzwyczaj czysta, zamknięta w swej nieskazitelności. Adela należąca do wielu mężczyzn, a jednak dziewicza. Samo jej pojawienie się było wyrzutem, jak milcząca obecność mniszki. Oswald podpierał ją z tyłu, a za nim szedł wysoki, niezgrabny, przygnębiony Atherton. Oswald o spłaszczonej głowie neandertalczyka, którego gładkie włosy sczesane na bok ukrywały błyszczącą, cofniętą stromiznę czaszki, spojrzał na Dody przez szylkretowe okulary.

– Powiedz nam coś o budowie kości, Dody.

Dostrzegła wyraźnie w nieprzeniknionym świetle przyszłych dni ich troje razem, wchodzących do pokoju, który wrzał od szoku spowodowanego jej wyczynem, wersjami i wariantami na jego temat – wyczynu, co miał napiętnować ją jutro jak brunatna blizna na policzku na wszystkich wydziałach uniwersyteckich i w całym mieście. Matki będą przystawać na Market Hill, pokazując ją swoim dzieciom: “Oto dziewczyna, która ugryzła chłopca. Umarł nazajutrz”. Słuchajcie, słuchajcie, jak psy ujadają.

Sylvia Plath, Kamienny chłopiec z delfinem, [W:] Sylvia Plath, Opowiadania, tłum. Teresa Truszkowska, Kraków 1992.

Drive

Lost: the hot-pink bullet from the spent cartridge of lip gloss he’s found lodged between gearbox and seat. And the beat she always caught, chasing from station to station as they raced between red lights. The scent of summer evaporating at noon—coconut, sweat, the salt lick of her skin scorched against turquoise vinyl. Evening’s perfume of broken heat, a tide of lawn sprinklers whipping through the dark as moons emerge: each neighborhood, each roof, each windowpane sending up its own. In the smaze of foundry chimneys, a tarnished spoon bent by telekinesis into a wedding band. Over a steeple, a halo missing a saint. Above the shimmering sweet-water sea, a tragic mask with a comic reflection. Or is it vice versa? There’s one un-self-conscious about its pitted face; one with its own star in Hollywood; and another aloof, back turned as if boycotting tomorrow, the way that Miles Davis, circa Kind of Blue, would turn his back on the audience when he’d solo. And in the rearview mirror where it’s always October, leaves blowing off like pages from an unfinished memoir …
“So, where to?” he’d ask.
“Baby, just drive.”

Stuart Dybek, Ecstatic Cahoots: Fifty Short Stories, Farrar, Straus and Giroux (June 3, 2014)