Fariña: Jestem Drakula, zajrzyjcie w me oczy

Do Aten, więc.

Młody Gnossos Pappadopoulis, włochaty Kubuś Puchatek, strażnik ognia, wracał z dalekiego rejsu po asfaltowych morzach wielkiej ziemi jałowej. O amerykańskie szosy, czterdziesta i nieprzejednana sześćdziesiąta szósta, do domu, do wąwozów lodowcami wyżartych, do palczastych jezior, do złotych dziewcząt z Westchester i Shaker Heights. Oto ja, krzykliwy kłamca, tupiący buciorami, myślami pogrążony w knowaniach.
Do domu, do Aten, gdzie Penelopa pokłada się w ekstazie egzaltowanej niewierności, gdzie Telemach nienawidzi swego ojca i wymierza mu kopniaka w krocze, gdzie stary, wierny Argos truchtem biegnie przywitać strudzonego pana i zanurza kły w zdrętwaiłej od skurczu nodze, a piana jego zaraża jakimś potwornym, dzikim wodowstrętem. Ach witajcie,
bo dom jest wariatem,
dom ze snów jego
i Satyra
gdzie młócka trwa,
czy słońce jest czy niepogoda, bowiem w tej pagórkowatej krainie geologicznych naprężeń i uskoków, deszcze bywają obfite.
Wdziera się na najbardziej urwiste wzniesienie, spychając podkutymi butami kopce zbrukanego żużlem śniegu, śmierdzący dziczyzną i królikami, oddech zionie anyżkowym odorem jakiegoś orientalnego trunku. Nikt go nie widział (a jeśli widział, to i tak nie dawał wiary niemożliwemu, bo wieści głosiły, że zmarł z pragnienia, z przetrąconym kręgosłupem u podnóża Bright Angel Trail, a oczy wyżarły mu dzikie osły z Wielkiego Kanionu; zaatakowany przez bandę wytatuowanych pachucos – zginął w Nowym Meksyku, przypalony tysiącem papierosów nasączonych wodą królewską; pożarty przez rekina w Zatoce San Francisco – nogę wyrzuciło na brzeg w Venice West; G. Alonso Oeuf twierdzi, że zamarzł na amen w górach Adirondack), utykając oddala się od krainy jezior (widziano go siedzacego w pozycji lotosu na posłaniu ze sprężystych świerkowych gałęzi, z tajemniczym znakiem na czole – tam, gdzie winno znajdować się trzecie oko, zupełnie nagiego, z erekcją, odnaleziony przez Córy Amerykańskiej Rewolucji wypatrujące ptaków podczas zimowej wycieczki).
Jestem niewidzialny, myśli często. I Wolny. Przyznano mi immunitet, gdyż nie tracę nad sobą kontroli. Biegun swój wybieram aktem woli, bowiem nie jestem zjonizowany i nie posiadam wartościowości. Możecie nazwać mnie obojętnym i niewyróżniającym się, lecz strzeżcie się, bom jest Cień, gotowy do zmącenia jasności umysłów człowieczych. Któż wie, jakie zło skrywa się w ludzkich sercach? Jestem Drakula, zajrzyjcie w me oczy.

Richard Fariña, Wszystko się spieprzyło, ale chyba będzie lepiej, tłum. Tomasz Kłoszewski, Łódź 2014.

Widziałem piękno w każdej postaci

– Przeczytałem wiele książek – stwierdził zastanawiająco kategorycznie profesor Mephesto, ze znużeniem opierając dłonie na mównicy i zwracając się do siedemdziesięciorga sześciorga studentów trzeciego roku, którzy siedzieli pogrążeni w spokojnej zadumie, uwieczniali każde zdanie wykładowcy, notując piórami w zeszytach, i w tym momencie, jak zawsze, dawali uczonemu pewność siebie, pozwalającą mu powoli, sprytnie udramatyzować swoje słowa, urwać, wzruszyć ramionami, zmarszczyć brwi, zapatrzeć się w sufit, zabawić się omdlewającym, pełnym zadumy uśmieszkiem, który pojawił się na jego ustach, i powtórzyć cicho: – Naprawdę wiele… – Tu nastąpiło poważne skinienie jego wspaniałej głowy i Mephesto ciągnął dalej: – Tak, a w swoim czasie również wiele podróżowałem. Podróże kształcą… Nie mam wątpliwości, że to prawda. – Niby przypadkiem upuścił notatki, przygotowane na wykład, a podnosząc je, odwrócił się plecami do studentów, którzy roześmiali się z uznaniem. Zajęcia profesora Mephesto, zatytułowane Etyka współczesna, należały do najpopularniejszych na uczelni. Nie tylko odznaczał się niepospolitym intelektem i potrafił myśleć abstrakcyjnie, ale przy tym był normalnym facetem, nie skretyniałym dziwakiem, który przez całe życie tkwi w fotelu. – Tak, nie mam co do tego wątpliwości – powiedział cicho, zachowując kamienną twarz i porządkując notatki. W jego głos wkradła się teraz nieco ostrzejsza nuta – a to dlatego, że zapewniwszy studentom chwilę rozbawienia, przygotowywał ich na mającą nastąpić wypowiedź bardzo głęboką, kierował się bowiem następującą zasadą: jedna miarka wygłupu, dwie miarki największej powagi. – I w trakcie moich podróży widziałem… wszystkie możliwe formy piękna. Oglądałem tęczę na Mont Blanc i iluminowane manuskrypty flamandzkie. Nad każdą stronicą pracowało przez siedem lat po dwóch mnichów! Boże, jakie te iluminacje są przepiękne! Tak, przechadzałem się po lśniących od rosy ogrodach Babilonu o świcie letniego poranka i oglądałem rajskie ptaki wieczorową porą na tle błyszczących, białych marmurów Tadź Mahal. Boże, cóż to za widok! – Urwał, by dotknąć skroni, jak gdyby przytłoczony tym wspomnieniem. – Tak, widziałem… cuda tego świata… Widziałem… jego piękno… Piramidy o burzowym, krwistoczerwonym poranku, krzywą wieżę w Pizie, i płótna wielkich mistrzów… Oglądałem je wszystkie. Widziałem piękno w każdej postaci. Stałem o śnieżnym brzasku na zabytkowym moście i słyszałem zimowe kuranty srebrnych dzwonów w wysokich kościołach, unoszące się nad ciemnym brukiem i tajemniczymi wodami starego Heidelbergu. Widziałem także zorzę polarną… i polne kwiaty! – Tu Mephesto nachylił się do słuchaczy, jedną ręką dotykając swoich włosów, jak gdyby z roztargnieniem, po czym wykładał dalej z cichą, oszczędną przekorą, żeby przekonać wszystkich, jak bardzo jest teraz poważny. – …I widziałem SŁOŃCE! Wspaniałe, wspaniałe słońce! Powiadam wam, oglądałem piękno we wszystkich jego postaciach. ALE… ale… coś wam powiem… – Tu jego górna warga podwinęła się dziwnie, niemal gniewnie, w głosie profesora pojawiło się drżenie, a w sali zapadła cisza. – Nigdy jeszcze nie widziałem niczego… co mogłoby się równać… z pięknem… ludzkiej twarzy!

Terry Southern, Mason Hoffenberg, Candy, tłum. Maciej Świerkocki, Łódź 2014.

Diane di Prima: praca modelki

image

Siedzenie w spokojnej, niezatłoczonej kawiarni, picie dobrej mocnej kawy, czytanie i rozmawianie ze znajomymi, którzy wchodzą i wychodzą, gdy zbliża się południe, oraz zapisywanie przypadkowych słów w zeszycie to wielka przyjemność. Siedziałam w tej kawiarni tak długo, jak tylko się dało – zazwyczaj kilka godzin – a po południu wychodziłam “do pracy”. Policja przymknęła wówczas Nelsona Swana, faceta, któremu Duncan Sinclair sprzedawał swoje zdjęcia, prawdziwego magnata pornograficznego, więc ten rynek zrobił się na jakiś czas niedostępny. Znalazłam zatem znacznie prostszą i przyjemniejszą pracę – choć o wiele mniej lukratywną – u starych malarzy, działających w naszych kręgach: malarzy starszych o pokolenie albo dwa od abstrakcyjnych ekspresjonistów i korzystających wciąż z modeli.
Byli to mili, przyjaźni faceci, którzy dorastali w czasach Wielkiego Kryzysu i malowali w stylu nazywanym w latach trzydziestych “realizmem społecznym”; byli ludźmi o smutnym, dręczacym ich przeświadczeniu, że świat uległ zmianie od “ich czasów”, i o upartej, dobrodusznej chęci przekonania się, na czym ta zmiana polega. Większość z nich mieszkała blisko Washington Square, więc chodziłam piechotą do ich pracowni, wpadając po drodze do chińskiej pralni, gdzie zostawiałam brudne ciuchy. W pracowni Mosesa Soyera siadałam na stołku lub kładłam się na leżance, jego żona wchodziła i wychodziła, bez przerwy gadając, a Moses opowiadał mi plotki o innych modelkach: ta spodziewa się dziecka, tamta wyjeżdża do San Francisco… Można było uwierzyć, że człowiek przeniósł się do nawiedzonego dziewiętnastowiecznego Paryża i ujrzeć pod powiekami twarze z Cyganerii. Za dwie godziny pozowania dostawałam tyle pieniędzy, że stać mnie było na obiad i śniadanie następnego dnia oraz na pralnię. Ponieważ nie miałam innych potrzeb, uważałam, że jestem bogata.
Po jakimś czasie praca modelki przyniosła mi pewne luksusy: poznałam Victora Romero, młodego fotografa ze stałą pracą i mieszkaniem, do którego pożyczał mi czasem klucze. Mogłam wziąć prysznic. Kiedy pozowałam dwa razy w ciągu jednego dnia, zabierałam René albo O’Reilley na obiad. I zapisałam się do New York Public Library, dzięki czemu urozmaiciłam swoje lektury.

Diane di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, Łódź 2013, ss. 90- 91.

image

Diane di Prima: Róże i mosiądze

Wspominałam ciepłe, senne dni minionej wiosny: wiosny w college’u zaledwie przed rokiem, kiedy zbierałyśmy się i pracowałyśmy wspólnie nad przeróżnymi związkami, które wymyślałyśmy, żeby uniknąć chichoczącego szyderczo demona nudy. Powoli wprowadzałam znajome z czasów młodości w Nowym Jorku w środowisko college’u w Pensylwanii: pulchną, ciemną, piękną Evę z Indii Zachodnich; bladą, kościstą Susan O’Reilley, z jej nagłymi zmianami nastroju, pięknym głosem, dąsami, cynicznymi ustami i niewinnymi błękitnymi oczyma dziecka; i niezwykle żywotną, elektryzującą Martine, nazywaną przez przyjaciół Petra, prawdziwą kopalnię surrealizmu i zaskakujących zachowań. Petra i Tomi od razu się zaprzyjaźniły. Dziwaczność życia Tomi podobała się Petrze, w której tkwiło hiszpańskie pragnienie tego, co dramatyczne, jaskrawo kolorowe. Eva włączyła się do naszego bardzo skomplikowanego miłosnego korowodu ze zwykłym dla siebie ironicznym wdziękiem, a Tomi i O’Reilley zakochały się w sobie.
Przypomniałam sobie tydzień, który spędziłyśmy latem na wybrzeżu Massachusetts w letnim domku należącym do rodziny Lee. Pojechałyśmy nocnym osobowym z Nowego Jorku do Bostonu i różowym świtem znalazłyśmy się na South Station, gdzie zjadłyśmy mufinki i wypiłyśmy kawę w kafeterii Hayes-Bickford, by wsiąść do autobusu jadącego na wybrzeże. Dojechałyśmy tam koło dziewiątej, zostawiłyśmy bagaże w domku i poszłyśmy od razu na plażę, chcąc natychmiast zobaczyć morze. Było spokojne i posępne, bez fal, a przed nim niskie, szare wydmy. Przyszedł odpływ, na skałach pełno omułków, więc po niezbyt udanym spacerze przez błotniste kałuże dałyśmy za wygraną i zajęłyśmy się pożyteczniejszym zbieraniem małży. Wrzuciłyśmy ich do koca wielką stertę, a ponieważ na plaży nie było żywego ducha, rozebrałyśmy się do naga i wyciągnęłyśmy na piasku, żeby zaczerpnąć tyle, ile się da z niezbyt ciepłego słońca Nowej Anglii. Zanim się położyłam, przyjrzałam się nie bez zachwytu nam wszystkim, zapamiętując ten niemy obraz: linie naszych ciał odpowiadały linii wydm, a róże i mosiądze skóry wydawały się ciepłe na nierozgrzanym piasku.

Diane di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, Łódź 2013, ss. 47- 48.