Paszczak gra w ping-ponga z Lu Wenli

Po lewej stronie wznosi się dębowy słup z umocowaną drutem poprzeczną belką, na której wisi przeżarty rdzą żelazny dzwon. Po prawej znajduje się prosty, ceglany podest ze stołem do ping-ponga. Otacza go tłum obserwujący toczącą się rozgrywkę. To właśnie stąd dobiegają odgłosy podekscytowania. Wiejskie szkoły mają teraz jesienną przerwę – widownia wokół stołu składa się więc z samych nauczycieli. Oprócz nich jest tam tylko kilka pięknych dziewcząt. To zawodniczki reprezentacji szkoły w ping-pongu – chluba naszej podstawówki. Przygotowują się do mistrzostw powiatu, które mają się odbyć podczas święta narodowego, więc zamiast odpoczywać od zajęć, nieustannie trenują. Wszystkie są córkami kadrowców z naszej komuny rolniczej; odkarmione, dobrze rozwinięte, jasnoskóre, do tego jeszcze w kolorowych ubraniach, bo przecież pochodzą z zamożnych rodzin – na pierwszy rzut oka widać, że to zupełnie inny gatunek niż wiejska biedota, do której zaliczaliśmy się my wszyscy. Zawsze przyglądaliśmy im się z podziwem, lecz one nie zaszczycały nas nawet jednym spojrzeniem.

(…)

Lecz wróćmy jeszcze na chwilę do dawniejszych dziejów, do tego popołudnia, kiedy ukryty w kącie przyglądałem się, jak Paszczak gra w ping-ponga z Lu Wenli. Miał średnią technikę, ale nadrabiał to entuzjazmem, a przy tym najbardziej lubił grywać z uczennicami. Wszystkie dziewczęta z reprezentacji szkoły były niebrzydkie, lecz Lu Wenli była z nich najładniejsza. Pan Liu najbardziej lubił więc stawać przeciwko niej. Niestety podczas gry nieświadomie otwierał te swoje wielkie usta – ale to jeszcze nic; gorzej, że dobywał z nich jakiś przedziwny odgłos, trochę przypominający rechot, jakby hodował w żołądku kilka żab. Tak więc zarówno ze względu na widok, jak i odgłosy, przyglądanie się jego grze nie było niczym przyjemnym. Wiedziałem doskonale, że Lu Wenli nie cierpiała z nim grać, lecz należał przecież do kierownictwa szkoły – nie było jak się wymówić. Mimo to podczas gry niechęć i odraza uwidaczniały się w wyrazie jej twarzy i chaotycznych ruchach. Piszę o tych wszystkich drobiazgach po to, żeby przygotować scenerię dramatu. W którymś momencie pan Liu, jak zwykle otwierając szeroko usta, podkręcił z góry piłeczkę, która poleciała ze świstem. Lu Wenli zamachnęła się nieuważnie paletką – i połyskująca w słońcu piłeczka pomknęła jak po sznurku prosto do ust Paszczaka!

Stojący dookoła widzowie zdębieli, po czym ryknęli śmiechem. Pani Ma, która i bez tego zawsze miała czerwoną twarz, teraz zrobiła się szkarłatna niczym koguci grzebień. Lu Wenli, przedtem naburmuszona, również parsknęła głośno. Tylko ja jeden milczałem zdumiony – jak to się mogło stać? Przypomniała mi się historia, którą usłyszałem kiedyś od największego bajarza w wiosce, dziadka Gui: Jiang Ziya był strasznym pechowcem – kiedy sprzedawał mąkę, zrywał się wiatr i ją rozwiewał; kiedy sprzedawał węgiel drzewny, przychodziła ciepła zima; a jak wzniósł oczy ku niebu i zaczął wzdychać na swoją niedolę, przelatujący górą ptak narobił mu do buzi. Dwadzieścia lat później, czyli jesienią roku 1999, kiedy jechałem pekińskim metrem do redakcji dziennika „Ogląd”, gdzie wtedy pracowałem, do wagonu wszedł gazeciarz i zaczął nawoływać: „Czytajcie, czytajcie! Podczas drugiej wojny światowej wystrzelony z sowieckiej armaty pocisk zatkał lufę hitlerowskiego działa!”. Jego wołanie sprawiło, że przed oczami natychmiast stanął mi obraz Lu Wenli wbijającej piłeczkę wprost do ust pana Liu. A oto, co wydarzyło się potem: wszyscy śmiali się przez chwilę, po czym zauważyli, że piłeczka nie wypada, i nagle zapadła cisza. Normalnie pan Liu natychmiast wyplułby piłeczkę, skomentowałby dowcipnie incydent – bo zawsze lubił żartować – Lu Wenli spiekłaby raka i zaczęła raz po raz przepraszać, a następnie wróciliby do gry. Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej. Pan Liu nie wypluł piłeczki – przeciwnie: wyciągnął szyję, oczy wylazły mu na wierzch – i nagle zaczął z wysiłkiem przełykać. Ramiona zadrżały mu gwałtownie, a z gardła wydobył się dziwny, zduszony dźwięk – miałem wrażenie, jakbym patrzył na kurczaka, który połknął właśnie coś trującego. Wszyscy zastygli oniemiali, nikt się nie poruszył. W końcu pan Zhang wskoczył na podest i zaczął klepać Paszczaka po plecach. Za nim ruszył pan Yu, który ścisnął biedaka za szyję, usiłując zablokować przełyk. Pan Liu odepchnął ich obu, machając rękami. Wreszcie do akcji wkroczył nauczyciel kontrrewolucjonista, pan Wang, który ukończył akademię medyczną i jako jedyny miał doświadczenie w tego typu sprawach. Przywołał pana Zhanga oraz pana Yu, a sam pospiesznie wdrapał się na podest. Wyciągnął długie jak u małpy ramiona, stanął za Paszczakiem, objął go w pasie, po czym ścisnął gwałtownie – i nagle piłeczka wyskoczyła z ust, upadła na stół, odbiła się kilka razy, stoczyła na ziemię i niemal natychmiast zatrzymała. Pan Wang rozluźnił uścisk, a pan Liu wydobył z siebie dziwny odgłos, jakby gardło miał pełne błota, i upadł jak ścięty na ziemię. Lu Wenli rzuciła paletkę na stół, zakryła twarz rękami i uciekła z płaczem. Pan Wang jeszcze przez kilka chwil masował wyciągniętego na ziemi pana Liu, aż w końcu Paszczak podniósł się, wspierany przez innych nauczycieli. Stanął, rozejrzał się dokoła i spytał chrapliwym głosem:

– A gdzie Lu Wenli? Gdzie się podziała ta dziewczyna? O mało nie przyprawiła mnie o śmierć!

Mo Yan, Zmiany, tłum. Agnieszka Walulik, Warszawa 2010.

Śmierć to nie koniec

Pięćdziesięciosześcioletni amerykański poeta, laureat Nagrody Nobla, poeta znany w amerykańskich kręgach literackich jako „poeta poetów”, a niekiedy po prostu jako „Poeta”, spoczywał na tarasie za domem, z nagim torsem, ze średnią nadwagą, na częściowo rozłożonym leżaku, w słońcu, czytając, półleżąc, ze średnią, lecz nie poważną nadwagą, zdobywca dwóch Narodowych Nagród Literackich, jednej Narodowej Nagrody Krytyków Literackich, jednej Nagrody Lamonta, dwóch stypendiów Narodowego Funduszu Popierania Sztuki, jednej Prix de Rome, jednego członkostwa honorowego Fundacji Lannana, jednego Medalu MacDowella, jak również jednej Nagrody Mildred i Harolda Straussów Livingów przyznawanej przez Akademię Amerykańską oraz Instytut Sztuki i Literatury, emerytowany przewodniczący PEN Clubu, poeta, którego dwa pokolenia Amerykanów niezależnie od siebie okrzyknęły głosem swojego pokolenia, obecnie pięćdziesięciosześcioletni, leżący przy domowym basenie, poeta, który należał do pierwszej dziesiątki Amerykanów uhonorowanych „Stypendium Geniusza” przez prestiżową Fundację Johna D. i Catherine T. MacArthurów, jeden z zaledwie trojga żyjących amerykańskich laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, 5 stóp 8 cali, 181 funtów, brązowe oczy/brązowe włosy przerzedzone nierówno z powodu niekonsekwentnego przyjmowania/odrzucania rozmaitych transplantów markowego Systemu Zagęszczania Włosów, siedział czy też leżał – a najdokładniej chyba po prostu „spoczywał” – w czarnym kostiumie kąpielowym marki Speedo przy nerkowato ukształtowanym przydomowym basenie, na wyłożonym glazurą podeście, w przenośnym leżaku, którego oparcie było akurat odchylone na cztery ząbki pod kątem 35° wobec kafelkowej mozaiki podestu, o 10.20 rano, 15 maja 1995, czwarty najczęściej obecny w antologiach poeta w historii amerykańskiej belles lettres, w pobliżu parasola, ale jeszcze nie w cieniu parasola, czytający magazyn „Newsweek”, korzystający z umiarkowanego wysklepienia własnego brzucha jako ukośnej podpórki pod czasopismo, ponadto w klapkach japonkach, jedna ręka pod głową, druga ręka zwieszona z boku muska brunatno-ochrowy filigran kosztownej ceramicznej hiszpańskiej glazury podestu, co jakiś czas zwilżający palec, aby przewrócić stronę, w przeciwsłonecznych okularach na receptę, których szkła zostały chemicznie przystosowane do ciemnienia w stopniu proporcjonalnym do intensywności światła, na jakie są wystawione, noszący na ręce zwieszonej zegarek średniej jakości i ceny, na stopach klapki japonki ze sztucznej gumy, nogi skrzyżowane w kostkach, kolana lekko rozwarte, niebo bezchmurne i rozjaśniające się w miarę jak poranne słońce przesuwa się w górę i w prawo, zwilżający palec nie śliną ani potem, lecz skroplonym osadem na smukłej oszronionej szklance mrożonej herbaty, która stoi akurat dokładnie na granicy cienia jego ciała po górnej lewej stronie leżaka i będzie musiała zostać przestawiona, aby pozostać w tymże chłodnym cieniu, sunący mimowolnie palcem po ściance szklanki zanim podniesie mimowolnie zwilżony palec do stronicy, co jakiś czas odwracający stronę numeru czasopisma „Newsweek” z 19 września 1994, czytający o amerykańskiej reformie służby zdrowia i o tragicznym locie numer 427 USAir, czytający streszczenie i przychylną recenzję popularnych pozycji non-fiction Gorąca strefa i Nadciągająca plaga, czasami przewracający kilka stron naraz, prześlizgujący się wzrokiem po niektórych artykułach i streszczeniach, wybitny amerykański poeta obecnie cztery miesiące przed swoimi pięćdziesiątymi siódmymi urodzinami, poeta, o którym główny rywal magazynu „Newsweek”, „Time”, napisał kiedyś absurdalnie, że jest on „czymś najbliższym autentycznemu nieśmiertelnemu twórcy literatury naszych czasów”, łydki prawie nieowłosione, eliptyczny cień otwartego parasola nieco się zwężą, sztuczna guma klapek japonek ma na obrzeżu gruzełki, na czole poety perli się pot, jego opalenizna jest głęboka i mocna, wewnętrzne strony górnych części nóg prawie nieowłosione, penis ciasno zwinięty pod obcisłym kostiumem, bródka w stylu van Dycka schludnie przystrzyżona, popielniczka na żelaznym stoliku, nie pije swojej mrożonej herbaty, co jakiś czas odchrząkuje, chwilami unosi się odrobinę w pastelowym leżaku, aby mimowolnie podrapać podbicie jednej stopy wielkim palcem drugiej stopy bez zdejmowania klapek japonek i bez patrzenia na którąkolwiek ze stóp, najwyraźniej skupiony na czasopiśmie, niebieski basen po jego prawej, a gruba szyba rozsuwanych tylnych drzwi domu ukośnie po jego lewej, między nim a basenem okrągły biały stolik z żelaznej plecionki przebity pośrodku dużym plażowym parasolem, którego cień już nie dosięga krawędzi basenu, poeta niewątpliwie znakomity, czytający swoje czasopismo na swoim leżaku na swoim podeście przy swoim basenie za swoim domem.

David Foster Wallace, Śmierć to nie koniec, [W:] Idem, Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi, tłum. Jolanta Kozak, Warszawa 2015, ss. 8-11.

Yvonne

Kąpała się i kładła na słońcu. Ja, wzorem mych orientalnych przodków, wolałem cień. Wczesnym popołudniem wracaliśmy do Hermitage’u i do siódmej, ósmej wieczorem nie wychodziliśmy z pokoju. Był tam bardzo szeroki balkon, Yvonne kładła się na pośrodku. Sadowiłem się obok niej w korkowym kasku na głowie – jednej z nielicznych pamiątek po ojcu, do której przywiązany byłem tym więcej, że razem go kupowaliśmy. Było to w sklepie Sport i Klimat, na rogu bulwaru Saint-Germain i ulicy Saint-Dominique. Miałem osiem lat, a mój ojciec wybierał się właśnie do Brazzaville. Co zamierzał tam robić? Nigdy mi nie powiedział.
Schodziłem do hallu po czasopisma. Ze względu na zagraniczną klientelę mieli tu większość tytułów europejskich. Kupowałem wszystkie, jak leci: „Oggi”, „Life”, „Cinémonde”, „Der Stern”, „Confidential”… Pobieżnie przebiegałem wzrokiem wielkie tytuły w dziennikach. Ważne wydarzenia w Algierii, ale także w metropolii i na świecie. Nie chciałem wiedzieć. Czułem ucisk w gardle. Wolałbym, żeby chociaż w ilustrowanych magazynach nie mówiono o tym wszystkim aż tyle. Nie. Nie. Nade wszystko unikać tematów poważnych. Znów ogarniała mnie panika. Żeby się uspokoić, łykałem w barze jedną alexandrę i z plikiem magazynów wchodziłem na górę. Czytaliśmy je, leżąc na łóżku albo na podłodze, naprzeciw otwartych drzwi balkonowych, pośród złocistych plam ostatnich promieni słońca. Córka Lany Turner zasztyletowała kochanka matki. Errol Flynn zmarł na zawał serca i zdążył jeszcze swojej młodej przyjaciółce, która zapytała go, gdzie może strząsnąć popiół z papierosa, wskazać otwarty pysk wypchanego lamparta. Henri Garat umarł jako kloszard. A w wypadku samochodowym koło Suresnes zginął książę Ali Khan. Innych, szczęśliwych wydarzeń już nie pamiętam. Wycinaliśmy parę zdjęć. Przypinaliśmy je na ścianach; nie wyglądało na to, żeby dyrekcja hotelu jakoś specjalnie się tym przejmowała.
Puste popołudnia. Wolno płynące godziny. Yvonne często wkładała czarną, jedwabną podomkę w czerwone grochy, miejscami podartą. Nie zdejmowałem z głowy mojego starego korkowego kasku.
Podłogę zaścielały na wpół podarte czasopisma. Wszędzie poniewierały się butelki z mleczkiem do opalania. W poprzek fotela leżał pies. A na starym adapterze Teppaz puszczaliśmy płyty. Zapominaliśmy zapalić lampy.

Patrick Modiano, Willa “Triste”, tłum. Joanna Polachowska, Kraków 2014.

Śpiące piękności

Wraz ze zbliżaniem się starości również Eguchi w bezsenne noce przypomniał sobie czasem jej słowa, zdarzało się, że liczył na palcach swoje kobiety, ale nie poprzestawał na tych, które chętnie by całował, najczęściej snuł wspomnienia o kobietach, z którymi sypiał. Również dzisiejszej nocy wraz z iluzorycznym zapachem mleka z piersi, przywołanym przez śpiącą dziewczynę, przyszła mu na myśl kochanka dawnych czasów. A może to przypomnienie krwi z sutki dawnej kochanki wywołało zapach, jakiego nie miała ta dziewczyna. Być może igranie z pięknościami nie budzącymi się z głębokiego snu daje właśnie tę smutną pociechę starym mężczyznom, że pogrążają się we wspomnieniach dawnych kobiet, które już nigdy nie wrócą. Eguchi natomiast odczuwa raczej spokój serca napiętnowany jednak smutną nutą. Dotknął jej lekko po to, żeby sprawdzić, czy pierś nie jest mokra: nie przyszła mu szalona myśl do głowy, nie zamierzał przestraszyć dziewczyny, w przeciwnym razie zbudziłaby się rano trochę później niż Eguchi i ze zdumieniem spostrzegłaby sączącą się z piersi krew. Piersi dziewczyny były chyba pięknie zaokrąglone, gdyż przyszło mu na myśl to dziwaczne pytanie: dlaczego wśród wielu rozmaitych stworzeń ziemskich tylko piersi kobiety, przedstawicielki rodzaju ludzkiego, w ciągu długiej historii otrzymały tak piękny kształt? Czyż piękno piersi kobiecej nie mogłoby być powodem opromienienia blaskiem chwały dziejów ludzkości?

To samo można chyba powiedzieć o wargach kobiety. Starzec Eguchi przypomniał sobie kobiety w toalecie, to znów kobiety ścierające makijaż przed snem; były wśród nich i takie, których wargi zupełnie bladły po starciu szminki, i kobiety, które wyglądały potem starzej. Twarz śpiącej obok niego dziewczyny tonęła w miękkim świetle z sufitu i w odblasku otaczającego ze wszystkich stron welwetu, trudno więc było stwierdzić, czy dziewczyna malowała się czy nie, ale na pewno nie skubała brwi. Wargi i zęby lśniły świeżością. Jeszcze nie zaczęła stosować tych sztucznych zabiegów, takich jak na przykład perfumowanie ust, więc Eguchi czuł tylko naturalny zapach oddychającej przez usta młodej dziewczyny.

Yasunari Kawabata, Śpiące piękności, PIW 1987