Usiadła i stała się rzecz dziwna

Usiadła i stała się rzecz dziwna. Obok półmiski przechodzące z rąk do rąk, energiczna konwersacja, wzmocniona reminiscencjami piwnicy degustacyjnej, mowa żywa, jędrna, wieża Babel w poziomie, a ona nagle wstępuje na schodek wyżej, w cywilizację pisaną! I żadnych tam hieroglifów, robaczków i skrętów złączonych na górze jedną linią albo czytanych od lewa w prawo, od razu alfabet łaciński i na wszelki wypadek litery pełne, duże, okrągłe, świat w oczach dziecka. Spojrzałem nieufnie na podsuniętą mi kartkę, wiadomo, że od liter zaczęły się wszelkie moje nieszczęścia, za dużo czytałem, jak pani Bovary, i mniej więcej na to samo wyszło: schadzki w mokrych lasach, w nieswoich miastach i w nieznanych katedrach, przejażdżki po zagubionych stawach, tęsknoty za balem i niechętny udział w pracach domowych. A na kartce adresy, dwa! Akademik dla starszych, czy coś w tym rodzaju, i najpierw dane przyjaciółki, tej znanej mi, a pod spodem jej własne, jedne jakoś podobne do drugich, mieszkały pod tym samym numerem. Ha, myślę sobie, odczytawszy pod jej baczną kontrolą imiona i nazwiska i schowawszy karteczkę w miejsce na karteczki, ha, dołożę jeszcze sobie kurczaka, w końcu jest nie najgorszy.

Marek Bieńczyk, Terminal, Warszawa 2012.

Bieńczyk i mężczyzna w szarym płaszczu

Na ścianie pokoju, w którym przebywam, wisi obraz i często doń gadam. Za rogiem słabo oświetlonej ulicy w rozległym kawiarnianym akwarium siedzi przy kontuarze mężczyzna w szarym płaszczu. Widać go przez szybę, ma na głowie ciemny, zużyty kapelusz, obok siebie pustą filiżankę, a w ręku trzyma kieliszek długi jak noc. Nie rusza się, zapatrzony przed siebie, i z pewnością długo będzie jeszcze tak siedział. Jest odwrócony do mnie tyłem, lecz niekiedy sobie chwilkę rozmawiamy. Na przykład dzisiaj. Bo dzisiaj, tak jak on, plecy mam zgarbione, łokieć w blat wbity i rozszczepione w oczach światło. Toteż miałbym propozycje, lecz nie chodzi o konkurs, kto namalował ten obraz, dla ułatwienia dodam, że jest to artysta amerykański; zresztą nie spodziewacie się chyba żadnych nagród, wiadomo, że coś takiego nie istnieje; propozycja jest taka, żebyśmy wszyscy znowu przez chwilę odpoczęli, przez chwilę pomilczeli, aż dopali się drzewo w naszym kominku i zgasną światła w jego kawiarni

Marek Bieńczyk, Terminal, Warszawa 2012.

Markowskiego deklinacja Bieńczyka

Marek Bieńczyk "Książka twarzy" - okładka

Bieńczyk? Czytałem, recenzowałem, naśladowałem, krytykowałem, chwaliłem Marka Bieńczyka przez ostatnie 15 lat. Przypatrywałem się Bieńczykowi, jak gotuje swoje risotto, jak podnosi pod światło kieliszek pommerola, jak tańczy w sobie tylko znanym rytmie, jak na Manhattanie wpatruje się zahipnotyzowany w czerwoną suknię w barze, jak w Paryżu rozmawia ze swoim winiarzem, jak w Rasinari udaje Ciorana, jak w Warszawie czule obejmuje swoją żonę.

Widzę Bieńczyka, jak się zapada w siebie, jak mu się oczy śmieją za okularami, jak się stara, żeby nie popaść w patos, jak stara się wyśliznąć stereotypom i nudnym ludziom. Grałem z Bieńczykiem w ping-ponga (bez sukcesu), piłkę nożną (z sukcesem), tenisa (bez sukcesu), nie grałem na szczęście w karty, bo oszukuje. Tyle rzeczy z nim robiłem (i na tyle się jeszcze umawiamy), a teraz mam o Bieńczyku coś sensownego pisać, jak dostał Nike, która mu się od lat, temu Flauberowi polskiej literatury, należała? Bieńczyk, niedoczekanie twoje!

Michał Paweł Markowski, 7 przypadków Marka Bieńczyka, “Tygodnik Powszechny” 42/2012, s. 50.