Idziemy do BURROUGHSA

W marcu 1981 roku zmarł syn Williama Burroughsa, Billy, a William już latem 1978 roku zaczął wracać do ćpania – wskutek pobytu w Boulder po tym, jak Billy przeszedł przeszczep wątroby. Bujał się z punkami z Boulder, którzy, podobnie jak wielu innych, rwali się do załatwiania heroiny Williamowi Burroughsowi.

To było dla nich coś naprawdę szczególnego. Wiesz: „Przyćpałem z Burroughsem”. Czy coś może się z tym równać? To było jak powiedzieć: „Papież odprawił dla mnie prywatną mszę w swoim apartamencie”. To jest coś, no nie? Więc tacy byli ci goście. A gdy William wrócił do Nowego Jorku, inni załatwiali mu heroinę. Całe to środowisko było naprawdę straszne. William najwyraźniej coś przede mną ukrywał i był zupełnie do niczego. I cały czas był totalnie padnięty. A to jest najgorsza rzecz, jeżeli chodzi o ćpunów – to, że są tacy NUDNI. Siedzą i gadają o towarze. Jakby na ten temat było coś jeszcze do powiedzenia.

Tak więc byłem zmęczony całą tą jazdą i czułem, że mam tego dość. Wiesz, minęło pięć lat, wspiąłem się na Mount Everest i nadszedł czas, aby zająć się czymś innym. Chciałem przejść na emeryturę. Chciałem wykonać taki sam numer, jaki wycięła Patti Smith. Więc załadowałem sześciometrową ciężarówkę archiwami i innym badziewiem z The Bunker i ruszyłem przez kraj do Lawrence w stanie Kansas.

Naprawdę nie chciałem zostawiać Williama. W końcu troszczyłem się o niego, kochałem go. Nadal go kocham. Więc tkwiłem w rozkroku: wyprowadziłem się z Nowego Jorku, ale i tak zajmowałem się archiwami, rachunkami bankowymi i wszystkim innym. Ale on mógł mieszkać, gdzie chciał, a ja często tam jeździłem, podróżowaliśmy razem, odwiedzałem go i on mnie też czasami odwiedzał. I szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zwabię go tutaj, do Lawrence, na emeryturę. Ponieważ w jego wieku i z jego sławą dalszy pobyt w Nowym Jorku stał się dla niego niemożliwy – wypaliłby się, przedawkował albo zapił na śmierć, bo wszyscy przychodzili do niego, każdy chciał się naćpać z Heroinowym Ojcem Chrzestnym, jak go postrzegali. „Idziemy do BURROUGHSA” – jak gdyby to była jarmarczna rozrywka. Tak to prawie wyglądało

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

Byle domyślne nie stało się oczywiste

Zawsze lubiłem zasypiać słysząc przytłumioną muzykę, kołysała mnie nie gorzej niż mama, niosła mnie ze sobą, malowała krajobrazy. Im była cichsza, tym lepiej, spotykałem się wtedy z nią jak równy z równym, nie opowiadała mi, ale podpowiadała, mogłem sobie wybierać, co mi się chciało, wędrowałem tam, gdzie nie tylko uszy, ale i zamknięte oczy poniosą. Do teraz wolę, żeby mnie muzyka dochodziła, a nie siedziała obok mnie albo przede mną i kazała się słuchać. Lubię, żeby mnie dopełniała, a nie przepełniała. I wcale nie musi to być zawsze piękna muzyka – wystarczy, że nie jest za bardzo brzydka. Podoba mi się, kiedy muzycy przed koncertem stroją instrumenty, lubię ten bałagan dźwiękowy przypominający czyszczenie broni przed bitwą. Pamiętam, że kiedy w licealnych czasach odwiedzałem kolegów z klasy w ich bursie w klasztorze przy kościele św. Katarzyny, było pięknie, bo zza ścian dobiegały odgłosy ćwiczących na różnych instrumentach uczniów szkoły muzycznej – jakieś palcówki, gamy, strzępy melodii. A najpiękniej było w jeden z wiosennych dni, kiedy siedziałem w młodej trawie ogrodu przylegającego do klasztoru i usiłowałem namalować kwitnące jabłonie. Drzewa były pokryte białymi i różowymi kwiatami, nad nimi płynęły białe chmurki fastrygowane piskiem jaskółek, nad trawą śmigały pszczoły i bzykały muchy, między żółtymi kwiatami mleczu buczały trzmiele, a z otwartych okien bursy dolatywały odgłosy strojenia instrumentów, jakieś pasaże i skrawki melodii. Wszystko miało się dopiero zacząć: lato, malarstwo, koncert. W ogóle lubię dobiegające dźwięki, szczególnie kiedy zasypiam. Nie jestem wybredny, mogą to być nawet hałasy, na przykład zgrzyt tramwaju na odległym zakręcie, szum samochodów na dalekiej szosie, małżeńska awantura kilka pięter niżej, pijane śpiewy w sąsiednim bloku, radiowa audycja zza ściany, wrzeszczący paw za lasem. Lubię odchodzić w sen zostawiając świat pełen życia, bo mam po co wracać. To nie musi być śpiew skowronka wzlatującego nad łanem, wystarczy mi warkot samolotu, wystarczy, że sąsiad wbija gwoździe albo sąsiadka tłucze kotlety – byle myśli trochę podleciały, byle coś się zakołysało, byle się zmieszało realne z wyobrażonym, byle domyślne nie stało się oczywiste.

Kiedy moja pamięć słuchowa wraca do pierwszego mieszkania przy ulicy św. Stanisława, znajduje tam odgłos skrobania garnków dobiegający z wychodzących na podwórko, otwartych okien kuchennych. Podwórko było cieniste, nie docierało tu słońce, za to kiedy się wychyliłeś przez okno, mogłeś zobaczyć w górze prostokąt błękitnego nieba. Kto wie, czy moim pierwszym kolorem nie był ten błękit, pierwszym zapachem swąd przypalonych ziemniaków, pierwszym odczuciem rześkość powietrza. Chyba moje zmysły obudziły się któregoś letniego dnia, kiedy rano, po przebudzeniu, stanąłem w otwartym oknie.

Zbylut Grzywacz, Memłary i inne teksty przy życiu i sztuce, oprac. Tadeusz Nyczek, Kraków 2009, ss. 41-42.