Halucynujący hologram nie potrzebuje być szczęśliwym

Tomasz siedzi od tygodnia zamknięty w mieszkaniu. Zamawia jedzenie z dostawą i zaczyna śmierdzieć. Popadł w dziwny letarg. Telewizor wyświetla dramy i anime, ale nie zwraca na niego uwagi. Nie udziela się na fejsie, nie sprawdza maili, odebrał tylko jeden telefon od Val, trenerki Adama, która trochę się niepokoiła jego stanem. Zapewnił ją, że wszystko jest w porządku, spytał o zdrowie Adama, i wrócił do kontemplowania pęknięć na suficie.

W końcu stwierdza, że najwyższy czas pogodzić się z Cecylią. Znowu.

W tym celu musi wejść na facebooka, przejść do ustawień, wybrać opcję „blokowanie” i nacisnąć przycisk „odblokuj” przy nazwisku Cecylii. Klika. Wyskakuje okienko z ostrzeżeniem „Pamiętaj, że będziesz musiał poczekać 48 godzin, zanim będziesz mógł ponownie zablokować użytkownika Cecylia”. Potwierdza swój zamiar.

A potem wysyła jej zaproszenie do znajomych. Znowu.

Po półgodzinie słyszy krótkie brzęczenie smartfona. Cecylia zaakceptowała, znów są znajomymi. Wysyła jej wiadomość, Cecylia odpowiada po chwili. Na awatarze wygląda inaczej, niż kiedy ostatnio się widzieli.

(Spotkajmy się, potrzebuję Cię)

(Gdzie?)

(U mnie)

(Kiedy?)

(Teraz)

(Jak będziesz mogła)

(OK, daj mi godzinę)

Cecylia nie pyta o nic. Nigdy o nic nie pytała. Tomasz poświęca ten czas, żeby się ogolić i wziąć prysznic. Nie chce przy niej śmierdzieć.

Dzwonek. Na ekranie widzi Cecylię pokazującą fakulca. Wpuszcza ją do środka. Cecylia wchodzi, nie ściąga butów. Podchodzi do lodówki, otwiera ją i znajduje sobie coś do picia.

– Straszny upał – mówi. – No i co dalej, a?

Tomasz dawno nie słyszał języka polskiego.

– Cześć – mówi. – Ładnie wyglądasz.

Naprawdę wygląda ładnie, choć dziwnie. Jest doskonale biała, nie tylko w ubiorze. Zawsze miała bladą cerę, pamięta Tomasz, ale do tego utleniła sobie włosy, ma je przylizane do tyłu, opadają, sięgając ledwo ramion, rozjaśniła brwi i założyła nawet specjalne soczewki kontaktowe. Porcelanowy android.

– Ty nie bardzo – taksuje go wzrokiem – raczej jakby ktoś cię pożarł i wyrzygał.

– Mniej więcej tak było.

– Yhm. To chcesz gadać czy się ruchać? – pyta retorycznie Cecylia i zaczyna się rozbierać.

Tomasz przypomina sobie, za co ją kocha.

Jest szybko i mocno, jak zawsze, a po wszystkim Cecylia oznajmia, że dziś nie ma więcej czasu, nie przeprasza, tylko oznajmia właśnie, a potem idzie do łazienki się nieco odświeżyć i ubrać.

– Dobrze – mówi, zapinając sukienkę – może to cię postawi trochę na nogi. A jakbyś chciał pogadać, to wiesz, jak mnie znaleźć.

Tomasz dopiero spostrzega, że jej sukienka to marynarski mundurek, tyle że całkiem biały.

– Kocham cię – mówi Tomasz.

– Ja ciebie też – odpowiada Cecylia i wcale nie kłamie – trzymaj się.

I wychodzi, tak po prostu. Naprawdę się kochają. I naprawdę nienawidzą.

– To skomplikowane. Jakbyśmy okrążali Ziemię, ale z różną prędkością, i jest ten krótki moment, że jesteśmy razem, i się rozumiemy, i to jest najlepsze, co miałem w życiu, ale potem znów odlatuje – tłumaczył Tomasz kiedyś Hiroshiemu, który w odpowiedzi rzucił jakaś hiphopową mądrością w stylu I’ve got 99 problems but the bitch ain’t one, ale tak naprawdę wcale sam tego nie rozumie.

Leży zmęczony, ale na lekkim endorfinowym haju, telewizor wciąż nadaje jakąś popkulturową siekę. Tomasz zamyka oczy i wsłuchuje się w dialogi, z których rozumie tylko pojedyncze słowa.

(…)

Tomasz spotyka się z Cecylią jeszcze kilka razy. Kiedy jest dobrze, jest naprawdę dobrze. Nie rozmawiają za dużo. Idą zjeść coś pysznego albo pogapić się na drzewa w parku Yoyogi. Co robiła przez ostatnie pół roku? Nie wie, nie pyta. I sam też się nie chwali, ale w końcu opowiada o wypadku Momoko. Cecylia jest zdziwiona, czytała doniesienia prasowe, nie zgadła, bo i jak, że chodziło o siostrę Hiroshiego.

– Rozmawiałeś z nim ostatnio?

– Nie. Przeżywa to po swojemu. Pisałem, odpowiedział, że robi projekt. Coś osobistego. Chyba poświęcony siostrze. Może się odezwie, jak skończy.

– Uhm.

– Jesteś cała biała, wiesz? – leżą nago w mieszkaniu, Tomasz korzysta z okazji, że Cecylia się dziś nigdzie nie śpieszy i zwyczajnie gapi się na nią. – Taka niewinna.

– To kolor żałoby – wyjaśnia Cecylia – wkręciłam się w ruchy postapokaliptyczne.

– W sensie fanów Fallouta?

– Nie, nie tych sierot po Mad Maxie, którzy jedzą psie żarcie i piją własne siki – Cecylia odwraca się w jego stronę i opiera na ręce, Tomasz podziwia, co grawitacja robi z jej kształtnymi piersiami. – Mówię o ruchu Mononoke-hito. Gdybyś wychodził z domu, pewnie byś ich spotkał w Harajuku. Ludzie-duchy, którzy uważają, że świat się skończył w 2012, tak jak zapowiedziano w proroctwach Majów.

– Przecież się nie skończył.

– Jesteś pewien? Podobno nie ma już Polski. Może to wszystko to tylko holograficzna iluzja. Albo zbiorowa halucynacja. Potęga wyparcia. Od dwóch lat udajemy, że nic się nie stało.

– Nie mam pojęcia, jak chcesz to zmonetyzować.

– Jeszcze nie wiem – przyznaje Cecylia – w zasadzie nie zgłosiłam tego do agencji.

– Czemu? – dziwi się Tomasz. Agencja memetyczna 42, w której pracuje Cecylia, jest siłą sprawczą, dzięki której są razem. Po tym jak projekt HIVEMIND Hiroshiego i Tomasza narobił hałasu w japońskim internecie, 42 wysłało do Tokio Cecylię, żeby zbadała sprawę. Rozminęli się wtedy, Tomasz zdążył już wrócić do Krakowa. Kiedy przyjechał ponownie, Cecylia była tokijską rezydentką 42, oddelegowaną do trzymania ręki na pulsie japońskiej ulicy. Załatwiła nawet grant dla Hiroshiego, za który urządził swoje MSX-owe studio.

– Bo na razie to zbyt osobiste – mówi Cecylia – w zasadzie okazało się, że odpowiada moim potrzebom mistycznym.

Wraca na plecy i gapi się w sufit. Tomasz zastanawia się, co powiedzieć.

– Czy jesteś szczęśliwa?

– Halucynujący hologram nie potrzebuje być szczęśliwym.

Michał Radomił Wiśniewski, God Hates Poland, Warszawa 2015.

PSZEMEK

PRZEMEK siedzi na kanapie, lekko zgarbiony. W ręce ściska pada od konsoli, mocniej, niż to jest konieczne.
Przemek ma dwadzieścia trzy lata. Jest dzieckiem wolności – urodził się 4 czerwca, kiedy w Polsce, proszę państwa, w Polsce skończył się komunizm! Jego mama należała do „Solidarności” i chociaż nie odegrała w niej większej roli, była jedną z milionów tych, którzy posłuchali słów papieża i przygotowali się na przyjście ducha odnowienia. Na każde urodziny piecze synowi tort udekorowany białym i czerwonym lukrem, wystarczy dodać soku wiśniowego do cukru pudru, i pisze na nim „mam iks lat” solidarycą. Mieszkają razem, jak Kangurzyca i Maleństwo, bo tatuś dawno temu rozbrykał się, taki Tygrysek, i tyle go widzieli.
Słuchając opowieści mamy o tamtych przerażających czasach, kiedy panowała wieczna zima, a po ulicach jeździły czołgi ZOMO, Przemek czuł, że niewłaściwie korzysta z tej wolności. Uginał się pod jej ciężarem. Uznał, że mógłby zrobić więcej, bardziej, lepiej. Wyśrubowywał wyniki lekkoatletyczne i średnią w szkole, zawsze czerwony pasek, nagroda książkowa, uścisk ręki dyrektora, zamglony wzrok ciała pedagogicznego, zwłaszcza, od niedawna, pani od biologii, smutnej młodej dziewczyny ledwo po studiach.
Tyle pokładanej wiary, rozbuchanej nadziei i matczynej miłości poszło na marne, gdy na miesiąc przed maturą przeżył załamanie nerwowe i zamknął się w sobie. Ambicje? A co jeśli czyjąś ambicją jest grać cały dzień w Bombermana?
Oto Przemek, w rozciągniętej koszulce, która kiedyś miała jakiś napis, a może obrazek, ale dawno się sprał. Nie chce od życia wiele, ot, po prostu siedzieć sobie na wygodnej sofie, opychać się pizzą i grać w Bombermana. Ma jakąś pracę, to dobry chłopak, nic wielkiego, jakieś strony robi i nie musi wychodzić z domu, tyle, żeby dołożyć się mamie do czynszu. Popuka parę godzin w klawiaturę, poklika myszką i może wracać do gry. Nie ma dziewczyny, bo to za dużo ambarasu, zresztą w swoim bombermanowym szale przestał interesować się seksem i nawet już nie wchodzi na redtube.
Nigdy się nie spotkacie, nigdy nie dowiecie się o swoim istnieniu. Dzielą was kilometry światłowodu, łączy zaś ślepy los maszyny losującej graczy do bitwy online na serwerze sieci playstation. Nigdy nie dowiesz się, co czuje Przemek, kiedy wygrywasz z nim mecz w Bombermana.
Przemek ma dwadzieścia trzy lata, ale kiedy leży zalany łzami, wtulony w poduszkę, wygląda jak małe dziecko.

Michał R. Wiśniewski, Jetlag, Warszawa 2014.