Zaduch zmarłych

Zrywanie się, biegnięcie i znów siedzenie bez ruchu, na tym właściwie wyczerpywało się jego dzieciństwo. Są w nim pokoje z zaduchem zmarłych. Łóżka, które, rozesłane, tchną zapachem martwych. To czy inne słowo, które nadciągało przez korytarze, szumnie, słowo „nigdy” na przykład, inne: „szkoła”, słowo „śmierć” i „pogrzeb”. Całymi latami prześladowały go te słowa, zbijały z tropu, „wciągały w okropne stany”. Potem wydawały mu się znów niczym śpiew w niesamowitym samoczynnym ruchu: słowo „pogrzeb” ku cmentarzowi, daleko ponad cmentarz i ponad wszystkie cmentarze, w nieskończoność, w wyobrażenie, jakie ludzie mają o nieskończoności. – Moje wyobrażenie nieskończoności jest takie samo jak to, które miałem w wieku trzech lat. A nawet wcześniej. Zaczyna się ona tam, gdzie oczy nie sięgają. Gdzie nic nie sięga. I nie zaczyna się nigdy. – Dzieciństwo przyszło do niego, „jak przychodzi do domu człowiek ze starymi opowieściami, które są straszniejsze, niż można sobie wyobrazić, niż można odczuć, niż można znieść: i których, ponieważ słyszy się je stale, nigdy się nie słyszało. Jeszcze nigdy”. Dla niego dzieciństwo zaczyna się po lewej stronie drogi i prowadzi stromo w górę. – Odtąd myślałem wciąż o tym, że runę w dół. Że mogę runąć w dół. Pragnąłem tego i podejmowałem rozmaite próby w tym kierunku… ale nie wolno robić takich prób. Jest to z gruntu fałszywe. – Ciotki swymi szkaradnymi długimi rękami wciągały go do kostnicy, unosiły go wysoko ponad pozłacaną balustradę, żeby mógł zajrzeć głęboko do trumien. Wciskały mu w rękę kwiaty dla zmarłych, wciąż musiał je wąchać i wciąż słuchać: „Cóż to był za człowiek! Jak ona pięknie wygląda! W co go ubrali po śmierci! Patrz! Patrz!”. Zanurzały go „bezlitośnie w morzu rozkładu”. W pociągach słyszał siebie mówiącego: „naprzód”. W długie noce lubił szparę w uchylonych drzwiach pokoju dziadków, gdzie jeszcze pali się światło, gdzie jeszcze się opowiada, gdzie jeszcze się czyta. Napawał się ich wspólnym snem. Tym, że w jego odczuciu „spali razem jak owce”. Związani ze sobą oddechem. Ranki wstają nad żytniskiem. Nad jeziorem. Nad rzeką. Nad lasem. Zstępują ze wzgórz. W świeżym wietrze głosy ptaków. Wieczory tonące w trzcinie i milczeniu, do którego wygłasza swoje pierwsze modlitwy. Rżenie koni rozdziera ciemność. Przerażają go pijacy, furmani, nietoperze. Trzej martwi koledzy szkolni na drodze. Wywrócona łódka, do której topielec nie zdołał już dotrzeć. Olbrzymie bloki sera mają dość siły, by go przygnieść. Ukryty w piwnicy browaru boi się. Pośród nagrobków bawią się w grę, która polega na tym, że jeden rzuca liczby drugiemu. Trupie czaszki lśnią w słońcu. Drzwi otwierają się i zamykają. Na plebaniach jedzą. W kuchniach gotują. W rzeźniach szlachtują. W piekarniach pieką. W szewskich warsztatach łatają buty. W szkołach uczą: przy otwartych oknach, tak że człowieka ciarki przechodzą. Procesje ukazują kolorowe oblicza. Dzieci podawane do chrztu patrzą głupkowato. Za sprawą biskupa wszyscy wiwatują. Na nasypie mylą się kolejarskie czapki, co wywołuje śmiech mężczyzn, którzy mają na sobie tylko spodnie robocze, nic więcej. Pociągi. Światła pociągów. Glisty i chrząszcze. Orkiestry dęte. Potem wielcy ludzie na wielkich drogach: pociąg, od którego drży świat. Myśliwi zabierają go na polowania. Liczy ustrzelone kuropatwy, martwe kozice, położone jelenie. Zwierzyna płowa, zwierzyna czarna, co za rozróżnienia! Zwierzyna gruba. Zwierzyna drobna. Śnieg, który pada na wszystko. Życzenia z ósemką, życzenia z trzynastką. Rozczarowania, od których pościel wilgotnieje. Strumienie łez wobec tego, co niepojęte! Choć niespełna sześcioletni dopiero, a już w takim niemiłosierdziu!

Miasta burzące się przeciwko swoim wynalazcom.

– Dzieciństwo biegnie wciąż za człowiekiem jak mały pies, który był kiedyś wesołym towarzyszem, a którego trzeba teraz pielęgnować i kurować, dawać mu tysiące leków, żeby nie umarł niepostrzeżenie. – Podąża ono wzdłuż rzek i zapuszcza się w górskie wąwozy. Wieczór, jeśli mu pomóc, konstruuje najdroższe i najbardziej zawiłe kłamstwa. Nie chroń nikogo przed bólem i oburzeniem. Przyczajone koty przecinają człowiekowi drogę mrocznymi myślami. Jak jego, tak i mnie wciągały pokrzywy na krótkie chwile w diabelską rozpustę. Jak on, tak i ja kruszyłem strach malinami, jeżynami. Stado wron ukazywało śmierć w ułamku sekundy. Deszcz przynosił wilgoć i zwątpienie. Radość wysnuwała się z koron szczawi. – Kołdra śniegu okrywała ziemię jak dziecko. – Nie było zakochania, śmieszności, ofiary. – W klasach szkolnych układały się proste myśli, bezustannie. – Potem miejskie sklepy ze swoim mięsnym zapachem. Fasady i mury, nic tylko fasady i mury, aż znów trafiało się na wieś, często niespodziewanie, z dnia na dzień. Gdzie znów zaczynały się łąki, żółte, zielone; brązowe pola, czarne lasy. Dzieciństwo: strząsane z drzewa, tyle owoców i ani chwili dla nich! Tajemnica jego dzieciństwa jest tylko w nim samym. Dzikie wyrastanie, tam gdzie były konie, ptactwo, mleko i miód. Potem znów: uprowadzenie z tego pierwotnego stanu, przykucie do zamysłów, które go przerastały. Plany wobec niego. Utysiąckrotnione możliwości, które kurczą się do zapłakanego popołudnia. Do trzech, czterech pewności. Niezmiennych. Do trzech, czterech zasad. Prawideł. – Jak wcześnie można wytworzyć w sobie odrazę. Już dziecko dąży do wszystkiego bez słowa. I nic nie osiąga. – Dzieci są przecież dużo bardziej dociekliwe niż dorośli. – Wywlekacze historii. Bez skrupułów. Karciciele historii. Wydobywacze klęsk. Bezwzględni jak nikt. – Dziecko, zanim jeszcze potrafi obchodzić się z chustkami do nosa, jest zabójcze dla wszystkiego. Często – jak i dla mnie – jest to dla niego cios, kiedy doznaje wrażenia, którego doświadczył jako dziecko, a które, wywołane przez jakiś zapach czy barwę, nie pamięta już samego siebie. – W takiej chwili jest się przeraźliwie samotnym.

Thomas Bernhard, Mróz, tłum. Sławomir Błaut, Czytelnik 2020.