Smak – czegokolwiek – nigdy za bardzo mnie nie obchodził

Sięgnąłem po napoczęta dwulitrową butelkę coli light, stojącą na podłodze obok krzesła, i nalałem trochę do jednej ze szklanek zostawionych na stole. Korek był niedokręcony, więc cola zwietrzała, dlatego wyraźnie dało się wyczuć smak gorzkawego środka słodzącego, który zwykle rozmywa się w napoju wraz z odpowiednią ilością gazu. Ale w niczym mi to nie przeszkadzało. Smak – czegokolwiek – nigdy za bardzo mnie nie obchodził.

Odstawiłem szklankę na stolik i zgasiłem papierosa. Z moich uczuć do osób, z którymi tak niedawno spędziłem kilka godzin, nie pozostało nic. Mogliby spłonąć całą gromadą, a ja nic bym nie poczuł. Taka zasada obowiązywała w moim życiu. Przebywając z innymi, byłem z nimi związany, czułem z nimi niesłychaną bliskość, ogromnie się przejmowałem, do tego stopnia, że ich dobre samopoczucie zawsze było ważniejsze od mojego. Podporządkowywałem się, niemal do granicy samounicestwienia. Ich myśli i opinie, zgodnie z jakąś niesterowalną przeze mnie wewnętrzną mechaniką, stawiałem ponad własnymi myślami i uczuciami. Ale w chwili gdy zostawałem sam, inni przestawali cokolwiek dla mnie znaczyć. Nie chodziło wcale o brak sympatii czy o wstręt, przeciwnie, większość owych ludzi lubiłem, a u tych, za którymi nie przepadałem zawsze umiałem znaleźć coś cennego, jakąś cechę, którą mogłem pochwalić, a przynajmniej uznać za interesującą na tyle, by w danej chwili zajęła moje myśli. Ale to, że ich lubiłem, nie oznaczało wcale, że się nimi przejmowałem. To sytuacja towarzyska mnie wiązała, nie uczestniczący w niej ludzie. Między tymi dwiema perspektywami nie było nic. Było jedynie to małe coś, co mnie niszczyło, i to coś wielkie, co stwarzało dystans. A między jednym i drugim trwała codzienność.

Może dlatego tak trudno mi się w niej żyło? Codzienność z jej obowiązkami i rutynowymi czynnościami wytrzymywałem, lecz nie czerpałem z niej radości, nie przydawała ona sensu mojemu życiu ani mnie nie uszczęśliwiała. Nie chodziło o brak ochoty do umycia podłogi czy zmienienia dziecku pieluchy, tylko o coś bardziej zasadniczego, o to, że nie przeżywałem wartości codziennego życia, lecz chciałem się od niego oderwać; tak było zawsze. Życie, które wiodłem, nie było więc moim życiem. Starałem się uczynić je swoim, toczyłem o to walkę, bo przecież chciałem tego, ale mi się nie udawało, tęsknota za czymś innym dziurawiła na wylot wszystko, co robiłem.

Karl Ove Knausgård, Moja walka. Księga 2, tłum. Iwona Zimnicka, Kraków 2015.