Celibat

image

Z głębokości wołam do Ciebie, Boże. Jeśli zachowasz pamięć o grzechach, któż się ostoi? Zaraziłem się grzechem, czytając słowa niepsalmowe, zapisane przez ludzi o nieczystych duszach: „Szukam do seksu dyskretnego chłopaka, faceta, któremu chciałbym obciągać kutaska”, „Jest ktoś chętny do obrobienia gorącej pałki, lizania jajek i dupska. Higiena i dyskrecja gwarantowane i tylko do 14-ej jestem mobilny”, „Jakiś konkret wystawi do polerki żonatemu teraz?”, „Cześć. O 7 będę wracał z pracy. Kto mnie zaprosi na oral może i anal. Czekam na tel. Chętnie dojrzali po 45. roku życia”, „Siemka, kto da obciągnąć w jakimś kibelku w centrum?”.

Słowa te stały się moim powietrzem, rozmyślam o nich dniem i nocą. Ulepiłeś mnie z ducha i ciała. Duch mój ochoczy, ciało słabe. Kiedy przyjdzie wieczór, jadę w ciemność. Na tylnym siedzeniu zapominam się w grzechu. Ale, Boże, mam o wiele więcej powodów do wstydu.

(…)

O tym, że biskup pomocniczy lubi księży, wiedziałem już w seminarium. Wikary z mojej rodzinnej parafii powiedział mi pół żartem, pół serio: „Ale koło pomocniczego to się nie kręć”. Kręcili się ci, którzy chcieli zrobić karierę, i głupie ciotki klotki gotowe dać się przelecieć każdemu samcowi.

(…)

Jest jeden dzień w tygodniu, kiedy wchodzi się do klubu tylko w butach i skarpetkach. Tyle penisów merda wkoło, że po chwili nie zwraca się na nie uwagi. Nie dawaliśmy się wciągnąć w grupowy seks w darkroomie. Kilka razy ktoś mi przejechał po genitaliach i pośladkach, ja zrobiłem to samo, ale na tym się kończyło. No dobrze, chcę być szczery – jeśli nie mogłem wytrzymać, to pozwalałem fajnemu ciału na dotykanie przy pisuarze. Tylko dotykanie, do niczego więcej nie dochodziło. Mnie to całe rozluźnione środowisko trochę odpychało – nigdy nie wiadomo, co ten ładny penis chwilę temu penetrował.

Wracaliśmy nocą. Jeden zawsze musiał być trzeźwy. Proboszcz miał najlepiej, bo rano mógł pospać. Piękniś odprawiał mszę i jechał do pracy w kurii. Ja zapieprzałem do szkoły. Czasami proboszcz dzwonił do dyrektorki i prosił, żeby zorganizowała zastępstwo na religii, bo wikary czymś się zatruł. Przekupywał ją, chwaląc na kazaniach – że dzieci mają wysoki poziom nauczania, że szkoła angażuje się w życie parafii. Dyrektorka chodziła do kościoła, działały na nią takie bzdety.

(…)

Kochają się i zakonnicy. Ojcowie wchodzą w duchowe małżeństwa, wsuwają pod drzwi celi liściki, przynoszą na wycieraczkę pomarańczę, kiwi czy inny owoc. Ci homo są nagradzani przez przełożonych, mają lepsze cele i więcej wyjść na miasto. W jednym z klasztorów osiemdziesiąt procent ojców było homoseksualnych, w tym przeor. Cała prowincja o tym wiedziała, również prowincjał. Przez moment miałem stamtąd chłopaka. Ale postanowił żyć w celibacie.

Diecezjalni nie są lepsi. Biskupi boją się wysyłać księży na studia do Rzymu. Piękniś studiował. Przez rzymskie kluby przewalają się polscy kapłani. Zamiast studiować teologię i filozofię, wpadają w seksoholizm, alkoholizm, narkomanię. Szukają w klubach księży z Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Później załatwiają sobie przeniesienie do Stanów, Kanady, Włoch, Niemiec i tam tworzą związki. Do Polski chętnie sprowadziliby się zakochani w polskim duchowieństwie księża z Afryki, ale polscy księża ich nie chcą. Bo są czarni, biedni, kojarzą się z ludami misyjnymi.

(…)

Nadal jeździłem z proboszczem do klubu na rozbierane imprezy. On krążył po darkroomie. Ja siedziałem przy barze, ciągle ktoś dotykał moich genitaliów. Po pewnym czasie nie zwracałem na to uwagi, chyba że ktoś brał je do ust. Przychodziliśmy do hotelu tak wymęczeni, że zasypialiśmy w ubraniach.

(…)

Jeździłem sam do klubu. Na seks się nie godziłem – ewentualnie wspólna masturbacja. Spotkałem przy barze proboszcza ze swoim nowym wikarym, takim z kategorii ciotki klotki, chyba za karę go dostał. Jednemu i drugiemu przejechałem ręką po trąbie i dupie. Piliśmy wszystko – czysta, piwo, drinki. Poszliśmy do hotelu, był ostry seks. Rano łóżko było zarzygane, nawet moje jedyne majtki były zarzygane. Pierwszy raz w życiu wracałem na plebanię bez majtek.

Proboszcz dzwonił, żebym do nich wpadał. Wpadłem kilka razy, fajny seks z nimi był, proboszcz dbał i o mnie i o Ciotkę Klotkę. Młody załatwił zabawki erotyczne. Poczułem się staro, kiedy instruował nas, jak się czego używa. Zaczął sprowadzać na plebanię osiemnastolatków z okolicy, ale do własnego użytku, co wkurzyło proboszcza i wywalił go z parafii.

Marcin Wójcik, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu, Warszawa 2017.

Lekkość niepojęta, co kłam zadaje prawu ciążenia

5 maja

Przeklęty przypadku! Nigdy cię nie przeklinałem, że się zjawiałeś, a teraz cię przeklinam, że się nie zjawiasz. A może to jakaś nowa niespodzianka, ty istoto niepojęta, niepłodna matko wszechrzeczy – ty pozostałości z owych czasów, w których konieczność rodziła swobodę, a ta była na tyle naiwna, że wracała znów w macierzyste łono!? Przeklęty przypadku! Ty jesteś jedyną istotą wiecznie niepojętą, zawsze zagadkową, tobie jednemu przypadł wielki zaszczyt w udziale, by być moim sprzymierzeńcem i razem moim wrogiem. Przypadku, który kocham całą mocą swej duszy, na którego obraz i podobieństwo siebie kształtuję, czemu się nie zjawiasz? Nie przychodzę jak żebrak kornie cię błagać, abyś mi się objawił – nie, wyzywam cię do boju. Dlaczego się nie zjawiasz! A może się i ty rzuciłeś w otchłań wieczności dlatego, że zagadka twoja odgadniona? Straszna jest myśl o świecie, który zastanowił się z nudów! Przeklęty przypadku, czekam na ciebie. Nie chcę cię pokonywać zasadami lub tem, co bezmyślni nazywają charakterem – nie, pragnę stworzyć siebie samego w potężnej pieśni! Nie chcę być poetą dla innych; ukaż się, a opiewać cię będę, zaśpiewam pieśń dla siebie samego, sam się swą pieśnią nasycę. Czyż nie jestem ciebie godny? Jak bajadera tańczy ku większej chwale bóstwa, tak ja poświęciłem się twojej służbie; jestem lekki, gibki, bezbronny, zrzekam się wszystkiego; nie posiadam nic, nie pragnę niczego, nic nie kocham, nic nie mam do stracenia, ale czyż przeto nie jestem ciebie godniejszy, ciebie, któryś się podobno od dawna już znużył odbieraniem ludziom tego, co kochają, któryś się od dawna już znużył ich westchnieniami i modłami? Spadnij na mnie niespodzianie, zawsze jestem gotów – walczmy bez stawki, o honor. Pokaż mi ją, wskaż mi choćby taką możliwość, która by się zdawała niemożliwością, ukaż mi ją choćby wśród cieni, błądzących w Hadesie, a porwę ją “stamtąd; niech mnie nienawidzi, niechaj mną pogardza, niech mi się odpłaca chłodną obojętnością, niech kocha innego, nie lękam się niczego; lecz wzburz fale, przerwij tę ciszę. Czyż się nie wstydzisz pokonywać mnie głodem i nie wstyd ci to wmawiać w siebie, żeś potężniejszy ode mnie?

(…)

15 maja

Dzięki ci, dobry Przypadku, dzięki! Była smukła i wyniosła, tajemnicza i zadumana jak sosna, jak młody pęd, jak myśl jedyna, która z głębin ziemi strzeliście mknie ku niebu, niepojęta i sobie samej niejasna; była całością, która nie ma części. Buki zdobią się w korony, których liście mówią o zdarzeniach zaszłych w ich cieniu, sosna nie ma korony, nie ma przeszłości, jest samej sobie zagadką – taką była ona. Była dla siebie samej ukryta w swej duszy; sama zaś wyszła z siebie i spokojna wyniosłość oblewała jej istotę, podobnie i śmiałe poloty sosny są dumne i wyniosłe, chociaż sosna przygwożdżona jest do ziemi. Tęsknota rozpościerała się na całej jej postaci, jakby gruchanie dzikiej gołąbki, jakaś głęboka tęsknota, która niczego nie pragnie. Była zagadką, która tajemniczo kryła w sobie własne rozwiązanie, a czemże są wobec takiej zagadki wszelkie skrytości dyplomatyczne, cóż na świecie piękniejszego nad słowo, które ją odgadnie? Jakże język jest wymowny, treściwy i znaczący: rozwiązać (zagadkę), ileż w tem dwuznaczności i jakże pięknie i mocno dwuznaczność ta przenika wszystkie kombinacye, w których słowo to zachodzi! Podobnie jak bogactwo duszy jest zagadką, dopokąd nie rozetnie więzów języka i dopokąd tem samem zagadka nie rozwiąże się, tak młoda dziewczyna jest zagadką. – Dzięki ci, dobry Przypadku, dzięki. Gdybym ją był zobaczył w porze zimowej, możeby wskutek mrozu osłoniła się była całkiem zieloną suknią, a surowa przyroda mogłaby była uszczuplić jej piękność. A teraz, co za szczęście! Zobaczyłem ją poraz pierwszy na wiosnę, najpiękniejszą porę roku, w oświetleniu popołudniowem. Oczywiście i zima ma swe strony korzystne. Rzęsiście oświetlona sala balowa może istotnie być pochlebnem otoczeniem dla balowo wystrojonej młodej dziewczyny; lecz częścią rzadko ukazuje się w świetle korzystnem, właśnie dlatego, że wszystko ją do tego skłania i wyzywa, a wyzywanie to w każdym razie działa szkodliwie, bez względu na to, czy go posłucha czy też stawi mu opór; częścią przypomina tu wszystko znikomość i czczość wszechrzeczy i budzi niecierpliwość oraz pośpiech, a tem czyni użycie mniej orzeżwiającem. Ale nie chciałbym się pozbawiać na zawsze tego cennego przepychu, i tego nieopisanego zalewu młodości i piękna i tej różnorodnej gry wszelakich sił. Atoli tu, w takiej sali nie tyle rozkoszuję się rzeczywistością, ile raczej możliwościami. Nie poszczególne punkty piękne podbijają i nęcą, lecz całość; przesuwa się przed oczami marzenie senne, widziadło, w którem wszystkie te kobiece istoty przenikają się wzajem swymi kształtami, w którem wszystkie oddzielne ruchy czegoś szukają: zrównoważenia, skrystalizowania się w obrazie, którego się nie widzi. Było to na ścieżce łączącej Norreport z Osterport. Było około w pół do siódmej. Słońce postradało już swą potęgę, a tylko wspomnienie o niem zostało w łagodnem jaśnieniu, które oblewało krajobraz. Przyroda oddychała swobodniej. Morze było spokojne, przejrzyste i gładkie jak tafla zwierciadlana. Domki mieszkalne tkaczy przeglądały się w wodzie, która na dalszej przestrzeni mroczyła się metalicznym odcieniem. Ścieżka i budowla po drugiej stronie były oświetlone bezsilnymi promieniami słońca. Niebo było jasne i czyste i tylko jedna jedyna lekka chmurka nieznacznie ślizgała się po sklepieniu; można ją było widzieć, utkwiwszy oko w morzu, ponad którego gładką taflą znikała. Nie zaszeleścił nigdzie listek. – Tak, to ona. Oko mnie nie zawiodło. A chociaż już oddawna przygotowywałem się na to spotkanie, to przecież nie mogłem zapanować nad pewnym niepokojem, nad pewnem wznoszeniem się i opadaniem całego jestestwa, podobnem do śpiewu skowronka, który na pobliskich łąkach kołysał się na falujących dźwiękach. Była sama. Teraz znowu zapomniałem, jak była ubrana, ale jej obraz zachowałem w pamięci. Była sama; i zajęta była widocznie nie sobą, lecz swemi myślami. Ale to nie było myślenie: ciche poszumy i szelesty myśli wyczarowały jej przed duszę jakiś, obraz tęsknoty niepojętej jak tyle licznych westchnień dziewiczych. Była właśnie w najpiękniejszej porze swego życia.

(…)

Była zajęta nie sobą, lecz w sobie, a zajęcie to było niezmiernym spokojem i spocznieniem w głębi własnej istoty. Tak bardzo jest bogatą młoda dziewczyna, że samo objęcie tego bogactwa czyni już człowieka bogatym. Jest bogatą, chociaż nie wie, czy cokolwiek posiada; jest bogatą i skarbem nieprzebranym. Cichy otaczał ją spokój i lekka, smętna zaduma. Była tak lekka, żeby ją okiem można unieść, była tak lekka jak Psyche uniesiona w dal przez nimfy, a nawet jeszcze lżejsza, gdyż unosiła się sama. Niechaj doktorowie kościoła spierają się o wniebowstąpienie Madonny, dla mnie nie jest ono niepojętem, gdyż ona nie była już z tego świata; atoli lekkość młodej dziewczyny jest niepojęta i kłam zadaje prawu ciążenia.

Søren Kierkegaard, Dziennik uwodziciela, tłum. Stanisław Lack, Lwów 1907

Żyła tak przez trzynaście lat

Odkąd Ester Nilsson w wieku lat osiemnastu uznała, że koniec końców życie upływa na zabijaniu nudy i w tym celu na własny użytek stworzyła język oraz idee, nigdy już nie doświadczała uczucia nieprzyjemności ani nawet zwyczajnego przygnębienia. Nieustannie pracowała nad rozszyfrowywaniem natury świata i ludzi. Odbyła studia filozoficzne na KTH i po napisaniu pracy dyplomowej, w której chciała porównać szkołę anglosaską z francuską, czyli nałożyć na siebie minimalizm oraz logikę szkoły analitycznej na wspaniałe wyobrażenia o życiu szkoły kontynentalnej, zajęła się pisaniem.
Od dnia, w którym znalazła odpowiedni język oraz idee i zdała sobie sprawę, na czym polega jej zadanie, zrezygnowała z kosztownego życia, jadała tanio, sumiennie stosowała środki antykoncepcyjne, podróżowała racjonalnie, nigdy nie zaciągnęła żadnego długu, czy to w banku, czy u osób prywatnych, i nie wdawała się w sprawy, które by ją odciągały od tego, czemu pragnęła poświęcać czas: czytania, pisania, myślenia i rozmawiania.
Żyła tak przez trzynaście lat, więcej niż połowę tego czasu spędziła w harmonijnym i spokojnym związku z mężczyzną, który dawał jej poczucie równowagi, a przy tym zaspokajał potrzeby fizyczne i psychiczne.
Potem odbyła rozmowę telefoniczną.

Lena Andersson, Bez opamiętania. Powieść o miłości, tłum. Anna Marciniakówna, Warszawa 2014.

Wiąz

Znam dno, mówi, dotykam go swym wielkim korzeniem:
Tego się właśnie boisz.
Ja się nie boję; ja tam byłam.

Czy słyszysz we mnie morze,
Jego skargę?
Czy też głos nicości, będącej twym opętaniem?

Miłość to cień.
Leżysz i płaczesz po niej –
Posłuchaj stuku jej kopyt, ona odbiegła jak rumak.

Całą noc będę tak dziko galopować,
Aż twa głowa stanie się kamieniem, a poduszka trawą,
Budząc echa, echa.

Czy mam przynieść ci rytm zatruty?
Ten wielki spokój to deszcz.
Jego owoc: cynowobiały jak arszenik.

Wycierpiałam okrucieństwo zachodów słońca.
Wypaliłam się do korzenia.
Moje czerwone włókna płoną jak druciana ręka.

Rozpadam się na kawałki wirujące jak maczugi.
Tak gwałtowny wicher
Nie zniesie obojętności: muszę krzyczeć.

Księżyc jest tez okrutny; przyciąga mnie
Bezlitośnie, gdyż jest bezpłodny.
Jego blask rani mnie. Być może go schwytałam.

Puszczam go wolno, puszczam wolno.
Okrojonego jak po ciężkiej operacji.
Jak twoje złe sny opętały mnie i wzbogaciły.

Zamieszkuje mnie krzyk,
Nocą wzlatuje,
By wczepić swe haczyki w obiekt miłości.

Przeraża mnie ta ciemna istota
Uśpiona we mnie:
Cały dzień czuję jej delikatne obroty i złośliwość.

Chmury przepływają i nikną.
Czy to twarze miłości blade, bezpowrotnie stracone?
Czy to dla nich niepokój targa mym sercem?

Nie pojmuję nic więcej.
Co to za twarz,
Tak śmiercionośna w gąszczu gałęzi? –

Wsącza swój jad żmii.
Poraża wolę. To poszczególne grzechy,
Co niosą śmierć, śmierć, śmierć.

Tłum. Teresa Truszkowska

Sylvia Plath, Wiersze wybrane, tłum. Teresa Truszkowska i Jan Rostworowski, wybór i posłowie Teresa Truszkowska, Kraków 1975, s. 41-43.

To, co trwa, psuje się

Gdyby mogła zobaczyć siebie od wewnątrz za kilka lat, nawet po roku, stwierdziłaby, że obraz Miguela, teraz nieustannie ją prześladujący, z każdym mijającym dniem rozmazywał jej się, że spłowiał z czasem bardzo i że nowe pasje pozwalają jej wspominać go jedynie od czasu do czasu, ze spokojem dziś zaskakującym, z tym samym, nieodmiennie, żalem, ale już bez wzburzenia właściwie. Bo na pewno pojawią się nowe pasje i jej pierwsze małżeństwo w końcu wyda jej się nieomal snem, wspomnieniem niepewnym i odległym. To, co dziś postrzegane jest jako tragiczna anomalia, odbierane będzie jako coś nieodzownie normalnego, nawet pożądane, skoro do tego pewnie dojść musiało. Dziś uznaje za niedopuszczalne, że Miguela już nie ma, ale nadejdzie chwila, kiedy za niepojęte uzna, że mógłby znowu być, że jednak żyć może; kiedy najzwyklejsze fantazje o cudownym odżyciu, o zmartwychwstaniu, o jego powrocie, okazałyby się nie do zniesienia, bo przydzieliła mu już miejsce ostateczne w czasie, tak jak i jego uspokojonej twarzy, i nie mogłaby się pogodzić z tym, iż ta jego twarz raz na zawsze uformowana i niezmienna znów została poddana zmianom przez to, co nadal żyje, a tym samym jest nieprzewidywalne. Dominuje w nas raczej pragnienie, żeby nikt nie umierał, żeby nic z tego, co nam towarzyszy, z tego, co jest naszym ulubionym zwyczajem, nie kończyło się, nie uświadamiając sobie, że tym, co rzeczywiście podtrzymuje zwyczaje w stanie nienaruszonym, jest ich raptowna likwidacja, żadna drobna zmiana, żadna ewolucja, żadne porzucenie, żadne odstąpienie. To, co trwa, psuje się, w końcu gnije, nudzi nas, zwraca się przeciwko nam, przesyca nas, męczy. Ileż to osób, bez których nie wyobrażaliśmy sobie życia, odpada po drodze, ile z nich wypala się nam i z iloma urywa się nam kontakt bez żadnego widocznego powodu, a tym bardziej z rzeczywiście istotnego powodu. Jedynymi, którzy nam nie nawalają i nie rozczarowują nas, to ci, których się nam wydziera, jedyni, którym nie pozwalamy upaść, to ci, którzy znikają wbrew naszej woli, raptownie, nie mając już czasu, by doprowadzić nas do rozpaczy lub zawieść nasze nadzieje. A kiedy do tego dochodzi, natychmiast lamentujemy, bo uważamy, że moglibyśmy z tymi osobami długo jeszcze przestawać, bez końca. To oczywiście błędne myślenie, choć zrozumiałe. Przedłużanie wszystko wypacza i to, co wczoraj było wspaniałe, jutro byłoby męką. Reakcja, jaką wszyscy mamy wobec śmierci kogoś bliskiego, podobna jest do tej, jaką okazał Makbet na wieść o śmierci swojej żony, Królowej. She should have died hereafter, odpowiada nieco enigmatycznie: „Powinna była umrzeć począwszy od teraz” mówi, czy też „od teraz później”. Można by, dla uniknięcia niejasności i dla większej prostoty, oddać to zwyczajnie jako „później” i już albo: „Powinna była poczekać jeszcze trochę i wytrzymać”; w każdym razie na pewno mówi: „Nie w tej chwili, nie w chwili wybranej”. Ale jaka miałaby być ta chwila wybrana? Nigdy ten moment nie wydaje nam się właściwy, zawsze myślimy, iż to, co się nam podoba lub nas raduje, to, co nam przynosi ulgę lub nam pomaga, to, co nas pcha przez wszystkie dni, mogłoby potrwać trochę dłużej, rok, kilka miesięcy, kilka tygodni, godzin kilka, zawsze wydaje nam się, że jest za wcześnie, by położyć kres rzeczom lub osobom, zawsze ta chwila wydaje się nam niewłaściwa, ten moment, kiedy my sami moglibyśmy powiedzieć: „Już. Wystarczy już. Starczy tego, dosyć. Od teraz będzie tylko gorzej, zużycie, degrengolada, plama”. Ale nie mamy odwagi, by o tym powiedzieć: „Ten czas już minął, choć był naszym czasem”, i dlatego nie jest w naszych rękach koniec czegokolwiek, bo gdyby to od nich zależało, wszystko trwałoby w nieskończoność, zanieczyszczając się, brudząc, i żaden żywy nigdy nie przeistoczyłby się w zmarłego. 

Javier Marias, Zakochania, tłum. Carlos Marrodan Casas, Wojciech Charchalis, Katowice 2013.

Heart in 12 parts

1
Simon Tegala leaned his back against the wall of the American Embassy and held her against him. It was an electrical event. Small voltages spread through their limbs. She said, Honey, that was a test burn. She heard his heart sounds: lub dup lub dup lub dup. She noted they were fifth in the queue for visas. Naomi was the Newton of atomic kissing; erotic radioactivity buzzed through her blackberry lips. They had been told to produce proof of identity in triplicate. Driving license, passport and a household bill. Naomi would not let Simon Tegala see the photograph in her passport. She said, Stop looking for me. I am here standing next to you listening to your heart sounds. He knew that her lips were the only country he wanted to be in.

2
Simon Tegala decided to throw the I Ching to discover if Naomi loved him. At that moment the phone rang. While his father’s voice disappeared into his answering machine Naomi walked into his apartment carrying something for supper wrapped in wax paper. When she asked him why he was so quiet and what he was thinking about, he said SHAKING. My father has Parkinson’s disease. They salted the chicken and cooked it in its own sweet juices while the phone rang again. His father’s voice said AMERICA and then it said DID YOU GET YOUR VISA and then he said other words which upset Simon Tegala. DON’T LIVE FAR AWAY. Naomi pointed to a red felt hat that hung on the coat hook in Simon Tegala’s kitchen. He told her it was a fez and she told him it was a chechia. What is a chechia, her boyfriend wanted to know. It’s a fez, she replied. And then she said, shall we go and visit your father and take him a cake?

3
Later, Naomi said to Simon Tegala, I want you to touch my body in the following order:
3. My ear
5. My belly
Simon Tegala’s heart is a biomachine beating hard and fast as he searches for the missing numbers.

(…)

Simon Tegala’s Heart In 12 Parts In Deborah Levy, Black Vodka, Bloomsbury USA (June 10, 2014)

Hands in ingenious pockets

I gave you my favorite thing from Chinatown, pressed it drunkenly into your hand. We were in my kitchen that first night. BEAUTIFUL GAUZE MASK, the package said.

The next morning, I went over to the philosopher’s apartment. “Oh no, what have you done?” I said. He made me breakfast and told me about his date. “Where do you see yourself in five years?” she’d asked him. “How about ten? How about fifteen?” By the time he walked her home, they were thirty years in. I told him it sounded like a duck and a bear going on a date. The philosopher considered this. “More like a duck and a martini,” he said.

You called me. I called you. Come over, come over, we said.

I learned you were fearless about the weather. You wanted to walk around the city, come rain come snow come sleet, recording things. I bought a warmer coat with many ingenious pockets. You put your hands in all of them.

Jenny Offill, Dept. of Speculation, Knopf, January 2014

Skóra już nie jest skórą, jest samym ciepłem

Dawno, dawno temu, w mieście, którego nazwę niedokładnie pamięta, Joanna posiadała klucz do swojego ciała. Jednak drzwi do świata po drugiej stronie lustra otwierały się u niej zbyt łatwo: ledwo się opanowywała, żeby nie krzyczeć, kiedy mężczyzna kładł dłoń na jej kolanie albo na plecach, kiedy całował ją w usta — musiała opierać się plecami o coś niewygodnego, żeby nie zemdleć. A kiedy szła z kimś do łóżka, bardzo szybko traciła przytomność: zawsze była w niebie, a nie na jakimś tam drugim piętrze. W zasadzie nie pamięta też żadnego ciała — ani swojego, ani mężczyzn, z którymi szła do łóżka — pamięta tylko coś jak prąd rzeki: woda, ruch. Skóra już nie jest skórą, jest samym ciepłem. Gdzieś tam leżą nasze rachunki, nasze buty, nasze choroby, nasze wątroby i kości, ale razem łączymy się w coś ponad zeznaniem podatkowym, ponad plotką, ponad udręką i chorobą — tu i teraz jesteśmy na chwilę w wieczności (nie chcę potem oglądać billingów z tej wieczności, nawiasem mówiąc, na pewno tam jest drogo!). Ciepło i ciężar ciała drugiej istoty. A więc ta istota także oddycha, trawi? Także jest zwierzęciem? Dwoje ciepłych zwierząt obok siebie, liżących swoje futerko na szyi. Dwa ssaki, które trącają się nosami, żeby zapewnić się nawzajem o bliskości i o swoim istnieniu. Oczy zasnuwają się mgłą!
Rzucić się na siebie z dwóch najwyższych balkonów naprzeciwko! Znaleźć się na samym środku bardzo cienkiej deski, sześć pięter nad ziemią — żyjemy, nie spadliśmy, co za cud! Trzymamy się w objęciach, ach, z rozkoszy można by wyskoczyć ze skóry! Tego właśnie boi się Joanna. Że wyskoczy ze skóry. I już do niej nie wróci. A skóra zostanie bez niej, całkiem niezamieszkana. Jej własna skóra, zwinięta, przerzucona przez oparcie jakiegoś krzesła. Włosy są ozdobą, kiedy znajdują się na głowie, ale kłęby włosów w odpływie wanny są fuj, prawda? Stracić siebie z odpowiednim mężczyzną, to ma jeszcze coś w rodzaju sensu, ale stracić samą siebie po prostu z kimś innym, z kimś, pod czyim urokiem było się przez chwilę? Z kimś, kto za chwilę się umyje i pójdzie do pracy? A kto jest odpowiedni? Ktoś, kogo się kocha. No tak, miłość: szklanka wody dla strudzonego wędrowca.

Agnieszka Drotkiewicz, Nieszpory, Kraków 2014.

Pilch: M.

image

26 lip­ca 2012

M. z lek­kością prze­bi­jała Nie­tz­sche­go i Do­sto­jew­skie­go. Nie dzi­wi mnie to, ale uświa­da­miam to so­bie późno. Nie: „za późno”, bo ani ruj­nujące wielką miłość „ka­ta­stro­fal­ne spóźnie­nie”, ani oca­lające „przy­by­cie na czas” nie wcho­dzi w tym wy­pad­ku w grę. „Wiel­ka miłość” też nie wcho­dzi w grę – gdy­by nie obrzy­dze­nie do te­go ro­dza­ju ter­mi­no­lo­gii, po­wie­działbym oczy­wiście: „tok­sycz­ny związek”; ni­czym fe­ral­ne zaklęcie, wy­zwo­liłoby to de­mo­ny płycizn, tan­det i ba­nałów; jak­bym już te­go mar­twe­go wy­rażenia użył, być może (w po­czu­ciu jałowi­zny zu­pełnej) brnąłbym w ja­kieś dal­sze spe­ku­la­cje, w ja­kieś żałosne efek­ty, że ni­by każdy tok­sycz­ny związek ma się za wielką miłość i każda wiel­ka miłość prędzej czy później ob­ra­ca się w tok­sycz­ny związek, itp., itd. Z jed­nej stro­ny, mógłbym się na śmierć te­go ty­pu for­mułami za­ki­wać, nic by one nie mówiły, nic by z nich nie wy­ni­kało, z dru­giej – te­go ro­dza­ju na­pu­szo­na ogólni­ko­wość pa­su­je tu jak ulał.
Mało było w tej hi­sto­rii po­tocz­nych ka­te­go­rii, mało – po­wie­działbym – re­ali­zmu, co nie zna­czy, że były wi­zje i po­ezje. Była cho­ro­ba psy­chicz­na kie­dyś mrocz­na, bo mrocz­na, ale nie­mal świętość, dziś, sam nie wiem? – po­spo­li­tość? ba­nał? – świętość ra­czej nie. Było ciężkie świ­ro­wa­nie i było prze­biegłe (prze­bie­gle wa­riac­kie, a więc w je­go ab­so­lut­nie cho­rej lo­gi­ce całko­wi­cie i w każdym ogni­wie nie­pod­ważal­ne) uda­wa­nie zdro­wia.
„Nie­tz­sche i Do­sto­jew­ski – po­wia­da Szes­tow w Apo­te­ozie nie­za­ko­rze­nie­nia – wy­dają się ty­po­wy­mi «od­wrot­ny­mi sy­mu­lan­ta­mi», jeśli można się tak wy­ra­zić. Uda­wa­li, że są psy­chicz­nie zdro­wi, mi­mo że by­li psy­chicz­nie cho­rzy. Do­brze wie­dzie­li, że są cho­rzy, ale ujaw­nia­li cho­robę tyl­ko w ta­kim za­kre­sie, w ja­kim dzi­wac­two ucho­dzi jesz­cze za ory­gi­nal­ność. Z wrażli­wością cha­rak­te­ry­styczną dla wszyst­kich, którzy znaj­dują się w ciągłym nie­bez­pie­czeństwie, ni­g­dy nie prze­kra­cza­li pew­nej gra­ni­cy. Nóż gi­lo­ty­ny opi­nii pu­blicz­nej za­wsze wi­siał nad ni­mi: wy­star­czyłoby tyl­ko niezręcznym ru­chem po­ciągnąć za sznu­rek i eg­ze­ku­cja do­ko­nałaby się sa­mo­czyn­nie. Ale po­tra­fi­li po­wstrzy­mać się przed zbędnym ru­chem”.
Po­wie­dzieć, że M. była „od­wrotną sy­mu­lantką”, to nic nie po­wie­dzieć, uda­wała psy­chicz­nie zdrową i było to uda­wa­nie tym wia­ry­god­niej­sze, że nie ukry­wała cho­ro­by psy­chicz­nej, z której nie tak daw­no, ale rze­ko­mo całko­wi­cie wy­zdro­wiała. Opo­wia­dała o swym sza­leństwie tak swo­bod­nie, tak po­god­nie i tak prze­ko­nująco, że nie było wątpli­wości: przeszła przez to i wyszła z te­go. Nie po­zor­nie, nie rze­ko­mo, ale w sen­sie ścisłym. Nie­po­dob­na było jej nie wie­rzyć. Wte­dy gdy trze­ba, była pełna dy­stan­su, wte­dy gdy trze­ba, nie taiła dra­stycz­nych szczegółów, wte­dy gdy trze­ba, była bli­ska płaczu. Miała cha­ryzmę Freu­da, Jun­ga, From­ma ra­zem wziętych; była wzor­cem równo­wa­gi – czułem się przy niej roz­dy­go­ta­nym hi­ste­ry­kiem, młod­sza o przeszło trzy­dzieści lat – czułem się przy niej smar­ka­tym dup­kiem.
Weźmy sy­tu­ację ele­men­tarną: wy­obraźcie so­bie, że ma­cie w ro­dzi­nie wa­ria­ta, wa­riat jest nie­groźny, ale cho­ro­ba postępu­je, wa­riat sta­je się co­raz przy­krzej­szy, groźniej­szy, nie­bez­piecz­niej­szy, w końcu następu­je wy­buch, wa­riat ata­ku­je, de­mo­lu­je dom, ko­goś ra­ni, może na­wet za­bi­ja, sam próbu­je się za­bić, pra­wie mu się uda­je, po­go­to­wie przy­jeżdża w ostat­niej chwi­li. Wa­riat zo­sta­je za­mknięty w do­mu wa­riatów, in­ten­syw­ne le­cze­nie trwa naj­mniej parę ty­go­dni, nie­ste­ty, na­wet jak trwa parę mie­sięcy, jest to bez zna­cze­nia, wszyst­ko, co do­bre, kończy się błyska­wicz­nie. Ogłuszo­ny psy­cho­tro­pa­mi, le­d­wo łażący, milczący, toczący wkoło błędnym spoj­rze­niem, rze­ko­mo wy­le­czo­ny wa­riat wra­ca do do­mu.
Pod zna­kiem cze­go płynie te­raz wa­sze życie? Oczy­wiście pod zna­kiem lęku przed na­wro­tem szału wa­ria­ta; każde słowo, zwłasz­cza każde je­go dziw­ne słowo, a pra­wie wszyst­kie je­go słowa są te­raz dziw­ne, każdy je­go nie­ty­po­wy gest, każdy je­go nie­ostrożny ruch zdają się za­po­wia­dać nawrót; pierw­szy po­byt w do­mu wa­riatów jest za­po­wie­dzią po­bytów następnych, ko­lej­ne ata­ki, de­mol­ki, mniej lub bar­dziej uda­ne sa­mobóje to tyl­ko kwe­stia cza­su.
M. dała radę odwrócić wszyst­ko. Gdy po ośmio­ty­go­dnio­wym po­by­cie w wia­do­mej kli­ni­ce wróciła do do­mu, na­tych­miast wszy­scy uwie­rzy­li: atak był na wskroś jed­no­ra­zo­wy, w za­sa­dzie nie był to atak, tyl­ko zbieg nie­for­tun­nych oko­licz­ności, w każdym ra­zie żad­nych, ale to żad­nych na­wrotów nie będzie, jest całko­wi­cie, ale to całko­wi­cie wy­le­czo­na. Pra­wie uda­na – po­go­to­wie przy­je­chało dosłownie w ostat­niej chwi­li – próba wy­krwa­wie­nia się drogą roz­ha­ra­ta­nia szkłem wszel­kich możli­wych żył jęła, z go­dzi­ny na go­dzinę, z dnia na dzień, sta­wać się gwa­rancją ab­so­lut­nej nor­mal­ności. Roz­ma­ite rze­czy mogą się jesz­cze w życiu zda­rzyć, ale sa­mobójstwo? Śmie­chu war­te! Co jak co, ale nie to! Tam­to? Tam­to było tak dziw­ne, że w za­sa­dzie nie można go li­czyć… Pi­wo! Tra­wa! Pro­chy! Bu­tel­ka się roz­biła, szkło zbie­rałam, ska­le­czyłam się, to praw­da – głębo­ko, ale ja­kie sa­mobójstwo! Jak­bym chciała, na­wet po al­ko­ho­lu bym tra­fiła! Z udo­wej tętni­cy ju­cha do mied­ni­cy! Przez dziurę w udzie du­sza nie pójdzie! Ze szpi­ta­la po­win­ni mnie następne­go dnia ra­no wy­pi­sać! Nic mi nie było! Ale jak to mówią: ty­le w kim mądrości, ile cier­pli­wości. Wy­trzy­małam, po­sie­działam i nie żałuję. Nie­jed­no wi­działam.
Jak słowo daję: za­zdrości­liśmy jej nor­mal­ności. Było ja­sne, że jest nie tyl­ko naj­nor­mal­niej­sza z nas, ale i naj­nor­mal­niej­sza pod słońcem! Ja­ki nawrót? Kto jak kto, ale M. nie zwa­riu­je ni­g­dy. Jest to ab­so­lut­nie ja­sne. I było to ab­so­lut­nie ja­sne. Póki nie nastąpił nawrót, póki doszczętnie nie zwa­rio­wała i póki na schi­zo­fre­nię – z głodu, całko­wi­cie ode­rwa­na od świa­ta, upa­pra­na własny­mi od­cho­da­mi – nie zmarła. No cóż, i Nie­tz­sche, i Do­sto­jew­ski mie­li ciężką śmierć. Ale nie aż tak ciężką. I pod tym względem była lep­sza. Jej cier­pie­nie? Na ra­zie nie je­stem w sta­nie po­ru­szyć te­go kon­tro­wer­syj­ne­go te­ma­tu.

Jerzy Pilch, Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.