Utrata

O czym więc mówi literatura? Jak to o czym? O utracie. O utracie świata, który był lub który jest, o utracie zdolności wypowiedzenia doświadczenia, jakiekolwiek by ono było (wspaniałe lub koszmarne, wzniosłe lub tragiczne), o utracie bliskich i dalekich, o utracie samej siebie. Literatura celebruje utratę, bo nie może inaczej: świat zdaje się nie mieścić w słowach, umarli przychodzą tylko dzięki naszym zaklęciom, to, co było, nigdy nie wróci w takiej postaci, jaką byśmy sobie wymarzyli. Teraźniejszość przemienia się w przeszłość przy akompaniamencie rozpadających się rzeczy, anioł przyszłości pozostawia za sobą piętrzące się rumowiska, wieczny powrót raz jeszcze okazuje się pocieszeniem człowieka cierpiącego na migrenę, a niegdysiejsze śniegi trwają tylko w cytacie. Gdy tylko słowa wypadną z ust lub skamienieją w publicznej przestrzeni, wokół nas wybucha niemilknący lament i zaczyna się, w każdym momencie, nieunikniona praca żałoby. Nigdy nie da się wypowiedzieć tego, co się kocha, nigdy znaki nie nałożą się na rzeczy, trupy nie przemówią, a rzeczy umilkną na zawsze. Literatura to zaklinanie nieobecności, niepotrzebne w momencie, gdy wszystko jest jak trzeba, gdy słowa są krępujące i wstydliwe, gdy świat przemawia w zrozumiałym języku. Gdy jednak maszyneria świata zaczyna rdzewieć, gdy spada na nas szklany klosz milczenia, gdy mowa świata domaga się tłumaczenia – wtedy zjawia się literatura: niepostrzeżenie, bezszelestnie, na łapkach kota.

Michał Paweł Markowski, Pragnienie nieobecności, [w:] Idem, Kiwka, Kraków Budapeszt 2015,  ss. 37-38.

Markowskiego deklinacja Bieńczyka

Marek Bieńczyk "Książka twarzy" - okładka

Bieńczyk? Czytałem, recenzowałem, naśladowałem, krytykowałem, chwaliłem Marka Bieńczyka przez ostatnie 15 lat. Przypatrywałem się Bieńczykowi, jak gotuje swoje risotto, jak podnosi pod światło kieliszek pommerola, jak tańczy w sobie tylko znanym rytmie, jak na Manhattanie wpatruje się zahipnotyzowany w czerwoną suknię w barze, jak w Paryżu rozmawia ze swoim winiarzem, jak w Rasinari udaje Ciorana, jak w Warszawie czule obejmuje swoją żonę.

Widzę Bieńczyka, jak się zapada w siebie, jak mu się oczy śmieją za okularami, jak się stara, żeby nie popaść w patos, jak stara się wyśliznąć stereotypom i nudnym ludziom. Grałem z Bieńczykiem w ping-ponga (bez sukcesu), piłkę nożną (z sukcesem), tenisa (bez sukcesu), nie grałem na szczęście w karty, bo oszukuje. Tyle rzeczy z nim robiłem (i na tyle się jeszcze umawiamy), a teraz mam o Bieńczyku coś sensownego pisać, jak dostał Nike, która mu się od lat, temu Flauberowi polskiej literatury, należała? Bieńczyk, niedoczekanie twoje!

Michał Paweł Markowski, 7 przypadków Marka Bieńczyka, “Tygodnik Powszechny” 42/2012, s. 50.