Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami

Myślę często o własnej śmierci i próbuję cierpliwie, precyzyjnie, wręcz z pewną drobiazgowością, ustalić jej dokładny kolor, określić precyzyjnie sposób, w jaki się “odbędzie”, i wyobrażam sobie z łatwością więcej obrazów: różne rodzaje bólu lub zapadania w stan nieprzytomności. Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami, niezdolny już do zamknięcia ich i niezdolny do wciągnięcia w płuca ostatniego łyku powietrza, jak gdyby powietrzna masa zatrzymała się tuż przed otwartą buzią i jej przeniknięcie dalej nie było możliwe (powiedziałbym, że powietrze zabrnęło w ślepy zaułek albo osiągnęło swój kres). Oto i wizja mieszaniny barw, świateł i dźwięków, tracących coraz mocniej wyrazistość, pośród których spadam ciągle aż do momentu, kiedy mógłbym z łatwością powiedzieć, że nastała zupełna ciemność, ale jednocześnie zdarzyło się coś wyraźniejszego i gęstszego niż ciemność, niż wszelki brak wrażeń, który można by określić słowami: coś ostatecznego, nieprzeniknionego, nieodwracalnego – zwłaszcza nieodwracalnego – w którego treści nie jestem już zawarty, a co jednak zawiera mnie radykalnie, istotnie, po najciemniejsze głębie (które, w zasadzie, gdyby mogły zostać porównane do tego stanu nieistnienia, byłyby jeszcze światłami) i wyrywa mnie z istnienia, tak jak zdarzyło się ze mną, gdy wziąłem wdech chloroformu na stole operacyjnym.

Cóż, niezależnie od tego jaki byłby mój własny “sposób” i ból albo nieświadomość mojej śmierci, wszystko wokół mnie nadal pozostanie nieruchome w dokładnie zdefiniowanych kształtach i objętościach i może gdzieś na ulicy w tym momencie przystanie jakiś człowiek, wyjmie z kieszeni pudełko zapałek i zapali papierosa.

Oto dlaczego nic nie rozumiem z tego, co dzieje się wokół mnie, i dalej “spadam” w życiu pośród zdarzeń i scenerii, pośród chwil i ludzi, kolorów i muzyki, coraz szybciej, sekunda po sekundzie, coraz głębiej, bez sensu, jak w studni ze ścianami wymalowanymi w zjawiska i w figury ludzi, w której moje “spadanie” jest tylko zwykłym przejściem i zwykłą trajektorią w próżni, stanowiąc jednak coś, co w dziwny i bezzasadny sposób można by nazwać “przeżywaniem własnego życia”…

Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018 s. 29-30.

Zimno, ciepło, dotyk

image

Wiesz, co to jest w medycynie “zabliźniona tkanka”? To ta sina i pomarszczona skóra, która tworzy się na zagojonej ranie. To prawie normalna skóra, tyle że niewrażliwa na zimno, na ciepło i na dotyk…
Zamilkła na kilka sekund. Słychać było tylko gwizd czajnika dobiegający przez otwarte drzwi z pokoju guwernantki. Następnie podjęła szeptem:
– Widzisz, serca nas, chorych, tyle już otrzymały w życiu ciosów nożem, że stały się taką właśnie zabliźnioną tkanką… Niewrażliwą na zimno… na ciepło… i na ból… Niewrażliwą, siną, stwardniałą…
Wszystko to powiedziała z uśmiechem najgłębszego wewnętrznego spokoju.

Max Blecher, Zabliźnione serca, tłum. Tomasz Klimkowski, Warszawa 2014, s. 127.

Powieść Maxa Blechera traktuje o chorobie i jest w tym do bólu szczera. Bezlitośnie opisane jest tchórzostwo głównego bohatera – młodego studenta Emanuela, który świadomie wykorzystuje oddane mu osoby i którego cierpienie prowadzi do całkowitego egocentryzmu. Opisuje także innych pacjentów sanatorium w Berck, wśród których każdy ma swój sposób na radzenie sobie z chorobą – obojętnie czy jest to seks, alkohol czy odwoływanie się do przesądów. Autor oparł fabułę powieści na własnych doświadczeniach i życiu w bólu i chorobie. 

Zabliźnione serca można czytać także jako brutalny rewers Czarodziejskiej Góry Tomasza Manna napisany za pomocą naturalistycznej, ale subtelnie poetyckiej metody, która przywodzi na myśl Głód Knuta Hamsuna.

Max Blecher (1909-1938) – rumuński pisarz narodowości żydowskiej. Kojarzony z surrealizmem, awangardą i modernizmem. Krótko po jego wyjeździe do Paryża, gdzie miał studiować medycynę, zdiagnozowano u niego gruźlicę kości kręgosłupa, która przykuła go do łóżka na okres ostatnich dziesięciu lat życia i sprawiła, że został stałym bywalcem kliku europejskich sanatoriów. Zmarł w wieku 28 lat, pozostawiając po sobie dwie powieści, tom poezji, dziennik oraz korespondencję, którą prowadził między innymi z André Bretonem, Martinem Heideggerem czy André Gide’m.

Kilka dni po pogrzebie dziadka Paul Weber ożenił się.
Paul był trochę zmęczony na weselu, ale zachował uśmiech; uśmiech smutny i wymuszony, w którym znajdował się początek poświęcenia.
W sztywnym kołnierzu, rozpiętym z przodu, jego golutka i czerwona szyja poruszała się dziwnie; jego spodnie wydawały się dłuższe i cieńsze niż zwykle; ogon fraka zwisał groteskowo jak u klowna. Paul skupił w sobie całą przytłaczającą śmieszność ceremonii. Ja przedstawiałem bardziej tajemniczą i intymną stronę tej śmieszności. Byłem małym klownem nie rzucającym się w oczy.
W głębi zaciemnionego salonu panna młoda oczekiwała w swoim fotelu na podium. Biały welon zasłaniał jej twarz i tylko gdy podniosła go, odwracając się spod baldachimu, zobaczyłem Eddę po raz pierwszy…
Stoły dla gości ciągnęły się, białe, na podwórzu w jednej linii; u bramy zebrali się wszyscy włóczędzy z miasta; niebo miało niezdecydowany kolor żółtej gliny; blade panny w sukniach z niebieskiego i różowego jedwabiu rozdawały małe srebrzyste cukierki. To było wesele. Muzykanci brzdąkali starego i smutnego walca; od czasu do czasu jego rytm nabrzmiewał, narastał i zdawał się żywszy, potem melodia cichła na nowo, coraz bardziej, aż pozostawał po niej tylko metaliczny wątek samotnego fletu.
Strasznie długi dzień; jeden dzień to zbyt długo na wesele. Nikt nie zachodził na tyły podwórka, tam znajdowały się stajnie hotelu i wzgórek, z którego patrzyłem w dal, podczas gdy wokół mnie kilka kur zbierało w trawie ziarna, a ze strony podwórza dochodził powiew smutnego walca splatającego się ze świeżym zapachem wilgotnego siana w stodole. Widziałem stamtąd Paula, jak robił coś nadzwyczajnego: rozmawiał z Ozym i zapewne opowiadał mu jakąś zabawną historię, może anegdotę, bo kaleka zaczął się śmiać, siniejąc, niemal dusząc się pod wybrzuszonym plastronem wykrochmalonej koszuli.
W końcu nastała noc. Kilka drzew z podwórza pogrążyło się w mroku, żłobiąc w ciemności tajemniczy i niewidzialny park.
W słabo oświetlonej sali panna młoda siedziała stale na podium obok Paula, pochylając w jego stronę głowę, gdy mówiła mu coś szeptem, i zostawiając miękkie ramię jego palcom, które głaskały je wzdłuż białej rękawiczki.
Na stół wniesiono kilka tortów. Zwłaszcza jeden był monumentalny jak zamek, wsparty blankami i tysiącami przypór różowego kremu. Pokrywające go płatki cukrowych kwiatów połyskiwały oleiście i matowo. Nóż został wbity w sam środek i róża zaskrzypiała delikatnie pod ostrzem, krusząc się jak szkło na kilkadziesiąt odłamków. Starsze panie przechadzały się majestatycznie w swych aksamitnych sukniach, niezliczonej biżuterii na piersi i na palcach, przesuwając się powoli i uroczyście jak małe ołtarze obwoźnych kościołów, pełne zdobień.
Powoli salon zachodził mgłą i wszystko, co widziałem, stawało się bardziej niewyraźne i bardziej absurdalne… Zasnąłem, oglądając swoje czerwone i gorące ręce.

Pokój, w którym się obudziłem, pachniał skwaśniałym dymem. W lustrze przede mną okno odbijało świt, który pojawiał się niczym doskonały kwadrat błękitnego jedwabiu, Leżałem na łóżku pełnym porozrzucanych poduszek. Drobny hałas szumiał mi w uszach jak we wnętrzu muszelki; w pokoju unosił się jeszcze warstwami cienki dym.
Spróbowałem wstać i moja ręka wpadła w drewniane rzeźbienia łóżka; były takie, które wypełniały mi palce, i inne, które oddalały się od łóżka, rosnąc w rozmytym świetle pomieszczenia i wbijając się w tysiące blanek, otworów i koronkowych pleśni. W kilka chwil pomieszczenie wypełniło się niematerialnie różnego rodzaju wolutami, przez które musiałem przejść aż do drzwi, odpychając je od siebie i torując sobie miejsce pośród nich. Stale szumiało mi w głowie, a wszystkie jaskinie powietrza powtarzały, zdaje się, ten szmer. W korytarzu białe światło obmyło mi chłodem policzki i ocknąłem się na dobre. Spotkałem jakiegoś pana w długiej koszuli nocnej, który spojrzał na mnie bardzo zagniewany, jakby czynił mi wyrzut, że jestem w ubraniu tak wczesnym rankiem.
Dalej nie było już nikogo. W głębi podwórza pozostały stoły dla gości z odkrytymi sosnowymi deskami. Świt był ponury i zimny. Wiatr roznosił po opustoszałym podwórzu kolorowe papierki po cukierkach. Jak trzymała głowę panna młoda? Jak wsparła ją na ramieniu Paula? W niektórych gabinetach figur woskowych kobieta z wosku miała mechanizm, który sprawiał, że opierała głowę na jednej stronie i zamykała oczy.
Ulice miasta straciły wszelkie znaczenie; chłód przeszywał moje ubranie; byłem śpiący i było mi zimno. Gdy zamykałem oczy, wiatr nakładał mi chłodniejszą twarz na moje oblicze; pod powiekami czułem ją jak maskę, maskę mojej twarzy, w której wnętrzu było ciemno i zimno jak w prawdziwej masce z metalu. Który dom na mojej drodze musiał eksplodować? Który słup musiał się wygiąć jak gumowa laska, pokazując mi w ten sposób, że wykrzywiał się do mnie? Nigdzie w świecie, w żadnych okolicznościach nic się nigdy nie dzieje.
Kiedy dotarłem na plac, ludzie rozładowywali mięso do baraków rzeźników. Nosili w ramionach sino czerwone połówki bydła, wilgotne od krwi, wysokie i piękne jak jakieś martwe księżniczki. W powietrzu pachniało ciepło mięsem i moczem; rzeźnicy zawieszali każdą sztukę głową w dół, z czarnymi kulkowatymi spojrzeniami skierowanymi ku podłodze. Ciągnęły się teraz w rzędzie na tle białych porcelanowych ścian jak jakieś czerwone rzeźby wycięte w najróżniejszej i kruchej materii, z wodnistym, iryzującym odbiciem jedwabi i mętnej przezroczystości żelatyny. Na skraju otwartego brzucha zwisała koronka mięśni i ciężkie sznury korali z tłuszczu. Rzeźnicy wkładali do środka swe czerwone ręce i wyciągali cenne podroby, które układali na stole: przedmoty z ciała i krwi, okrągłe, płaskie, elastyczne i ciepłe.
Świeże mięso lśniło, aksamitne jak płatki monstrualnych hipertroficznych róż. Świt stał się niebieski jak stał; zimny poranek pobrzmiewał głębokim dźwiękiem organów.
Konie przy wozach spoglądały na ludzi swoimi wiecznie załzawionymi oczami: klacz puściła po bruku gorącą strugę uryny. W kałuży, miejscami spienionej, miejscami przejrzystej, odbijało się głębokie i czarne niebo.
Wszystko stało się odległe i przygnębiające. Był ranek; ludzie rozładowywali mięso; wiatr przenikał pod moje ubranie; drżałem z zimna i niewyspania; na jakim świecie żyłem?
Zacząłem biec jak oszalały po ulicach. Słońce ukazało sie ponownie czerwone na skraju dachów. W ulicach z wysokimi domami panowała jeszcze ciemność i tylko na skrzyżowaniu ulic światło tryskało, połyskujące, jak przez otwarte drzwi wzdłuż opuszczonych korytarzy.
Przeszedłem pod domem Weberów; ciężkie okiennice na pietrze były zamknięte; wszystko było opustoszałe i smutne; wesele się skończyło

Max Blecher, Zdarzenia w bliskiej nierzeczywistości, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Sejny 2013, s. 67-70.