Frances za jednym zamachem ustanowiła swój własny świat

W wieku szesnastu lat Frances zmieniła się. Zaczęła spełniać pokładane w niej nadzieje. Nagle, jakby w ciągu jednego dnia, niczym liście pojawiające się na nagich gałęziach, uzyskała zdolność panowania nad sobą. Obudziła się z nią pewnego rana, została nią obdarzona. Jej piersi nabrały nowych kształtów, stopy powiększyły się trochę. Twarz miała spokojną i nieodgadnioną.

Matkę i córkę łączyła serdeczna więź. Nedra traktowała ją jak kobietę. Często ze sobą rozmawiały.

– Świat się zmienia, powiedziała jej matka.

– Nie chodzi mi o zmiany w modzie – dodała. – To nie są prawdziwe zmiany. Mam na myśli zmiany w sposobie życia.

– Na przykład?

– Chyba nie potrafię go podać. Sama to poczujesz. Zrozumiesz znacznie więcej, niż ja rozumiem. Prawdę powiedziawszy, jestem ignorantką, ale umiem wyczuć, co w trawie piszczy.

W rodzinach panuje zwykle serdeczność, rzadko jednak pojawia się koleżeństwo. Nedra bardzo lubiła rozmawiać ze starszą córką, a także o niej. Czuła, że Frances jest kobietą, którą ona sama się stała – w takim sensie, w jakim teraźniejszość zastępuje przeszłość. Pragnęła dzięki córce odkrywać życie, delektować się nim po raz drugi.

Pewnego wakacyjnego wieczoru u Dany odbyło się przyjęcie. U Dany, której twarz miała już osobliwy żałobny wyraz, wyraz złości niemalże, ale – jak mawiała Nedra – ostatecznie czego można oczekiwać, skoro ojciec był moczymordą, a matka idiotką. Tego samego wieczoru Nedra czytała biografię Kandinsky’ego – grubą, pięknie wydaną na gładkim papierze. Widziała jego obrazy na wystawie w Muzeum Guggenheima, przez pewien czas była nimi zauroczona. W ciszy zmierzchu, gdy wszystko zostało już zrobione, otworzyła Wreszcie książkę. Przeczytała, że Kandinsky późno zajął się malarstwem; miał wówczas trzydzieści dwa lata.

Zadzwoniła do Eve.

– Bardzo mi się podoba ta książka – powiedziała.

– Wyglądała nieźle.

– Właśnie zaczęłam ją czytać. Na początku pierwszej wojny światowej Kandinsky mieszkał w Monachium. Potem wrócił do Rosji. Zostawił kobietę – ona również była malarką – z którą żył przez dziesięć lat. Widział się z nią ponownie tylko raz – wyobraź to sobie – na wystawie w dwudziestym siódmym roku.

Książka leżała na jej kolanach; nie czytała dalej. Siła niezbędna do zmiany własnego życia bierze się z lektury jednego akapitu, oderwanej uwagi. Słowa, które przenikają do naszej świadomości, są skąpe niczym motylice wątrobowe żyjące w wodach rzek i dostające się do ciał pływaków. Nedra była podekscytowana, pełna siły. Wydawało się, że odnalezione zdania pojawiły się, podobnie jak tyle innych rzeczy, w samą porę. Jak można sobie wyobrazić kształt naszego życia bez objawienia płynącego z biografii innych ludzi?

Nedra położyła otwartą książkę obok paru innych. Chciała pomyśleć, pozwolić, by książka na nią poczekała. Wróci do niej, przeczytają jeszcze raz, będzie się pławić w przepychu duchowej strawy.

Frances zjawiła się w domu o jedenastej. W chwili gdy zamknęły się za nią drzwi, Nedra wyczuła, że coś nie gra.

– O co chodzi?

– Co o co chodzi?

– Co się stało?

– Nic. To było straszne.

– Dlaczego?

Nagle córka się rozpłakała.

– Frances, o co chodzi?

ー Przyjrzyj mi się – powiedziała z płaczem. Miała na sobie kostium ozdobiony futrem na kołnierzu i rąbku spódnicy. – Wyglądam jak jakaś lalka ze sklepu z pamiątkami.

– Nieprawda.

– Wyszłam pierwsza – dodała z rozpaczą.  – Wszyscy pytali, dokąd idę.

— Nie musiałaś wracać do domu tak wcześnie.

– Owszem, musiałam.

Nedra była przerażona.

Co się stało? Czy prywatka była nieodpowiednia?

– Była taka, jak trzeba. To ja byłam nieodpowiednia.

– A co mieli na sobie pozostali?

– Zawsze się domagasz, bym była inna! – wybuchła Frances. – Zawsze noszę inne rzeczy, nie mogę pójść tu, nie mogę pójść tam. Nie chcę, by dalej tak było. Chcę być taka jak wszyscy! – Łzy spływały jej po policzkach. – Nie chcę być taka jak ty.

Frances za jednym zamachem ustanowiła swój własny świat.

Nedra milczała. Była oszołomiona. Nagle zrozumiała, że to początek czegoś, co nigdy nie miało się wydarzyć. Położyła się spać zaniepokojona, rozdarta między gwałtownym pragnieniem pójścia do sypialni córki a obawą przed tym, co usłyszy.

(…)

Pory roku stały się schronieniem Nedry, jej szatami. Naginała się do nich, była niczym ziemia, dojrzewała wiosną, latem usychała, zimą otulała się długim kożuchem. Mogła tracić czas, gotowała, układała kwiaty, obserwowała, jak pewien młody mężczyzna robi wrażenie na jej córce.

Miał na imię Mark. Wykonywał piękne rysunki ciągłą kreską bez światłocienia, bez skazy, niczym akwaforty z cyklu Vollarda. Mark był do nich podobny – szczupły, miał długie nogi i włosy w kolorze spłowiałego brązu. Przychodził po południu, godzinami przesiadywali w jej zamkniętym pokoju, czasem zostawał na kolację.

– Lubię go – stwierdziła Nedra. – Nie jest nieopierzony.

Frances zajrzała do słownika wyrazów bliskoznacznych.

– Ona cię lubi. Mówi, że nie jesteś żółtodziobem.

– Czym?

– No, takim smarkatym ptakiem.

We Frances Mark był zakochany, do Nedry zaś odnosił się z rewerencją. Ich świat oddziaływał nań tajemniczo. Był żywszy, miał w sobie więcej namiętności niż inne światy. Przebywanie z nimi przypominało rejs łodzią. Płynęły własnym kursem, wymyślały swoje życie.

Spotkali się we troje w Russian Tea Room. Szef sali znał Nedrę; dostali miejsca w jej ulubionym boksie koło baru. Kiedyś w pobliżu siedział sam Nuriejew.

– Przy tamtym stoliku – wyjaśniła Nedra.
– Sam?
– Nie. Widziałeś go kiedyś? To najpiękniejszy mężczyzna pod słońcem. Wprost niewiarygodnie piękny. Kiedy wychodził, podszedł do lustra, zapiął guziki płaszcza i związał pasek. Kelnerki przyglądały mu się pełne uwielbienia, jak uczennice.
– On pochodzi z małego miasteczka, prawda? – zapytała Frances. – Rodzice wiedzieli, że jest bardzo utalentowany, i uważali, że powinien uczyć się w Moskwie, ale nie stać go było na podróż pociągiem. Dopiero po sześciu latach mógł kupić sobie bilet.
– Nie wiem, czy to prawda, ale pasuje do niego – odparła Nedra. – Mark, ile ty masz lat?
– Dziewiętnaście.

    Wiedziała, co to oznacza, co w nim płonie, jakich odkryć drzemią w nim nakazy. W ramach szkolnej wymiany przez rok przebywał w Europie i wzbudził we Frances pragnienie, żeby też tam pojechać. Wyobraźcie sobie osiemnastoletniego chłopaka lądującego w Southampton. Spojrzał na mapę i zauważył, że niedaleko leży Salisbury. Nagle przypomniał mu się obraz miejscowej katedry pędzla Constable’a, obraz, który znał i podziwiał, i oto na mapie widniała nazwa tego miasta. Mark był zakłopotany tym zbiegiem okoliczności, jak gdyby jedno słowo, które znał w obcym języku, przyniosło mu powodzenie. Wsiadł do pociągu, miał do dyspozycji cały przedział, zachwycał się krajobrazem, był sam, podróżował po świecie. I wtedy po drugiej stronie doliny ukazała się katedra. Zbliżał się wieczór, padały na nią promienie słońca. Wzruszył się tak głęboko, że aż klaskał w dłonie.

    Przyjechał Viri. Usiadł. Wyglądał wytwornie; w tym pokoju, o tej porze sprawiał wrażenie człowieka w wieku, w którym pragniemy być, wieku ogłady, akceptacji, w wieku, którego nigdy nie osiągamy. Widział przed sobą żonę i dwoje młodych ludzi. Nagle zrozumiał, że Frances z całą pewnością jest kobietą. Przegapił jakoś moment, w którym się nią stała, ale ten fakt był dla niego oczywisty. Prawdziwa twarz Frances wyłoniła się z dawnego dziewczęcego miłego oblicza i w ciągu godziny stała się bardziej namiętna, śmiertelna. Viri lękał się tej twarzy. Słyszał, jak córka skwapliwie potwierdza opinie Marka, lata jej dzieciństwa zniknęły na jego oczach. Niebawem obnaży się przed swym chłopcem, zamieszka w Meksyku, odkryje smak życia.

    – Nie chcesz drinka? – zapytała Nedra.
    – Drinka? Owszem, a co wy pijecie?
    – Nazywa się „białe noce”.
    – Daj skosztować. Co zawiera?
    – Wódkę i pernod.
    – To wszystko?
    – I dużo lodu.
    – Nie zgadniecie, kto wsiadł do windy, gdy zjeżdżałem dzisiaj na dół: Philip Johnson.
    – Naprawdę?
    – Wyglądał fantastycznie. Powiedziałem mu „dzień dobry”. Miał wspaniały kapelusz.

      Mark zapytał:

      – Czy ten Philip Johnson jest…
      – Architektem.
      – Dlaczego nosił kapelusz? – zapytała Frances.
      – No cóż. A dlaczego kogut nosi pióra?
      – Jesteś tak samo utalentowany jak on – zauważyła Nedra.
      – On nie wydawał się tym zmartwiony.
      – Kupię ci cudowny kapelusz.
      – Kapelusz zbytnio nie pomoże.
      – Duży szary kapelusz z weluru. Taki, jakie noszą alfonsi.
      – Chyba opisałem ci to w niewłaściwy sposób.
      – Skoro Philip Johnson ma kapelusz, ty też możesz mieć.
      – To mi przypomina dowcip o aktorze, który padł martwy na scenie – stwierdził Viri. – Znacie tę historię? – Odwrócił się do Marka. Chodziło o jeden z dowcipów Arnauda, pikantny i niewybredny. – Zdarzyło się to w żydowskim teatrze. Facet grał chyba Makbeta.
      – Kurtyna opadła, ale wszyscy widzieli, że coś jest nie tak – wtrąciła Nedra. – W końcu dyrektor teatru wyszedł do publiczności i powiedział, że stała się rzecz straszna, okropna, Makbet nie żyje.
      – Ale jakaś kobieta w loży woła: „Dajcie mu rosołu! Dajcie mu trochę rosołu!” Dyrektor stoi obok zwłok i w końcu odpowiada: „Nie rozumie pani. On nie żyje! Rosół nie może mu już pomóc!” A ona na to: „Zaszkodzić tesz nie mosze”.

        Opowiedzieli ten dowcip razem z taką czułością, z jaką kiedyś zaczęli wspólne życie. Nikt nie znał Nedry tak dobrze jak Viri. Byli właścicielami ogromnej, nie uporządkowanej masy towaru: razem stawili wszystkiemu czoło. Gdy Viri rozbierał się przed snem, wyglądał jak dyplomata lub sędzia. Białe miękkie i słabe ciało wyłaniało się z ubrania, znamiona jego pozycji w świecie leżały zmięte na podłodze; Viri był łagodny, sfrancuział, w jego uśmiechu kryła się odrobina melancholii.

        Zapiął pidżamę i uczesał włosy.

        – Pochwalasz jej wybór? – zapytała Nedra.
        – Chodzi o Marka?
        – Jestem pewna, że już się kochali.

          Spokój, z jakim to powiedziała, ubódł Viriego.

          – Skąd ta pewność?
          – A ty byś tego nie zrobił? – zapytała Nedra i po chwili sama odpowiedziała: – No cóż, może i nie.
          – Myślę, że jest bardzo ważne, by wiedziała, co ma robić.
          – Och, Frances wie. Dałam jej wszystko, czego może potrzebować.
          – Co masz na myśli? Pigułki?
          – Nie chciała zażywać pigułek – odparła Nedra.
          – Rozumiem.
          – Przyznałam jej rację. Nie chciała się faszerować chemikaliami.

            Nagle myśli Viriego pobiegły ku córce. Była niedaleko, w swojej sypialni; cicho grająca muzyka, starannie powieszone sukienki. Myślał o jej niewinności, o hojności życia, jak gdyby ta sytuacja go zaskoczyła niczym nagła, nadchodząca po cichu fala, która ochlapuje spacerowicza na plaży, mocząc mu spodnie i włosy. A jednak teraz, po uderzeniu tej fali, ogarnęło go poczucie akceptacji, a nawet zadowolenia. Został dotknięty przez morze, ów najwspanialszy z ziemskich żywiołów, tak jak człowiek zostaje dotknięty ręką Boga. Już nie musiał się bać takich rzeczy.

            Tej nocy śnił o morskim brzegu srebrzystym od wiatru. Przyszła do niego Kaya. Znajdowali się w ogromnym pokoju, sami, za drzwiami odbywało się jakieś zebranie. Nie miał pojęcia, w jaki sposób ją przekonał, ale powiedziała: „Zgoda”. Zrzuciła ubranie. „Ale wieczorem też to lubię”.

            Jej biodra były takie prawdziwe, takie olśniewające, że gdy obok przeszła jego matka, udając, że nic nie widzi, prawie nie czuł wstydu. Powie Nedrze, nie powie, nie mógł tego rozstrzygnąć, starał się tym nie przejmować. Potem zgubił tę promieniejącą kobietę w tłumie koło teatru. Zniknęła. Puste pokoje, korytarze, w których stali dawni koledzy szkolni, zajęci rozmową. Viri minął ich, wyraźnie samotny.

            Rano przyglądał się Frances uważniej, ukradkiem, próbując być naturalny. Niczego nie dostrzegł. Sprawiała wrażenie nie zmienionej, a jeżeli w ogóle się zmieniła, to na czulszą, bardziej zestrojoną z dniem, powietrzem, niewidocznymi gwiazdami.

            – Jak idzie w szkole? – zapytał.
            – Och, uwielbiam szkołę – odparła Frances. – Ten rok jest najlepszy.
            – To dobrze. Co najbardziej lubisz?
            – Cóż, ze wszystkiego…
            – Tak?
            – Biologię. – Frances, starannie ubrana i pogodna, stukała w czubek jajka na miękko.
            – A oprócz niej?
            – Nie wiem. Chyba francuski.
            – Francja. Czy nie byłoby fajnie spędzić tam rok w college’u?
            – W Paryżu?
            – Paryżu, Grenoble. Jest wiele miejsc.
            – Tak. Cóż, nie jestem pewna, czy chcę iść do college’u.
            – Co przez to rozumiesz?
            – Tylko się nie denerwuj – poprosiła. – Chcę jedynie powiedzieć, że chętnie poszłabym do szkoły artystycznej lub czegoś takiego.
            – To prawda, że pięknie malujesz – przyznał Viri.
            – Jeszcze nie podjęłam decyzji. – Uśmiechnęła się jak matka, tajemniczo, pewnie. – Zobaczymy.
            – Czy Mark ma zamiar kontynuować naukę?
            – On także nie wie. To zależy.
            – Rozumiem.

              Głos Frances brzmiał tak rozsądnie.

              James Salter, Lata świetlne, tłum. Marek Fedyszak, Szwajcaria 2001, ss. 146-147, 158-162.

              Dziewczyna wyjęła z torebki karmelka

              Wrzesień. Wydaje się, że teświetlne dni nigdy się nie skończą. Miasto, które w sierpniu było prawie puste, teraz znowu się zapełnia. Restauracje i sklepy wznawiają działalność. Ludzie wracają ze wsi, znad morza, z podróży, jadą drogami zablokowanymi przez samochody. Na dworcu jest bardzo tłoczno. Nie brak tam dzieci, psów, rodzin ze starymi walizami związanymi paskiem. Przeciskam się przez tłum. Czuję się, jakbym był w tunelu. W końcu wychodzę na jasny quai pod dachem ze szklanych tafli, które zwiększają natężenie światła.

              Z każdej strony ciągnie się długi rząd wagonów, ciemnozielonych, z farbą ze starości pokrytą bąblami. Idę, odczytując numery, pierwsza klasa, druga. Przyjemnie jest widzieć wszystkie te tabliczki z wydrukowanymi liczbami. Zupełnie jakby się liczyło pieniądze. Z miłym uczuciem oddajemy się pod opiekę kierujących tymi wielkimi ospałymi pociągami, przez których czyste szyby gapią się ludzie wyczerpani i cisi jak inwalidzi. Trudno znaleźć pusty przezdiał, takich po prostu nie ma. Moje torby robią się ciężkie. W połowie peronu wsiadam do wagonu, idę korytarzem i w końcu odsuwam drzwi. Nikt nawet nie podnosi wzroku. Dźwigam bagaż na półkę i siadam w fotelu. Cisza. Jakbyśmy czekali na lekarza. Rozglądam się. Na ścianie wiszą fotografie, widoki z Bretanii i Prowansji. Naprzeciw mnie siedzi dziewczyna z fioletowymi znamionami na nodze. Stale rzucam na nie okiem. Mają kształt Wysp Normandzkich.

              Wreszcie pociąg rusza z cichym pomrukiem. Rozlega się metaliczny jęk, ostro trzaskają drzwi. Przyjemne wstrząsy na zwrotnicach. Niebo jest blade. W narożnym fotelu śpi jakiś Francuz. Niebieska marynarka, niebieskie spodnie. Stanowią części dwóch różnych garniturów. Odcienie nie pasują do siebie. Skarpetki mężczyzny są perłowoszare.

              Niebawem pędzimy aleją wyjazdową, obok przemykają domy przedmieść, zwyczajne ulice, mieszkania, ogrody, mury. Ukryte życie Francji, w które nie można wniknąć, życie z albumów fotograficznych: stryjkowie, imiona psów, które zdechły. Po dziesięciu minutach znika gęsty od budynków horyzont. Nie ma Paryża. Już czuję się wolny.

              Zielona, burżuazyjna Francja. Pędzimy z ogromną prędkością. Z krótkim bębniącym odgłosem pokonujemy mosty. Naszym oczom ukazuje się francuska wieś. Zmierzamy do miast, do których nikt nie jeździ. Widać długie odcinki w kolorze pszenicy, a potem płaskie zielone zagony – obojętne i żyzne. Budynki farm wzniesione są z kamienia. Mądrość pokoleń głosi, że ziemia to jedyne prawdziwe bogactwo; nikt nie kwestionuje tej wiedzy ani nie próbuje jej zmieniać. Otwarty teren, rowny niczym boisko. Stragany drzew.

              Dziewczyna ma też pieprzyki na twarzy, a jeden z jej palców jest zabandażowany. Próbuję sobie wyobrazić, gdzie ona pracuje – wybieram pâtisserie. Tak, widzę, jak stoi za szklanymi gablotkami z ciastem. Tak. Bez wątpienia. Buty ma czarne, nieco zakurzone. I bardzo, wręcz absurdalnie, spiczaste. Tanie pierścionki na palcach obu rąk. Ma na sobie czarny pulower i czarną spódnicę. Jest trochę ociężała. Marszczy jej się czoło, gdy czyta historie miłosne w „Echo Mode”. Odnoszę wrażenie, że jedziemy szybciej.

              Mkniemy przez miasta. Cesson, bezbarwna stacja ze starym zegarem. Rzeki z barkami. Z łoskotem przelatujemy przez jeszcze jedną miejscowość, ludzie na quai stoją nieruchomo jak krowy. Teraz tunele, w których czuć ucisk w uszach… Jak gdyby ktoś tasował ogromną talię obrazów. Potem nastąpi sztuczka. Proszę o ciszę. Pociąg zaczyna zwalniać, jakby okazywał posłuszeństwo. Dziewczyna naprzeciw mnie zasnęła. Ma wąskie usta, opuszczone w kącikach, obarczone gorzkim brzemieniem wiedzy. Jej twarz jest zwrócona do słońca. Ręka osuwa się w dół; dłoń spoczywa na brzuchu, który już nabrał rubensowskiego kształtu. Oczy otwierają się znienacka. Widzi mnie. Odwraca wzrok, patrzy w okno. Obie ręce ma teraz skrzyżowane na brzuchu. Jeszcze raz zamyka oczy. Przechylamy się na zakrętach.

              Kanały, bogate w odcienie jak jadeit, przesuwają się pod nami. Szerokie barki spoczywają na wodzie, która jest zielona od piany. Można by niemal pisać na jej powierzchni.

              Łąki ułożone w długie prostokątne wzory. Teraz ukazują się niezbyt wysokie wzgórza. Topole. Puste boiska piłkarskie. Montereau – jakiś chłopak na rowerze czekający koło stacji. Widać kościoły z wiatrowskazami. Strumyki z łodziami wiosłowymi przycumowanymi pod drzewami. Dziewczyna zaczyna szukać papierosów. Zauważam, że klamra przy jej torebce jest złamana. Jedziemy teraz równolegle do drogi, szybciej niż samochody, które wahają się i odpływają w bok. Razi mnie słońce. Zasypiam. Piękne kamienie murów i budynków farm przesuwają się za oknem nie widziane. Mijamy szachownicę pól uprawnych, to jasnych jak chleb, to znów ciemnych jak morze. Pociąg zwalnia i zaczyna się poruszać z miarowym, majestatycznym stukotem. Otwieram oczy. W oddali widzę trupią szarość katedry, błękitny zarys Sens. Na stacji, gdzie zatrzymujemy się na parę minut, podróżni przechodzą po spękanej nawierzchni quai, żwir chrzęści pod ich stopami. Jest jednak dziwnie cicho. Rozlegają się szepty i pokasływania niczym w antrakcie. Słyszę, jak ktoś rozdziera papier na paczce papierosów. Dziewczyny nie ma. Zebrała swoje rzeczy i wyszła. Dworzec w Sens leży na stoku i pociąg jest lekko nachylony. Podróżni gapią się leniwie z otwartych okien.

              Gdy zaczynamy powoli oddalać się od miasta, wzgórza zbliżają się i biegną obok nas. Otwarte okna domów wpuszczają ciepłe poranne powietrze. Siano jest ułożone w sterty w kształcie skrzyń, kojców i bochnów chleba. Nad nami niespodziewanie przepływa kościół. W jego murach widać szczeliny wystarczająco szerokie, by zagnieździły się w nich ptaki. Mam zamiar chodzić po tych wiejskich drogach, śladem tych połyskujących strumieni.

              Róż, umbra, beż i brąz – oto barwy francuskich miast. Są tam długie, pnące się w górę pastwiska z szeregami drzew. St. Julien du Sault – miejscowy hotel wydaje się pusty. Teraz kopy siana, wiązki. Wielkie kwadraty kukurydzy. Cezy – dworzec niczym dekoracja w sztuce, która zeszła z afisza. Piramidy siana, mansardowe dachy, barykady. Sady. Dzieci pracujące w ogródkach warzywnych. JOIGNY zostało wydrukowane na czerwono.

              Wjeżdżając do Laroche, przekraczamy małą rzekę Yonne. W miasteczku jest hotel z dachem sczerniałym ze starości. Kwiaty w okiennych skrzynkach. Zatrzymuje się jeszcze raz. Tutaj następuje przesiadka.

              Stajemy w milczeniu wokół wóźków na bagaże, które sprawiają wrażenie porzuconych. Ze straganu na kółkach ktoś sprzedaje kanapki i piwo. Ciężarna dziewczyna mija mnie, obrzucając spojrzeniem. Opalona twarz. Jasne oczy. Pogodna mina. Wydaje się, że ludzie, a zwłaszcza kobiety, znowu stali się prawdziwi. Zniknęły eleganckie stworzenia z miasta, ze wspaniałych traktów, z miejscowości wypoczynkowych. Ledwie je sobie przypominam. To jest gdzie indziej. Zajezdnie po przeciwległej stronie torów są wypełnione rowerami. Ubrani na niebiesko robotnicy siedzą na oświetlonych słońcem ławkach.

              Od tego miejsca linia nie jest zelektryfikowana. Podróż odbywa się wolniej. Mijamy zielone wody, do których zwaliły się drzewa. Do przedziału wpadają szczypiące kłęby dymu, tego cudownego żrącego dymu, który niszczy stal i sprawia, że stacyjne budynki stają się czarne jak węgiel.

              W kącie przedziału siedzi milcząca dziewczyna w trenczu, o błyszczących włosach i ptasiej twarzy, jednej z tych hardych twarzyczek o wystających kościach policzkowych. Namiętna twarz. Twarz dziewczyny, która mogłaby przenieść się do miasta. Ma duże, podkreślone na czarno oczy. Szerokie, blade niczym wosk usta. Na szyi sznur sztucznych diamentów. Mam wrażenie, że wszystko widzę wyraźniej. Odkrywają się przede mną szczegóły całego świata.

              Niebo jest teraz prawie całkiem przesłonięte chmurami. Światło się zmieniło, kolory także. W oddali drzewa stają się błękitne. Pola wysychają. Widać tunele, meczety i kopuły z siana. Każdy dom ma swój ogród warzywny. Drogi są tutaj puste – jakiś motocyklista, jakiś traktor, nic więcej. Ludzie podróżują gdzie indziej. Przed jednym z domów wywieszono dwie małe klatki, żeby kanarki odetchnęły świeżym powietrzem. Mijamy klocki z siana, kopki. Z trudem się posuwamy. Kwaśna woń dymu nadciąga i odlatuje. Długie przenikliwe gwizdy, zgubione w oddali, napełniają mnie radością.

              Dziewczyna wyjęła z torebki karmelka. Rozpakowuje go i wkłada do ust, by zapewnic sobie prawo do milczenia. Jej palce bawią się papierkiem, rolując go powoli i zacieśniając zwitek. Ma bladobłękitne oczy. Potrafią przejrzeć człowieka na wylot. Nos długi, ale kobiecy. Ciekawe, jak wyglądają jej zęby.

              Dotyka włosów – najpierw pod jednym uchem, potem pod drugim. Jej obrączka ślubna wygląda na emaliowaną. Do bagażu przytoczona jest fioletowa parasolka ze złotą rączką grubości ołówka. Paznokcie nie polakierowane. Siedzi teraz nieruchomo i patrzy przez okno, z ustami wygiętymi w nieokreślonym wyrazie rezygnacji. Dziewczynka naprzeciwko mnie nie może oderwać od niej oczu.

              Zaczynam wyglądać przez okno. Zbliżamy się do celu. W oddali, na tle pokrytego smugami nieba, pojawia się miasto. Pojedyncza wspaniała iglica, nieugięta jak pomnij: Autun. Zdejmuję torby z półki. Gdy niosę je przez korytarz, ogarnia mnie nagłe zdenerwowanie. Cały pomysł przyjazdu tutaj wydaje się nierealny.

              Wysiadają tylko dwie, trzy osoby. Nie ma jeszcze południa. Na stacji jest jeden zegar z  czarnymi wskazówkami, które przeskakują co pół minuty. Idę już, gdy pociąg rusza. Jakoś nie mogę pogodzić się z faktem, że pozwalam mu odjechać. Mija mnie ostatni wagon. Odsłania puste tory, jeszcze jeden quai, nie ma na nim żywego ducha. Tak, już to widzę: w pewne ranki, w pewne zimowe ranki jest prawie zupełnie ukryty we mgle; szczegóły, przedmioty ukazują się powoli, w miarę jak się do nich zbliżać. Po południu słońce odbija się w płytach peronu zimnym, rozproszonym światłem. Wchodzę do głównego pomieszczenia stacji. Kiosk z żelaznymi żaluzjami jest zamknięty. Duża waga. Na ścianie rozkład jazdy. Mężczyzna za szybą kasy biletowej nie podnosi wzroku, gdy przechodzę obok.

              Dom Wheatlandów stoi w starej części miasta, zbudowany bezpośrednio na rzymskim murze. Najpierw biegnie długa aleja drzew, a potem wkracza się na ogromny plac. Ulica sklepów. Za nimi nic, domy, cisza jak na obrazach Utrilla. A w końcu place du Terreau. Zdobi go fontanna – potrójna fontanna, z której piją gołębie; nad nią, niczym osadzony na mieliźni wielki statek, majaczy katedra. Jedynie w przelocie można ujrzeć nitowaną wzdłuż spoin iglicę, tę zdumiewającą iglicę, która wskazuje równocześnie środek Ziemi i kosmiczną pustkę. Droga omija katedrę od tyłu. Wiele okien jest wybitych. Ołowiane ramy uformowane w romby zieją czarną pustką. Trzydzieści metrów dalej zaczyna się ślepa uliczka, impasse, jak mówią Francuzi, i właśnie przy niej mieszkają Wheatlandowie.

              Zajmują duży kamienny dom z uginającym się dachem i wytartymi parapetami. Ogromny, o oknach wysokich jak drzewa, dokładnie taki, jakim go pamiętam z pierwszej, parodniowej wizyty, gdy w drodze ze stacji nabrałem dziwnego przekonania, że byłem już w tym mieście. Ulice wyglądały znajomo. Nim dotarliśmy do bramy, sformułowałem myśl, która chodziła mi po głowie przez resztę lata – myśl o powrocie. I teraz jestem tu, przed bramą. Gdy na nią patrzę, nagle, po raz pierwszy, dostrzegam litery ukryte w żelaznym listowiu, napisa: VAINCRE OU MOURIR. W VAINCRE brakuje C.

              Autun, ciche jak przykościelny cmentarz. Kryte dachówką ciemne od mchu. Amfiteatr. Wspaniały plac w centrum: Champ de Mars. Teraz, w błękicie jesieni, pojawia się znowu – to stare miasto, prowincjonalna jesień, która przenika na wskroś. Lato dobiegło końca. Ogród obumiera. Ranki stają się zimne. Mam trzydzieśli lat, trzydzieści cztery – lata usychają jak liście.

              James Salter, Gra, rozrywka i próżna ozdoba, tłum. Marek Fedyszak, Warszawa 2002, ss. 9-14.