Your very respectful, MARCEL PROUST

[autumn 1914]

Madame, Forgive me for not having yet thanked you: it is I who have received marvelous roses described by you with “fragrance imperishable” but various which, in the evocations of the true poet that you are, cause the aroma, at every hour of the day, by turns, now to infiltrate the agatized chiaroscuro of the “Interiors” or now to expand within the fluent and diluted atmosphere of the gardens. Only … I have been so ill these days (in my bed which I have not left and without having noisily opened or closed the carriage entrance as I have it seems been accused of doing) that I have not been able to write. Physically, it was impossible for me. Keep the Revues as long as you like. — . By an astonishing chance Gide, of whom we were speaking, and whom I have not seen for 20 years, came to see me while we were speaking of him in our letters. But I was not in a condition to receive him. Thank you again Madame for the marvelous pages flushed with a smell of roses.

Your very respectful

MARCEL PROUST

The successor to the valet de chambre makes noise and that doesn’t matter. But later he knocks with little tiny raps. And that is worse.

(…)

[November 1915?]

Madame, I have been wanting for a long time to express to you my regret that the sudden arrival of my brother prevented me from writing to you during the last days of your stay in Paris, then my sadness at your leaving. But you have bequeathed to me so many workers and one Lady Terre — whom I do not dare call, rather, “Terrible” (since, when I get the workers to extend the afternoon a little in order to move things ahead without waking me too much, she commands them violently and perhaps sadistically to start banging at 7 o’clock in the morning above my head, in the room immediately above my bedroom, an order which they are forced to obey), that I have no strength to write and have had to give up going away. How right I was to be discreet when you wanted me to investigate whether the morning noise was coming from a sink. What was that compared to those hammers? “A shiver of water on moss” as Verlaine says of a song “that weeps only to please you.” In truth, I cannot be sure that the latter was hummed in order to please me. As they are redoing a shop next door I had with great difficulty got them not to begin work each day until after two o’clock. But this success has been destroyed since upstairs, much closer, they are beginning at 7 o’clock. I will add in order to be fair that your workers whom I do not have the honor of knowing (any more than the terrible lady) must be charming. Thus your painters (or your painter), unique within their kind and their guild, do not practice the Union of the Arts, do not sing! Generally a painter, a house painter especially, believes he must cultivate at the same time as the art of Giotto that of Reszke. This one is quiet while the electrician bangs. I hope that when you return you will not find yourself surrounded by anything less than the Sistine frescoes … I would so much like your voyage to do you good, I was so sad, so continually sad over your illness. If your charming son, innocent of the noise that is tormenting me, is with you, will you please convey all my best wishes to him and be so kind as to accept Madame my most respectful regards.

MARCEL PROUST

(…)

Excerpts from Afterword by Lydia Davis:

Because of his illness, Proust spent most of his time in bed, heavily dressed in — according to one account — two sweaters, socks, and long underwear, with a hot-water bottle at his feet that was renewed three times a day. A blanket folded in four hung over the large door to the room to protect him from drafts and noise. Both shutters and curtains were closed over the double-paned windows, so that no sound could be heard from the street. The chandelier that hung from the ceiling was never illuminated. A candle was kept burning, since he lit his powders using a folded paper rather than striking a match. He generally woke “for the day” at nine in the evening, and had his only meal at that time — coffee and a croissant which Céleste would bring to him when he rang.

When he felt well enough, Proust liked to have a friend come visit occasionally, as long as that friend followed certain rules: no cigarettes, of course, no perfume.

(…)

When he was feeling well enough, he talked without pause, and the person he talked to the most, because she was always available, was Céleste, an intelligent and responsive listener. He often rang for her after she had gone to bed, and she would come as she was, in her nightgown and robe, her hair “down her back,” as she says. He would talk to her for hours at a time, sitting up in bed leaning against two pillows, while she stood at the foot of the bed.

Gide describes, in his journal, Proust’s style of talking: “His conversation, ceaselessly cut by parenthetical clauses, runs on …”

The diplomat and Proust fan Paul Morand enlarges upon this: the Proustian sentence was “singsong, caviling, reasoned, answering objections the listener would never have thought of making, raising unforeseen difficulties, subtle in its shifts and pettifoggery, stunning in its parentheses — that, like helium balloons, held the sentence aloft — vertiginous in its length … well constructed despite its apparent disjointedness; … you listened spellbound …“

(…)

We are told that Proust wrote very fast. This, too, is apparent in the letters, in the sprawling handwriting, in the tendency to abbreviate, in the occasional missing word, and perhaps, though not necessarily, in the missing punctuation.

(…)

Houlgate was a neighboring town to Cabourg, where Proust liked to stay at the Grand Hôtel. Guests marveled, according to Philippe Soupault in his memoirs, over “how Monsieur Proust rented five expensive rooms, one to live in, the other four to ‘contain’ the silence.”

Marcel Proust, Letters to His Neighbor, translated by Lydia Davis, 2017.

„Jakże ona kocha kwiaty!”, wykrzyknęła pani Lawrence, spoglądając na jej gorset.

Opinia towarzystwa była taka, że Lepré jest bardzo miły jakkolwiek niewiele znaczący. Madeleine poczuła z kolei, że to nie jest jej opinia i poczuła się ową myślą zaskoczona; ale ponieważ nieobecność Leprégo nie sprawiała jej zbytniego rozczarowania, jej sympatia do niego nie spowodowała w niej głębszego niepokoju. Na sali wszystkie głowy były zwrócone w jej stronę; przyjaciele już przychodzili składać ukłony i ją komplementować. Nie było to dla niej niczym nowym, a jednak z jakimś niejasnym przeczuciem, jak u dżokeja podczas wyścigu lub aktora w trakcie przedstawienia, czuła, że tego wieczoru triumfuje bardziej niż zazwyczaj. Jej stanik nieprzyzdobiony był żadnym klejnotem, a jedynie ozdobiony żółtym tiulem i katlezjami, w jej ciemnych włosach również było doczepionych jedynie kilka katlei, które spływały po tej cienistej wieży niczym blade girlandy światła. Świeża, jak owe kwiaty i jak one zamyślona, z powodu polinezyjskiego urokowi swej fryzury przypominała Mahenu Pierra Loti i Raynaldo Hahna. Niebawem do szczęśliwej obojętności, z jaką przeglądała tego wieczoru w olśnionych nią oczach swe wdzięki, wdzięki, które odzwierciedlały je z wielką wiernością, wkradł się pewien żal, że Lepré jej takiej nie widział.

„Jakże ona kocha kwiaty!”, wykrzyknęła pani Lawrence, spoglądając na jej gorset.

Faktycznie, kochała je, w owym prostackim znaczeniu, czyli ze względu na ich piękno i jak bardzo ją samą potrafiły uczynić piękną. Kochała ich piękno, ich radość, jak również właściwy im zewnętrzny smutek, jeden z atrybutów ich piękna. Kiedy nie były już świeże wyrzucała je niczym pomiętą suknię.

Nagle, w trakcie pierwszego antraktu, Madeleine dostrzegła przy orkiestrze pana Leprégo. A kilka chwil później generał de Buivres, książę i księżna d’Aleriouvres oddalili się, zostawiając ją samą z panią Lawrence. Madeleine zobaczyła, jak otwierają Leprému lożę:

– Pani Lawrence, rzekła, czy pozwoli mi pani zaprosić pana Leprę do nas, skoro jest, jak widać, sam przy orkiestrze?

– Ależ tak, tym bardziej, że zaraz będę musiała Panią opuścić, moja kochana. Pamiętasz, że sama dałaś mi na to pozwolenie, jako że Robert jest nieco cierpiący. – Czy chcesz bym poszła go zapytać?

– Nie, wolę uczynić to sama.

W czasie trwania antraktu, Madeleine pozwoliła panu Lepré rozmawiać z panią Lawrence. Wychylona za brzeg swojej loży spoglądała na salę, udając, że prawie się nimi nie interesuje, będąc przy tym pewną, że będzie mogła lepiej cieszyć się jego obecnością później, gdy już zostanie z nim sam na sam.

Pani Lawrence wyszła, by założyć swój płaszcz.

– Zapraszam pana, aby został ze mną podczas tego aktu, powiedziała Madeleine z uprzejmą obojętnością.

– Pani jest bardzo uprzejma, pani, lecz nie mogę, muszę się teraz oddalić.

– Ależ zostanę tutaj sama, tonem naglącym rzekła Madeleine. Po czym nagle, jakby chcąc zupełnie nieświadomie wykorzystać zasady kokieterii, zawarte w maksymie: „Jeśli ja ciebie nie kocham, to ty mnie pokochasz”, poprawiła się:

– Ależ ma pan rację, skoro jest pan oczekiwany, to proszę się nie spóźnić. Żegnam pana.

Czułością swego uśmiechu próbowała zatuszować surowość, która zdawała się jej wybrzmiewać o owym przyzwoleniu. Twardość jej słów była bowiem wyłącznie pochodną jej gwałtownego pragnienia zatrzymania go, wywołaną przez gorycz zawodu.

Takie przyzwolenie oddalenia się, dane komukolwiek innemu, wydawałoby się uprzejmym.

Tymczasem wróciła pani Lawrence:

– No cóż, skoro wychodzi, to ja zostanę z tobą byś nie czuła się samotna. Czy czule się pożegnaliście?

– Pożegnaliśmy?

– Wydaje mi się, że to pod koniec tego tygodnia wyjeżdża w swoją długą podróż do Włoch, Grecji i Azji Mniejszej.

Dziecko, które w chwili swych narodzin bierze oddech nigdy na to nie zważając, nie wie nawet jak bardzo powietrze, które powoli napełnia jego płuca jest mu niezbędnym do życia.

Czy zacznie dusić się w nagłym napadzie gorączki, w konwulsjach? W desperackim wysiłku całej swej istoty walczy o życie, o utracony spokój, które odnajdzie dopiero z nowym haustem powietrza, o którym wcześniej nie wiedziało, że jest od niego nierozdzielne.

Marcel Proust, Obojętny, tłum. Anna Zofia Jaksender, Kraków 2017, ss. 9-15.

Defilada godzin błogiego szczęścia

Z każdym dniem coraz mniej cenię sobie intelekt. Każdego dnia coraz wyraźniej widzę, że tylko przekraczając jego granice pisarz zdoła uchwycić strzępki minionych wrażeń, dotknąć czegoś w sobie i w samej materii sztuki. Albowiem to, co intelekt przedstawia nam jako przeszłość – wcale nią nie jest. W rzeczywistości każda godzina naszego życia mijając wciela się – jak to się dzieje z duszami zmarłych w niektórych ludowych podaniach – w jakiś materialny przedmiot, skrywa się w nim i pozostaje uwięziona na zawsze, chyba że na niego natrafimy, rozpoznamy ją w nim i wywołamy – wtedy zostanie oswobodzona. Jednakże wiele chwil naszego życia nigdy nie zmartwychwstaje, nie napotkamy bowiem skrywających je rzeczy ani wrażeń, jako że każdy przedmiot jest dla nas wrażeniem. A bywa to rzecz drobna, zagubiona gdzieś w świecie, niewielkie więc szanse, że przetnie nam drogę! Jest pewien dom na wsi, gdzie spędziłem wiele letnich miesięcy. Myślałem czasem o tamtych letnich dniach, lecz wcale ich w tych myślach nie było. Zdawało się, że zostaną dla mnie martwe już na wieki. Ich zmartwychwstanie, jak każde zresztą zmartwychwstanie, zależało od czystego przypadku. Pewnego śnieżnego wieczora wróciłem przemarznięty do domu i usiadłem z książką pod lampą w moim pokoju. A jako że wciąż nie mogłem się rozgrzać, stara kucharka przyniosła mi filiżankę herbaty, której normalnie nie pijam. Traf sprawił, że podała mi do niej parę grzanek. W chwili, gdy włożyłem do ust kawałek zamoczonej grzanki, która mięknąc rozprowadziła smak herbaty po moim podniebieniu, wezbrał we mnie jakiś niepokój, dobiegł mnie zapach geranium i pomarańczy, poczułem, jakby zalewało mnie światło – i szczęście; zamarłem, bojąc się najdrobniejszym ruchem przerwać to, co się we mnie działo, czego nie pojmowałem, trzymając się smaku rozmoczonego chleba, który zdawał się wytwarzać wszystkie te cuda – aż nagle naruszone zapory pamięci puściły i miesiące spędzane w letnim domu wdarły mi się do głowy, ciągnąc za sobą niekończący się pochód, defiladę godzin błogiego szczęścia.

Marcel Proust, Przedmowa, [W:] Idem, Przeciwko Sainte-Beauve’owi, tłum. Anastazja Dwulit, Kraków 2015, s. 45-47.