Pani Lodzia
Pani Lodzia miała swoją filozofię, może trochę naciąganą, ale że wierzyła w nią z niezachwianą siłą, więc jej wiara udzielała się innym. Poznaliśmy ją z tatą na wakacjach pod Kazimierzem w złotych latach siedemdziesiątych. Tych samych wakacjach, na których tak skutecznie przekonywaliśmy innych letników, że na polu pszenicy widzieliśmy dwugłowe cielę. Zacietrzewienie pani Lodzi z pewnością było zaraźliwe, bo skąd wziąłby się upór, z jakim wmawialiśmy przyjezdnym mieszczuchom, że jeden łeb cielak miał złoty, a drugi zielony? Po raz pierwszy spotkaliśmy panią Lodzię w okolicznościach niezwiastujących nawiązania przyjaźni, gdy krzyczała za nami: TU SIĘ PRACUJE! TU NIE LETNISKO! Jakby wiedziała, że wzbudzi w nas poczucie winy. To właśnie poczucie winy sprawiło, że zaczęliśmy jej towarzyszyć w codziennych wyprawach do skupu szkła. Tata ciągnął wypchany butelkami wózek, a ja słuchałam snutych z niewyraźną dykcją opowieści. We wsi panowało przekonanie, że Lodzia jest wariatką. A jednak swoje wiedziała. Dała temu wyraz, gdy przedstawilismy jej mamę, która przyjechała nas odwiedzić. “Od razu wiedziałam, że to pana żona. Podobna jak dwie krople wody!”.

Czas darowany

Czas darowany zdarza się wówczas, gdy w ostatniej chwili zmieniamy decyzję i – zamiast pójść na planowane od dawna spotkanie – wbrew zdrowemu rozsądkowi zostajemy w domu. Wszystko nabiera wtedy nowego smaku: herbata, wino i pisany od dawna tekst. Pokoje wyglądają inaczej i łazienka, i widok z okna. Urok wagarów plus odkrycie, że – koniec końców – nigdy nic nie wiadomo.

Agnieszka Taborska, WIELORYB czyli przypadek obiektywny, Czarne, 2010