Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami

Myślę często o własnej śmierci i próbuję cierpliwie, precyzyjnie, wręcz z pewną drobiazgowością, ustalić jej dokładny kolor, określić precyzyjnie sposób, w jaki się “odbędzie”, i wyobrażam sobie z łatwością więcej obrazów: różne rodzaje bólu lub zapadania w stan nieprzytomności. Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami, niezdolny już do zamknięcia ich i niezdolny do wciągnięcia w płuca ostatniego łyku powietrza, jak gdyby powietrzna masa zatrzymała się tuż przed otwartą buzią i jej przeniknięcie dalej nie było możliwe (powiedziałbym, że powietrze zabrnęło w ślepy zaułek albo osiągnęło swój kres). Oto i wizja mieszaniny barw, świateł i dźwięków, tracących coraz mocniej wyrazistość, pośród których spadam ciągle aż do momentu, kiedy mógłbym z łatwością powiedzieć, że nastała zupełna ciemność, ale jednocześnie zdarzyło się coś wyraźniejszego i gęstszego niż ciemność, niż wszelki brak wrażeń, który można by określić słowami: coś ostatecznego, nieprzeniknionego, nieodwracalnego – zwłaszcza nieodwracalnego – w którego treści nie jestem już zawarty, a co jednak zawiera mnie radykalnie, istotnie, po najciemniejsze głębie (które, w zasadzie, gdyby mogły zostać porównane do tego stanu nieistnienia, byłyby jeszcze światłami) i wyrywa mnie z istnienia, tak jak zdarzyło się ze mną, gdy wziąłem wdech chloroformu na stole operacyjnym.

Cóż, niezależnie od tego jaki byłby mój własny “sposób” i ból albo nieświadomość mojej śmierci, wszystko wokół mnie nadal pozostanie nieruchome w dokładnie zdefiniowanych kształtach i objętościach i może gdzieś na ulicy w tym momencie przystanie jakiś człowiek, wyjmie z kieszeni pudełko zapałek i zapali papierosa.

Oto dlaczego nic nie rozumiem z tego, co dzieje się wokół mnie, i dalej “spadam” w życiu pośród zdarzeń i scenerii, pośród chwil i ludzi, kolorów i muzyki, coraz szybciej, sekunda po sekundzie, coraz głębiej, bez sensu, jak w studni ze ścianami wymalowanymi w zjawiska i w figury ludzi, w której moje “spadanie” jest tylko zwykłym przejściem i zwykłą trajektorią w próżni, stanowiąc jednak coś, co w dziwny i bezzasadny sposób można by nazwać “przeżywaniem własnego życia”…

Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018 s. 29-30.

English professor’s ass

My English professor’s ass was so beautiful. It was perfect and full as she stood at the board writing some important word. Reality or perhaps illusion. She opened the door. With each movement of her arms and her hand delicately but forcefully inscribing the letters intended for our eyes her ass shook ever so slightly. I had never learned from a woman with a body before. Something slow, horrible and glowing was happening inside me. I stood on the foothills to heaven. She opened the door.

There were a bunch of us in Eva Nelson’s world literature class who had gone to catholic school. Nobody was that different, 18-year-old kids who had grown up going to the Blessing of the Fleet, hooting and drinking beer, who went to Sacred Heart, who played against Our Lady. Hardly anyone in the class was really that different. Everyone it seemed to me lived in a roughly catholic world. But those of us who knew nothing else–we were especially visible. When we had a thought, an exciting thought we’d go: Sst. Sst. Like a batch of little snakes. We meant “Sister.” Sister, pay attention to me. Call me now.

Eva Nelson had been teaching Pirandello. What we really are considering here: and now she faced us with her wonderful breasts. I know that a woman when she is teaching school begins to acquire a wardrobe that is slightly different from her daily self. How she exposes herself to the world. For instance later in the semester I went to a party at her house in Cambridge and she sat on her couch in her husband’s shirt. He was a handsome and distant young man named Gary, he was the Nelson and she wore his shirt and you really couldn’t see her breasts at all but she had a collection of little jerseys, tan and peach, pale gold and one was really white I think. Generally she dressed in sun tones–nothing cool, nothing blue. Nothing like the airy parts of the sky, but the hot and distant tones of the sun and her breasts were in front of me, I was looking at her face and I knew I was alive.

Eileen Myles, Inferno.

Babitz: For great sex, get a vibrator

There’s one thing about being in a bad relationship for longer than you should just for sex: when you get out, all you can think about is sex, and my advice to you is—for great sex, get a vibrator (or do it yourself), and remember how fabulous it was; don’t go trying to get the person back, or you’ll wind up a skull in the desert outside the Bagdad Cafe.

Eve Babitz, Black Swans.

My loneliness. Is killing me.

The most prominent part of Spears’s personal brand has always been that she is like a virgin, vacillating absolutely inconsistently between performing as an adolescent girl and as a sexually mature woman. Part of her “little girl” act is pretending not to understand the sexual attention she elicits. “All I did was tie up my shirt!” she told Rolling Stone in 1999 about the “… Baby One More Time” video. “I’m wearing a sports bra under it. Sure, I’m wearing thigh-highs, but kids wear those—it’s the style. Have you seen MTV—all those in thongs?” 

And yet Spears has been remarkably self-aware—even calculating—about the conflicts in her persona. Her hit “I’m Not a Girl, Not Yet a Woman,” from her coming-of-age movie Crossroads, is the most blatant expression of this trope, or maybe it’s the “Oops! … I Did It Again” video, where eighteen-year-old Spears dances in a skintight red vinyl bodysuit and sings, “I’m not that innocent.”

There is no doubt that her personal contradictions are heightened by the brilliant, dissonant images in her music videos. People have credited the “… Baby One More Time” video with all of the song’s success, a sixteen-year-old brashly seizing on a naughty schoolgirl porno fantasy and immediately positioning herself at the center of the national imagination. “Is Spears bubblegum jailbait, jaded crossover diva or malleable Stepford teen?” Rolling Stone asked in 1999. “Who knows? Whether by design or not, the queen of America’s new Teen Age is a distinctly modern anomaly: the anonymous superstar.”

In “Overprotected,” released ten days after Spears’s twentieth birthday, she makes several startling complaints. “I tell them what I like, what I want, what I don’t,” she sings. “But every time I do, I stand corrected.” She’s singing not as a post-adolescent coming into her own, but as a woman who has been guarded and controlled by handlers since she was fifteen. She is self-aware in performing not only the naughty schoolgirl but also the anonymous superstar, her body a projection screen that all of the world’s desires can flicker across. 

Her early hit “Lucky” is an unsubtle allegory about a starlet named Lucky who dreams of escaping fame. How perverse that Martin would write this song for Spears, and her managers would agree that she should record it, then release it as a single and profit off it. “She’s so lucky,” Spears sings, “she’s a star / But she cry, cry, cries in her lonely heart.” When we confront it, this sadness is so much more dissonant than the sex in her videos. My loneliness. Is killing me. My loneliness. Is killing me.

(…)

I’m not reading too much into the song. Pop music can speak deep truths because it is simple, because the truest truths are simple. What isn’t simple is a sixteen-year-old in her expected setting—a high school—singing about grown-up desperation. Or an artist whose greatest creative preoccupation seems to be a smiling sadomasochism—“hit me baby” and vinyl bodysuits, the giant snake on her shoulders as she sang “I’m a Slave 4 U”—being labeled as “America’s Sweetheart.” Or a woman hunted by paparazzi who photographed her working out, going to Starbucks, driving recklessly with her son on her lap, shaving her head; who photographed her genitals as she got out of her limo for an audience that loved her almost to death.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

Idziemy do BURROUGHSA

W marcu 1981 roku zmarł syn Williama Burroughsa, Billy, a William już latem 1978 roku zaczął wracać do ćpania – wskutek pobytu w Boulder po tym, jak Billy przeszedł przeszczep wątroby. Bujał się z punkami z Boulder, którzy, podobnie jak wielu innych, rwali się do załatwiania heroiny Williamowi Burroughsowi.

To było dla nich coś naprawdę szczególnego. Wiesz: „Przyćpałem z Burroughsem”. Czy coś może się z tym równać? To było jak powiedzieć: „Papież odprawił dla mnie prywatną mszę w swoim apartamencie”. To jest coś, no nie? Więc tacy byli ci goście. A gdy William wrócił do Nowego Jorku, inni załatwiali mu heroinę. Całe to środowisko było naprawdę straszne. William najwyraźniej coś przede mną ukrywał i był zupełnie do niczego. I cały czas był totalnie padnięty. A to jest najgorsza rzecz, jeżeli chodzi o ćpunów – to, że są tacy NUDNI. Siedzą i gadają o towarze. Jakby na ten temat było coś jeszcze do powiedzenia.

Tak więc byłem zmęczony całą tą jazdą i czułem, że mam tego dość. Wiesz, minęło pięć lat, wspiąłem się na Mount Everest i nadszedł czas, aby zająć się czymś innym. Chciałem przejść na emeryturę. Chciałem wykonać taki sam numer, jaki wycięła Patti Smith. Więc załadowałem sześciometrową ciężarówkę archiwami i innym badziewiem z The Bunker i ruszyłem przez kraj do Lawrence w stanie Kansas.

Naprawdę nie chciałem zostawiać Williama. W końcu troszczyłem się o niego, kochałem go. Nadal go kocham. Więc tkwiłem w rozkroku: wyprowadziłem się z Nowego Jorku, ale i tak zajmowałem się archiwami, rachunkami bankowymi i wszystkim innym. Ale on mógł mieszkać, gdzie chciał, a ja często tam jeździłem, podróżowaliśmy razem, odwiedzałem go i on mnie też czasami odwiedzał. I szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zwabię go tutaj, do Lawrence, na emeryturę. Ponieważ w jego wieku i z jego sławą dalszy pobyt w Nowym Jorku stał się dla niego niemożliwy – wypaliłby się, przedawkował albo zapił na śmierć, bo wszyscy przychodzili do niego, każdy chciał się naćpać z Heroinowym Ojcem Chrzestnym, jak go postrzegali. „Idziemy do BURROUGHSA” – jak gdyby to była jarmarczna rozrywka. Tak to prawie wyglądało

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

The Dead Girl Show

The Dead Girl Show’s notable themes are its two odd, contradictory messages for women. The first is that girls are wild, vulnerable creatures who need to be protected from the power of their own sexualities. True Detective demonstrates a self-conscious, conflicted fixation on strippers and sex workers. Hart helps “free” a teenage prostitute from a brothel and, seven years later, cheats on his wife with her. “How does she even know about that stuff?” Hart asks in 1995 when he and his wife discover sexual drawings his elementary-school-age daughter made. “Girls always know first,” his wife replies. This terrible feminine knowledge has been a trope at least since Eve in the Garden. Marcus compares Twin Peaks’s victim Laura Palmer to the teenage “witches” in Puritan New England who were targeted to purge and purify their communities. In the Dead Girl Show, the girl body is both a wellspring of and a target for sexual wickedness. The other message the Dead Girl Show has for women is simpler: trust no dad. Father figures and male authorities hold a sinister interest in controlling girl bodies, and therefore in harming them.

(…)

Dead Girl Shows often experiment with the incest taboo, like the girls on Pretty Little Liars, Veronica Mars, and Top of the Lake who share kisses with characters they later learn could be their half brothers. This goes back to Freud’s favorite myth, Oedipus, in which a prince is fated to kill his father and marry his mother, and the psychological metaphors of Gothic literature, and the imposing persistence of patriarchal authority.

(…)

Clearly Dead Girls help us work out our complicated feelings about the privileged status of white women in our culture. The paradox of the perfect victim, effacing the deaths of leagues of nonwhite or poor or ugly or disabled or immigrant or drug-addicted or gay or trans victims, encapsulates the combination of worshipful covetousness and violent rage that drives the Dead Girl Show. The white girl becomes the highest sacrifice, the virgin martyr, particularly to that most unholy idol of narrative.

(…)

If these stories—of Over Tumbled Graves, Robert Yates, Ruby Ridge, and all the other northwestern sociopaths—have one thing in common, every step of the way, it’s men. Men are the problem.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

The slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face

Momentarily, she acted as if she intended to really ravage me, but it was a phoney growl. She didn’t know how. I must fuck Robin. That was my job. She had the largest … cunt, vagina I have ever stuck my finger in. It was big red and needy. I stuck two three fingers in and fucked her and fucked her. I’ve always received complaints that I was rough but I felt like I could have been shoving a stick up this woman, a branch. Her ass was up in the air, it was April and the trees were still pretty bare and I looked through the black rusty cross-hatched window gates of my East Village apartment and I felt detached and I fucked and fucked her with my hand, and twisting her nipples. She moaned and growled with pleasure. Such a woman, I have never met such a horny animal nor have I ever so distinctly serviced a woman before. Do you want my fist inside you. Anything she shrieked, anything.

So this is my late winter stolen landscape. Robin’s hungry butt bobbing in front of my window next to my desk where I write. I felt my home, myself, violated by this animal. I couldn’t stop. This must be what faggots do. The inside of her pussy was hot and warm, it did, it did feel like a live animal. I put my fingertip to her butt-hole but there didn’t seem to be any magic there. I was getting bored. Wanna come up on me. I wanted to be underneath—her pussy on my mouth. Sure, anything. I had no way of framing her true repertoire with these kind of replies. I suspected she had done everything in the past, or on the other hand maybe she was a liar.

Here it comes, the salty hairy organ, the slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face. I started licking and sucking like crazy. I am wild for the sensation of having my face covered and dominated, almost smothered by a cunt. She was happy. It all seemed one to her, then a great groan and buckets of wet acrid fluid flooded into my mouth, splashing down my cheeks and onto my pillow. Initially I surmised she had come in some new way, but it was pee and now I had drank it for the first time. I swallowed some, but then no I don’t really want to drink piss. I wiped the edges of my mouth and then kissed her. I think she said I’m sorry but grinned at me wiping my face. Do you have any music she said. Take a look—the tapes are on the refrigerator. I lay on the bed, fascinated by the acrid taste of piss, yet horrified at the inadequacies of my tape collection. Da, duh-duh, Da, duh-duh came the opening notes of “Kimberly” and Robin walked naked across the length of my apartment like she was the real Patti Smith.

I think we tried to cram more into her pussy for a while after that and she gave my lips a quick swipe with her mouth, but I really suspected that was not her cup of tea. Because she was not a lesbian, nothing like that.

Do you have a towel? Actually I didn’t. Or I didn’t have a clean towel and I didn’t want to give her mine, out of a desire not to insult one of us. Finally I gave her a facecloth. I guess a towel’s a towel. I didn’t know what was going on. I’ve got to meet my girlfriend she explained. Today she had a girlfriend. A blow to the stomach, received in silence of course. I’m going out too I said. Well then come on, come with me to meet her. I did something in the kitchen sink, brushed my teeth, but I was feeling demolished.

Eileen Myles, Chelsea Girls.

Tango was my game

Looking at myself  in the mirror, wearing this incredible black skirt with a slit up the side so tango-y it made my legs actually look long, with high heels, black stockings, my latest incredible black top, which had baroque lace in the front where you could see through to my cleavage, of which there was a lot, what with these new bras they have now that undo in front, my white-blond hair tousled around my face, tons of eye makeup on my dark eyes, and this matte ruby lipstick that practically glowed in the dark and made me look too tragique for words—I had to admit, I looked like tango was my game.

Eve Babitz, Black Swans.

Ale jej uszy, ach, jej uszy…

Ale wolałbym opowiedzieć wam o jej uszach. Przeoczyłem je w klubie tenisowym, kiedy związywała włosy tamtą zieloną wstążką, pod kolor lamówki i guzików na sukience. A na co dzień nosiła włosy rozpuszczone, pofalowane na uszach i sięgające połowy szyi. Tak że dopiero kiedy znaleźliśmy się w łóżku, a ja zabrałem się do szperania i węszenia po całym jej ciele, w każdym zakamarku, w każdej nadmiernie i niedostatecznie zbadanej części, pochylony nad nią, odgarnąłem jej włosy i odkryłem uszy.

Nigdy wcześniej nie poświęcałem uszom zbyt wiele uwagi, widząc w nich tylko komiczne narośle. Dobre uszy to takie, których się nie zauważało; złe uszy sterczały jak skrzydła nietoperza lub były kalafiorowate po ciosie boksera, albo też –jak uszy tamtego wściekłego kierowcy przy przejściu dla pieszych –chropowate, czerwone i włochate. Ale jej uszy, ach, jej uszy… od dyskretnego, niemal nieistniejącego płatka łagodnym łukiem biegły do góry, ale potem w połowie drogi takim samym łukiem zawracały ku jej czaszce. Jakby zaprojektowano je raczej według jakiejś idei estetycznej, a nie zasad użyteczności słuchowej.

Kiedy zwracam jej na to uwagę, mówi:
– Pewnie są takie, żeby wszystkie te bzdury przelatywały obok i nie trafiały do środka.

Ale to nie wszystko. Kiedy badałem je czubkami palców, odkryłem, jak delikatna jest ich zewnętrzna krawędź: cienka, ciepła, łagodna, aksamitna, niemal półprzezroczysta. Wiecie, jak nazywa się po łacinie obrąbek ucha? Helix. Jak helisa. W liczbie mnogiej helisy. Uszy były częścią jej absolutnej wyjątkowości, uzewnętrznieniem jej DNA. Podwójna helisa jej helis.

Później, zastanawiając się, co mogła mieć na myśli, kiedy mówiła o „bzdurach”, które przelatują obok jej zadziwiających uszu, pomyślałem: cóż, oskarżenie o oziębłość –to wielka bzdura. Tyle że to słowo wpadło prosto do jej uszu, a stamtąd do mózgu, gdzie utkwiło na zawsze.

Julian Barnes, Jedyna historia, tłum. Dominika Lewandowska-Rodak, Warszawa 2018.

Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty

Ponadto miała mnie pilnować siostra Friedel. Wysoka, smukła, zgrabna, zawsze zabawnie rezolutna i prawie arogancka – prośbą niewiele by się u niej wskórało. Robiła na drutach narciarski pulower i podczas gdy się rozbierałam, omawiałyśmy norweski wzór, który chciałaby wydziergać na górze. Ale już się poschodziły, stały dookoła, gapiły się, narzucały się szyderczą obecnością, wcale tego nie ukrywając, tak jak wtedy, kiedy Magdalenę pakują w kaftan. Friedel krzyknęła wprawdzie parokrotnie: „Jazda stąd, ale już, co ja powiedziałam?!”. Jedne odchodziły, ale pojawiały się inne albo tamte wracały, tylko Renaty nie było, raz przez chwilę zobaczyłam, jak w drzwiach zatrzymuje się jej niewyraźny uśmiech, potem znów zniknął. Zużyłam mnóstwo mydła, aż siostra Friedel orzekła, że już z tego powodu jestem za kosztowna dla zakładu. Ale śmiała się przy tym serdecznie i powiedziała, że wyglądam jak chłopak, wtedy spostrzegłam, że ona też widzi mnie nagą, i zanurzyłam się aż po czubek nosa w wodę. Przecież miało być dobrze, bez względu na okoliczności i na przekór wszystkiemu. Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty, zamknięte oczy nie przepuszczały nic z okropnego pomieszczenia i naprawdę udało mi się przejściowo osiągnąć taką samotność, jakiej mi było trzeba, aby w całej pełni zaznać dobrodziejstwa. Ale wpada się w straszny kicz, gdy się jest sam na sam ze sobą i chce odpocząć od wszelkich wysiłków natury wewnętrznej, tak łatwo wtedy sięgnąć po środki kompletnie pozbawione smaku. Najłatwiej i najprościej byłoby pomyśleć o morzu, o plaży poznaczonej na szaro wydmami, a tu i ówdzie na żółto janowcem. Ja tymczasem myślałam o Nefretete, egipskiej królowej, tak, ni mniej, ni więcej. O jej wspaniałym królewskim obliczu, egzotycznych kosztownych szatach, o jej uniesionych rękach, kiedy stoi gdzieś na skraju pustyni i wyczuwa ją w swojej pradawnej krwi.

Nagle przychodzi mi na myśl Beta, moja piękna, wesoła siostra Beta, i że tak długo chowałam do niej urazę, kiedy przyłapała mnie w domu, jak nad robótką ręczną nucę cichutko: „Znam egipską bajkę, Nefretete; cudna egipska bajko, Nefretete, twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie pradawne marzenia…” itd., itd., takie tam słodkie głupstwa. Beta śmiała się jak szalona, a przy obiedzie zaczęła wobec wszystkich: „Twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie mętne marzenia…”. Oczywiście śmiałam się razem z innymi, prosto w karcące oczy matki, której nie podobały się drwinki Bety, ale odtąd zawsze trochę się od niej odsuwałam. A przecież takiej Bety nie trzeba by nawet specjalnie przebierać, żeby ujrzeć przed sobą delikatną królową z odległych czasów, a Anus, zadurzony wyznawca Buddy, nie darmo zrezygnował dla niej ze swej cennej wolności, chociaż teraz wymyśla naszej matce, naszej łagodnej i nieskończenie poważnej mateczce, od rajfurek, bo upierała się, że ma albo poślubić Betę, albo zostawić ją w spokoju. Oczywiście jej nie zostawił. Beta bowiem jest nie tylko czarująca, ale także dość odważna i zręczna, by ze swej pracy utrzymać siebie i wyznawcę Buddy. Takie jest nasze życie. Ach, Beto, śliczny, zgrabny ptaszku o ciemnym upierzeniu, ileż wspaniałości doświadczyłabyś i poznała, gdybyś nie była córką górnika i nie musiała długo wieść życia zręcznej, odrobinę krnąbrnej służącej. A tak poznałaś wspaniałości starych sukien swoich chlebodawczyń i umiałaś je nosić w taki sposób, że mężowie owych chlebodawczyń nagle nabierali chętki i znowu musiałaś od pierwszego wymawiać służbę. Takie jest nasze życie, spaczone już u pięknych początków, ale ty nie przyjmujesz tego do wiadomości, bo pięknym, zgrabnym krokiem idziesz dalej, śmiało i radośnie wyśpiewujesz piosenki z radia, szyjesz cudowne suknie dla wytwornych pań, a najpiękniejsze nosisz sama, jakby były z tobą zrośnięte… Ze mną zrasta się, niestety, tylko ubóstwo, noszone niezręcznie, zawstydzające dla mnie i dla innych. Dopiero co w łazience myślałam jeszcze, że zdołam nad tym zapanować, igrałam z utajonymi we krwi wspomnieniami, myślałam, że potrafię z ich pomocą stworzyć sobie tu, w domu wariatów, narażona na szydercze spojrzenia obłąkanych, jakiś azyl. A potem nagle dotknęła mnie Królowa, nie, nie ta egipska, ta ze stołkiem i wrodzoną nienawiścią. Siostra Friedel była tak serdecznie ubawiona, że powstrzymałam się od krzyku, żeby jej nie psuć uciechy. Królowa stała nade mną, za nią cały orszak w postawie wyczekiwania, jej oczy były niczym dwa ciężkie żyrandole z nadzieją skierowane na moją nagość i na swój sposób majestatyczne, tajemnicze, nie zdradzały już nawet nienawiści. Przemówiła i pytanie, skąd jej się wziął nagle ten nowy język. Nikt go jej nie podpowiedział, przynajmniej nikt widoczny. Ale posługiwała się nim tak cudownie, że jej słowa były bardziej przekonujące niż śmiech siostry, choć z pewnością w tym pomieszczeniu ona jedna była zdrowa.

„Jeszcze dziś i jutro – rzekła – i może jeszcze z pół dnia, a król będzie we mnie. Przyjdzie po cichu, bo stąpa po wodzie, w ręku trzyma ryby, dla których nie starczyło już miejsca w sieci, i jeśli nie stają się złotem, upuszcza je jak kamienie, bo potrzeba mu złota. Ale mnie uszanuje jak gwiazdę i zapyta: Czyś napełniła je wszystkie złotem, żadna ci się nie wymknęła?… Skinę mu tylko lekko głową, a wtedy wypuści wszystkie ryby, również te złote, i pójdzie za mną do skarbca, jak za gwiazdą. Ja bowiem jestem jego gwiazdą poranną i wybawieniem wszystkich chorych. Tam pokażę mu pończochy wypchane czystym, szczerym złotem, którym napełni się trzy wielkie skrzynie, jedną dla niego, Pana i Króla, jedną dla świętego Kościoła i jedną dla wszystkich ubogich. A wtedy skieruję jeden z moich promieni na ciebie i rozjarzę go, i rzeknę: Tę ze złotem dla ubogich daj jej, niech je rozdziela wedle łaski i sprawiedliwości, aby i ona miała zasługę, z którą będzie mogła wejść do naszego królestwa. Ty zaś, ty masz mi za to oddać cześć! Wstań i oddaj mi cześć!”.

Na to wstałam, tak jak leżałam, naga, i oddałam jej cześć, całując jej szponiastą, brudną rękę. Siostra Friedel krzyczała: „Przestańcie, już nie mogę, na Boga, nie mogę, zaraz się rozpęknę”. „Pękaj, na co tu jeszcze czekać?”, zapytała garbuska drwiąco i nieulękle, ale potem jednak odeszła razem z innymi. Wtedy siostra Friedel obróciła urazę przeciwko mnie i spytała rozeźlona, dlaczego wdaję się w takie brewerie. Stchórzyłam i rzekłam: „Tak tylko, nie chciałam jej drażnić”… „Bzdury, już my byśmy sobie z nią dali radę, kaftan każdego uspokoi. No dalej, niech się pani pospieszy, nie mogę tu wiecznie sterczeć”… Pospieszyłam się i na wszelki wypadek spróbowałam zaśmiać się niewinnie, żeby ją udobruchać, ale na nic się to nie zdało, poszła zagniewana do dyżurki sióstr, na gorąco wszystko opowiedzieć, ja tymczasem wciąż śmiałam się niepowstrzymanie, mimo woli, i gdybym nie mogła wszystkiego zapisywać, pewnie prześmiałabym całą noc i rano znowu w gabinecie napotkała już całkiem niełaskawe spojrzenie Najmiłościwszego. Niestety, przez cały tydzień dyżur nocny miała Marianna, dopiero co przyszła i naturalnie dowiaduje się, że ucałowałam rękę tej poczwary Krell. Jak surowo umie ściągać usta. Założę się, że myśli teraz: „Już my wybijemy jej z głowy te komedie!”… Ależ się boję! Boże, czemu nie ma tu ani jednej duszy, z którą można by dzielić strach i nie powiększać go? A pani Lanzinger zwija teraz swoją robótkę, bo idzie do domu i nie potrzebuje już przebywać w jedwabnym zamku z tarasem haftowanym krzyżykowym ściegiem i cyprysami z ciemnozielonej muliny. Skąd ja tu wezmę zamek i cyprysy albo choćby starą zdziczałą jabłoń o gęstej koronie. Czemu tak mało wagi przywiązujemy do tych wiecznych rzeczy!

Christine Lavant, Zapiski z domu wariatów, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wrocław 2017.