Pewien pan przez trzy dni kochał do szaleństwa pewną młodą kobietę i sam przez tyleż mniej więcej czasu był przez nią kochany

DWA

Pewien pan średniej kultury i dobrych manier spotkał po wielomiesięcznej nieobecności, spowodowanej przerażająco wojennymi wydarzeniami, kobietę, którą kochał. Nie pocałował jej; ale oddaliwszy się w milczeniu, długo wymiotował. Zdumionej kobiecie nie chciał podać żadnych powodów tych wymiotów; nie podał ich nikomu; i dopiero po długim namyśle udało mu się zrozumieć, że owe torsje wyrzucały z jego ciała niezliczone obrazy ukochanej kobiety, które się w nim nagromadziły i miłośnie go zatruwały. Ale w tej samej chwili zrozumiał, że nie będzie już mógł traktować tej kobiety tak, jakby między nimi istniała tylko miłość, miłość łagodna, która pragnie jedynie przezwyciężyć wszelkie przeszkody i pozostać na zawsze miłością naskórkową; on doświadczył toksyczności uczucia i zrozumiał, że toksyczność oddalenia była jedynie alternatywą toksycznej bliskości i że zwymiotował przeszłość, aby dać miejsce przyszłym wymiotom. Aczkolwiek nie byłby zdolny wyjaśnić tego nikomu, wiedział, że to właśnie te torsje, a nie wzdychanie, są niezbędnym symptomem miłości, tak jak śmierć jest jedynym pewnym symptomem życia.
Od tej chwili znajduje się w sytuacji cudownie uciążliwej, która nie pozwala mu ani lekceważyć, ani wychwalać, ani podziwiać kobiety , którą niewątpliwie kocha – więcej, kocha w sposób trudny do zniesienia, teraz gdy uczynił ją współuczestniczką wymiotów – ani podzielić się z nią własną tajemnicą, tym, że on, by zaakceptować ją całkowicie, musi ją wchłonąć, uczynić własną aż do chwili , w której ona okaże się trucizną, o czym nie wie i czego on nie chce jej wyjaśniać. Tymczasem wszędzie życie staje się niepewne, grożą nowe wojny. W perspektywie szykują się nowi umarli, a ziemia staje się miękka w oczekiwaniu na mogiły. Wszędzie rozwiesza się odezwy mówiące o krwi. Ponieważ nikt nie mówi o torsjach, zakochany myśli, że problem jest albo nieznany, albo pozornie nieznany, albo zbyt dobrze znany. Całuje narzeczoną, powierza jej noc poślubną, dosiada, wymiotując, potężnego rumaka śmierci.

(…)

CZTERDZIEŚCI CZTERY

Ten pan zamyślony i nadaremnie smutny mieszka od wielu już lat w piwnicy, bo dom wznoszący się nad nią jest zniszczony i nienadający się do zamieszkania. Kiedy wybuchła wojna religijna, on, cudzoziemiec iinnego wyznania, miał nadzieję, że chodzi o zwykłe zamieszki, do których skłonni byli mieszkańcy tego regionu, pragnący wszyscy umierać w   sposób hałaśliwy i ekshibicjonistyczny, ale też zabijać w   okrutny sposób. On nie lubił tego kraju, w którym przebywał jako sekretarz ambasadora innego kraju, gdzie nie prowadzono wojen religijnych, lecz wojny ateistyczne, uzasadnione naukowo. W   chwili gdy wybuchły wojny religijne, sekretarz nie był w stanie wrócić do ojczyzny, gdzie trwała właśnie okrutna wojna naukowa, która, z początku przynajmniej, dotyczyła sześciokątów i kwasów, ale potem stopniowo ogarnęła prawie wszystkie materie, z wyjątkiem historii starożytnej. Otóż sekretarz, którego widzicie ubranego ze skromną elegancją, wyznaje, ogólnie rzecz biorąc, inną religię, ale możliwe również, że nie wyznaje żadnej. W jego kraju szanuje się głównie wybory duchowe o   podłożu naukowym; w rzeczywistości on nie za bardzo kocha naukę i gdyby miał wybrać materię, w której chciałby być kompetentny, wybrałby historię starożytną: ale ponieważ jest to jedyna materia niekontrowersyjna, wybór taki uznany by został za podejrzany i wykpiony jako tchórzliwy. Tak czy inaczej, zostałby zabity. Wybuch wojny religijnej pozwolił mu nie odpowiadać na żądania wyjaśnień, jakie nadeszły z jego kraju; ale równocześnie zamknął go definitywnie w   kraju wojen religijnych. Od lat oddalał się co najwyżej parę dziesiątków metrów od swojej sutereny; był prawdopodobnie jedynym cudzoziemcem, jaki został w   kraju, w   którym masakry były codziennością i zaczynały być pedantyczne; kraju, w   którym nie było już miast, lecz malownicze połacie ruin czekające na śmierć ostatniego z   walczących, by okryć się bluszczem i być Historią. Chociaż nigdy nie przyznał tego otwarcie, lubi przebywać w tym miejscu właśnie dlatego, że tu prowadzi się wojnę, która jest mu obca; i dlatego on nie tworzy Historii, ale słyszy jej codzienny huk; i, miłośnik historii starożytnej i martwych języków, on też czeka, by zgodnie z tym, o czym zawsze marzył, żyć w kraju złożonym tylko i   wyłącznie z ruin porośniętych zielem bez historii.

(…)

CZTERDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

Pewien pan przez trzy dni kochał do szaleństwa pewną młodą kobietę i sam przez tyleż mniej więcej czasu był przez nią kochany. Spotkał ją przypadkiem dnia czwartego, gdy od dwóch godzin już jej nie kochał. Początkowo było to spotkanie lekko krępujące; rozmowa ożywiła się jednak, kiedy się okazało, że i   ta kobieta przestała pana kochać, dokładnie godzinę i czterdzieści minut temu. Z początku odkrycie, że ich szalona miłość należy bądź co bądź do przeszłości i że, jak należy sądzić, przestaną się wzajemnie torturować niemądrymi, przykrymi i nieuniknionymi pytaniami, wprowadziła mężczyznę i kobietę w stan pewnej euforii; i wydało im się, że patrzą na siebie jak dwoje przyjaciół. Euforia ta była jednak krótkotrwała. Kobieta przypomniała sobie bowiem o   owych dwudziestu minutach różnicy; ona kochała go jeszcze przez dwadzieścia minut, gdy on, jak sam to wyznał, przestał już ją był kochać. Kobieta znalazła w   tym powód do rozgoryczenia, frustracji i urazy. On próbował jej wykazać, że owe dwadzieścia minut świadczy o stałości jej uczuć i pozwala ją określić jako osobę wyższą moralnie. Ona odcięła się, że jej stałość nie podlega dyskusji, ale że w   tym wypadku ktoś tej stałości nadużył i obraził ją w sposób zimny i   wyrachowany. Owe dwadzieścia minut, podczas których kochając, nie była kochaną, wykopało między nimi przepaść, której nic już nie wypełni. Kochała lekkoducha i rozpustnika, czego w tym i w przyszłym życiu powinien się wstydzić. On starał się zwrócić uwagę, że skoro już się nie kochają, można uznać ten problem za nieistotny, a przynajmniej zbyt mało ważny, by prowadzić miał do tak gorzkich stwierdzeń; ale powiedział to dość żywo, w sposób zdradzający strach, a zarazem zniecierpliwienie. Kobieta odparła, że koniec ich miłości nie jest żadną pociechą, ale znakiem, że w   sposób bezsensowny dokonało się coś złego i że jej zostaną po tym blizny. On zaśmiał się nieszczerze. I w tejże chwili narodziła się między tym dwojgiem wielka nienawiść, nienawiść małostkowa i niepohamowana; obydwoje czuli w jakiś sposób, że owa różnica dwudziestu minut jest rzeczywiście czymś okropnym i   że zdarzyło się coś, co przynajmniej jednemu z nich uniemożliwi dalsze życie. Zaczynają teraz myśleć, że przeznaczona im jest ta wspólna dramatyczna śmierć, o której snuli gorączkowe marzenia w okresie swej szalonej miłości.

(…)

DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ

Ten młody człowiek kładzie się na łóżku i cierpliwie, ostrożnie szuka pozycji, którą on nazywa „pozycją kapitulacji”. Najpierw musi sprawdzić, czy ta pozycja mu odpowiada; i dlatego musi zbadać, jaki jest związek jego nóg, ramion i   brzucha, a nawet palców, włosów, paznokci i oczu z całym światem. Za każdym razem to sprawdzanie wydaje mu się głupie i maniakalne, ale nie potrafi prowadzić w inny sposób swojego badania. Poza tym nie ma wątpliwości, że w chwili gdy rozpoczyna dochodzenie, wykonuje mentalnie gest wyłączenia się ze świata i dlatego, choćby przez czystą grę dialektyczną, on światem nie jest. W   tym momencie wszystko, z czym się zetknie, jest punktem wyjściowym świata i cały świat, bez żadnych luk, zaczyna się od miejsca, w którym styka się z nim jego ciało. Niekiedy, a raczej bardzo często, jego ciało i świat nie są ze sobą w   zgodzie: dla nóg świat jest jak szorstki i szkodliwy futerał, ręce w nim toną, świat unieruchamia jego paznokcie, aby nie drapały. Wtedy on wie, że nie uzyskał pozycji, która by przynosiła spokój; nie szuka jej, ale układa się byle jak, wciąż próbując walczyć, zamyka oczy i zmierza nie tyle ku snowi, ile ku nieświadomości, którą uważa za zastosowany wobec świata fortel wojenny. Czasami świat się wyłącza: nie dotyka jego ciała i zdaje się nie wiedzieć nic o   jego woli bycia początkiem świata. Wtedy on próbuje mu się przypodobać i   zakomunikować, że jest nie tyle zgodny, co pogodzony ze światem jako całością, ze wszystkimi jego sposobami bycia. Kuli się na brzegu łóżka, zgina nogi tak, że wystają trochę poza krawędź, co ma oznaczać, że on się nie broni, ale zamierza wejść w świat, ułożyć swoje ciało w taki sposób, aby było nie tyle początkiem, co po prostu jednym miejsc świata. Jeśli ten gest zostaje zaakceptowany, rozkłada ramiona i z zamkniętymi oczami sprawdza wszystkie części ciała. Jeśli żadna nie umknęła, nie zbuntowała się, nie przejawia desperacji ani nie ujawnia oznak bycia maltretowaną, prosi własne ciało, aby się odprężyło, rozluźniło i pozwoliło, by to, co właściwe dla paznokci, przeniknęło do brzucha, a oko uzyskało informacje o dużym palcu u nogi. Aby to się zdarzyło, trzeba, by świat wziął w posiadanie ciało, a więc by nastąpił rzadki i   wspaniały moment kapitulacji; na co on może wreszcie przystać i odłożywszy ostrza swego codziennego życia, może zasnąć.

Giorgio Manganelli, Centuria. Sto krótkich powieści rzek, tłum. Halina Kralowa, Warszawa 2016.

Nie będzie wiedział, co z tym zrobić, zmarnuje to

image

Siedziałam obok Alfonsa i Marisy, nie zwracając uwagi na ich rozmowę. Spodziewałam się jakiejś oznaki buntu, ale nic takiego nie zaszło. Jak zwykle trudno było odgadnąć, co Lili siedziało w głowie: nie słyszałam krzyku, nie słyszałam gróźb. Pół godziny później pojawił się niezwykle uprzejmy Stefano. Zmienił ubranie, z czoła i oczu znikły białe plamy. Kręcił się pośród krewnych i przyjaciół, czekając na nadejście żony, a kiedy i ona wróciła na salę, już nie w sukni panny młodej, lecz stroju podróżnym, w pastelowym błękitnym żakiecie z jasnymi guzikami i w niebieskim kapeluszu, od razu do niej podszedł. Lila rozdała dzieciom migdałowe cukierki, nabierając je srebrną łyżką z kryształowej czaszy, potem przeszła wzdłuż stołów z bombonierami dla gości: wpierw dała je swoim krewnym, potem krewnym Stefana. Zignorowała całą rodzinę Solara, a nawet swojego brata Rina – ten zapytał ją z niespokojnym uśmieszkiem: już mnie nie kochasz? Nie odpowiedziała i dała bombonierę Pinuccii. Miała nieobecny wzrok i bardziej niż zazwyczaj zapadnięte policzki. Kiedy przyszła moja kolej, z roztargnieniem, bez żadnego porozumiewawczego uśmiechu postawiła przede mną szklany kosz wypełniony cukierkami i owinięty białym tiulem.

Tymczasem goście z rodziny Solara poczuli się urażeni, ale Stefano zażegnał niebezpieczeństwo, ściskając każdego z osobna z pokojowym wyrazem twarzy i tłumaczeniem:

– Jest zmęczona, trzeba cierpliwości.

Ucałował nawet Rina, szwagier jednak się skrzywił i usłyszałam, jak mówi:

– Stefano, to nie zmęczenie, ona się już taka skrzywiona urodziła. Żal mi cię.

Stefano odpowiedział z powagą:

– Co krzywe można naprostować.

Potem widziałam, jaki biegnie za żoną, która stała już w drzwiach, podczas gdy orkiestra grała pijane kawałki, a wielu cisnęło się do ostatniego pożegnania.

Jak widać nie będzie rozłamu, nie uciekniemy razem po drogach świata. Wyobraziłam sobie młodą parę, piękną, elegancką, jak wsiada do kabrioletu. Wkrótce dotrą na Wybrzeże Amalfitańskie, do luksusowego hotelu, i wszelka śmiertelna obraza przemieni się w łatwe do zażegnania dąsy. Żadnej zmiany zdania. Lila ostatecznie oderwała się ode mnie, i ten dystans nagle wydał mi się o wiele większy, niż mogłam przypuszczać. Ona nie tylko po prostu wyszła za mąż, nie tylko co wieczór będzie kładła się spać z mężczyzną, aby spełnić małżeńskie powinności. Było coś więcej, czego nie rozumiałam, a co w tamtej chwili stało się dla mnie oczywiste. Lila, przyjmując do wiadomości fakt, że jej dziecięcy trud przypieczętował Bóg wie jaką umowę handlową między jej mężem a Marcellem, przyznała, że na mężu zależy jej bardziej niż na kimkolwiek bądź czymkolwiek innym. Skoro już się poddała, skoro już przetrawiła afront, więź ze Stefanem musiała być naprawdę silna. Kochała go, kochała go tak, jak dziewczęta z powieści ilustrowanych. Przez całe życie poświęci dla niego każdy swój talent, a on nawet nie dostrzeże tej ofiary, będzie miał wokół siebie bogactwo uczucia, mądrości, wyobraźni, które ją cechują, i nawet nie będzie wiedział, co z tym zrobić, zmarnuje to. Pomyślałam, że ja nie potrafię nikogo tak pokochać, nawet Nina, umiem tylko ślęczeć nad książkami. Przez ułamek sekundy zobaczyłam, że jestem jak obtłuczona miska, w której moja siostra Elisa dawała jeść kotkowi do czasu, aż zniknął, a wtedy miska pozostała pusta i zakurzona u dołu schodów. Właśnie w tej chwili z silnym uczuciem lęku doszłam do wniosku, że posunęłam się za daleko. Powiedziałam sobie, że muszę się cofnąć, muszę postąpić jak Carmela, Ada, Gigliola, jak sama Lila. Zaakceptować dzielnicę, odrzucić pychę, ukarać zarozumiałość, przestać upokarzać tych, którzy mnie kochają. Kiedy Alfonso i Marisa wymknęli się, aby na czas zdążyć na spotkanie z Ninem, szerokim łukiem, unikając matki, poszłam na taras, by dołączyć do swojego chłopaka.

Elena Ferrante, Historia nowego nazwiska, tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór, Katowice 2015.

Słowa-mordercy

Mam w  pamięci wiele podobnych zdarzeń. W tamtych czasach zarówno dzieci, jak i dorośli często chorowali i ulegali różnym wypadkom, rany krwawiły i ropiały, niektórzy od tego umierali. Jedna z córek pani Assunty, tej, która sprzedawała owoce, skaleczyła się zardzewiałym gwoździem i zmarła na tężec. Najmłodszy synek pani Spagnuolo udusił się, gdy chorował na krup. Jeden z moich kuzynów, dwudziestolatek, wyszedł rano do pracy przy usuwaniu gruzu, a wieczorem leżał martwy, przygnieciony kawałkiem muru, krwawiąc z ust i uszu. Mój dziadek zabił się, bo spadł z dachu, gdy pracował przy budowie domu, a ojciec pana Pelusa nie miał ręki, bo obcięła mu ją tokarka. Z kolei siostra Giuseppiny, żony pana Pelusa, zmarła na gruźlicę, nie skończywszy dwudziestu dwóch lat. Najstarszego syna don Achillego nigdy nie widziałam na oczy, ale dużo o nim słyszałam i wydaje mi się, jakbym go znała, bo to był ten, co poszedł na wojnę i zmarł dwa razy – najpierw, kiedy utopił się w Oceanie Spokojnym, a potem, kiedy pożarły go rekiny. Cała rodzina Melchiorre zginęła, krzycząc ze strachu, podczas bombardowania; kiedy ich odkopali, leżeli razem i  obejmowali się. Panna Clorinda wolała oddychać gazem zamiast powietrzem, żeby się nim zatruć na śmierć. Giannino, który uczył się w  czwartej klasie, kiedy my byłyśmy w  pierwszej, zginął przy wybuchu niewypału; Luigina, koleżanka z podwórka, a może nie – może zostało mi w pamięci tylko jej imię – zmarła na dur plamisty.

Żyłyśmy w  świecie pełnym słów-morderców: krup, tężec, tyfus, gaz, wojna, tokarka, gruzy, praca, bombardowanie, gruźlica, ropienie, bomby. Rozliczne lęki, jakie towarzyszyły mi przez całe życie, wywodzą się z tych słów, z tamtych czasów.

Elena Ferrante, Genialna przyjaciółka, tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Katowice 2014.

Nie tęsknię za dzieciństwem

Nie tęsknię za dzieciństwem. Naszym dzieciństwem rządziła przemoc. Codziennie doświadczałyśmy wszystkiego, co najgorsze, w  domu i  poza domem, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek pomyślała, że życie, które przypadło mi w  udziale, było szczególnie podłe. Było, jakie było i  tyle. Dorastałyśmy w przeświadczeniu, że musimy utrudniać je innym, zanim inni utrudnią je nam. Jasne, że wolałabym być miła i grzeczna, jak uczył nas ksiądz proboszcz i pani w  szkole, ale czułam, że w  ten sposób mogłabym w  naszym osiedlu źle skończyć, pomimo że byłam dziewczynką. Zresztą kobiety walczyły z sobą jeszcze bardziej zawzięcie niż mężczyźni, szarpały się za włosy, sprawiały sobie ból bez zahamowań. Sprawianie bólu było powszechnym zwyczajem.

W dzieciństwie wyobrażałam sobie, że w nocy przybywają do naszej dzielnicy małe, ledwie widzialne istoty. Wychodzą z kałuż, z wagonów stojących za nasypem, ze śmierdzących chwastów zwanych smrodlawkami, z much, jaszczurek i zdechłych żab, z kamieni i kurzu. Przenikają do pożywienia i wody, unoszą się w powietrzu i zarażają nasze matki i babcie złością, zamieniają je we wściekłe suki. Było z nimi gorzej niż z  mężczyznami, bo ci wprawdzie złościli się częściej, ale w końcu uspokajali się, podczas gdy kobiety, z pozoru potulne i  ciche, kiedy wpadały we wściekłość, nie miały umiaru.

Elena Ferrante, Genialna przyjaciółka, tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Katowice 2014.