I to jest wszystko, a jednocześnie najmniej, co można powiedzieć o ludzkich związkach

Podbródek, który siłą przyzwyczajenie w trzeźwych i świadomych chwilach naszego życia utrzymuje usta zamknięte, górną szczękę kładzie na dolnej, a górną wargę przysuwa do dolnej, w takich chwilach się rozluźnia, wraca do pradawnego stanu sprzed nabytych nawyków, rozluźnia trzeźwą, świadomą dyscyplinę, poza godzinami snu utrzymującą mięśnie twarzy w ciągłym napięciu, którego rodzaj i natężenie określają charakter twarzy, przez co tam, w środku, język wznoszący się nad górną krawędzią dolnej szczęki znajduje się w niepewnie rozkołysanej pozycji, a kiedy usta się otworzą, ślina zebrana u wrót zębów, nieopodal wznoszącego się łuku języka, spływa na dno jamy ustnej.

Głowy lekko odchylają się w bok, jedna w lewo, druga w prawo, kiedy bowiem usta dwóch osób chcą spotkać się ze sobą, ich twarze muszą ominąć nosy wystające z rzeźby ludzkich głów.

Kiedy oczy ocenią już odległość i na podstawie danych o rzeźbie głowy obliczą potrzebny kąt nachylenia, a z rosnącej ciągle prędkości zbliżania się można już wyznaczyć moment spotkania, wtedy powieki miękko i powoli opadną na oczy, z takiej bliskości widzieć jest już rzeczą niemożliwą i niepotrzebną, z czego naturalnie nie należy wyprowadzać wniosku, jakoby wszystko, co niemożliwe, miało być niepotrzebne, jednakowoż szpara pomiędzy powiekami całkowicie się nie zamyka, lecz pozostawia odrobinę miejsca, tylko tyle, by długie rzęsy, tak oto symetria oczu i ust staje się doskonała: jest to stan pełnej świadomości, choć człowiek nie jest do końca przebudzony, ile odda z napięcia trzeźwości, tyle straci z jasności myśli, tu coś się otwiera, choć nie całkowicie, tam się zamyka, choć też nie do końca.

Gdybym chciał więcej powiedzieć o pocałunku, o spotkaniu dwojga ust, o chwili, kiedy bezpośrednie zmysłowe odczuwanie nagle staje się bezpośrednim odczuwaniem dwóch ciał, gdybym chciał o tym powiedzieć coś bliższego, musiałbym chyba wkroczyć za pionową, pokrytą bruzdami powłokę otwartych, muskających się wzajemnie warg.

O ile coś podobnego byłoby możliwe bez noża chirurga, o tyle samo współdziałanie narządów zmusiłoby nas do strasznego wyboru, czy mamy posuwać się wzdłuż mięśni opadających lekkimi falami ku kącikowi ust, czy też podążać za pajęczyną wijących się żyłek i nerwów; w pierwszym przypadku musielibyśmy przedostać się przez wianuszek gruczołów ślinowych zwartych ze sobą warg i ust, a poprzez tkankę łączną szybko dobrać się do błony śluzowej, podczas gdy w drugim przypadku, jak gdyby przez cienkie niczym włoski korzonki drzewa, dostawalibyśmy się do samego pnia, a stamtąd do centralnego ośrodka nerwowego korony, w trzecim zaś przypadku, zależnie od tego, czy ruszyliśmy niebieskim, czy czerwonym szlakiem, dotarlibyśmy do piwnicy lub komórki.

Na szczęście jedynie w bajkach musimy spośród trzech dróg wybierać tę jedyną, zbawienną drogę, jeśli jednak nie pragniemy zbawienia, a tylko chcemy zaspokoić naszą zwykłą i bez wątpienia dość powierzchowną ciekawość, możemy wybrać czwartą z możliwości, możemy wślizgnąć się do ust pomiędzy ledwie stykającymi się ze sobą wargami, a nie będzie to łatwe, powierzchnia w tym miejscu jest niemal całkiem sucha, ślinianki obficie wydzielają ślinę, ale niepewnie kołyszący się język nie zwilża ust, tak więc im więcej czasu upłynęło od chwili, w której dotknęły się wargi, tym są one suchsze, czasami przypominają ziemię spękaną podczas suszy, choć w wewnętrznym łuku dolnych zębów, tam, pod językiem, zebrało się już całkiem pokaźne jeziorko śliny.

Kiedy posuwając się skalistym wierzchołkiem dolnych zębów, ominiemy to jeziorko, a potem u ich nasady, po wzdłużnej płaszczyźnie, zaczniemy wspinać się w górę i dotrzemy do śliskiego grzbietu niepewnie kołyszącego się języka, by stamtąd spojrzeć na przebytą drogę, roztoczy się przed nami doprawdy nadzwyczajny widok.

Przedsięwzięcie, ma się rozumieć, nie jest wolne od niebezpieczeństw, jeśli nie zatrzymamy się na kubkach smakowych, to z łatwością możemy ześlizgnąć się do gardzieli, niemniej warto zaryzykować, w końcu jesteśmy w bezpiecznej jaskini, nad nami rozciąga się piękny łuk podniebienia, przed nami otwór jamy ustnej tworzy regularny rozwartokątny trójkąt, i jeśli nawet nie jesteśmy tu po to, by podziwiać zachwycające widoki, to zdziwieni zakrzykniemy, że anatomiczny obraz jamy ustnej, oglądany z tej wewnętrznej perspektywy, jest dokładnie taki sam, jak zwykliśmy przedstawiać oko Boga.

Kiedy zaś wyjrzymy na zewnątrz, nagle wszystko pociemniej nam przed oczyma, a u wejścia do jaskini, napędzany sprzecznymi siłami ssania i wnikania, może nie do końca symetrycznie, trochę zsuwając się na bok, przylgnie ten drugi trójkąt, i wtedy dojdzie do pocałunku, a my poczujemy, jakby w mroku zwierających się ze sobą jaskiń ust oko jednego Boga spojrzała w oko drugiego Boga.

Radość naszego odkrycia w tej pełnej emocji chwili często zostaje zmącona udręką niepewności, zadajemy sobie bowiem pytanie, czy dotknięcie warg dwojga ludzi, pocałunek, naprawdę jest spotkaniem o tak wielkim i wyjątkowym znaczeniu, w którym oko jednego Boga spogląda w oko drugiego Boga?

Dręczeni wątpliwościami przekopujemy zbiór naszej wiedzy i doświadczeń, te zaś potwierdzają nasze tezy bądź też im zaprzeczają, ale żeby odnieść się do owych zaprzeczeń albo potwierdzeń musimy zagłębić się w ciało, ale przecież już w nim jesteśmy!, i wziąć pod lupę narządy biorące udział w miłosnym życiu człowieka.

Kiedy zaś przyjrzymy się z bliska narządom i ich właściwościom, dojdziemy do dziwnego i dla niektórych zapewne szokującego wniosku, że miłosna rozkosz, będąca warunkiem i koniecznością funkcjonowania instynktu podtrzymania gatunku, u każdego człowieka, tak u kobiety, jak i u mężczyzny, możliwa jest do wywołania także bez udziału tego drugiego, mało, możliwe jest także samodzielne osiągnięcie zaspokojenia, i że do tego wcale nie jest potrzebna druga osoba.

Poczucie zamknięcia w sobie i osiągnięcia pełni w samym sobie, kiedy człowiek, przywołując w myślach obraz cielesnego dotyku drugiej osoby, sięga dłonią do swojego samotnego ciała, zna z doświadczenia każdy z nas.

Osoby o słabej psychice, wstydliwe i pełne oporów nie muszą od razu sięgać do własnych narządów płciowych, wystarczy, że skóra ich dłoni, niby przez przypadek, dotknie okoli ud, brzucha czy miednicy, by pomiędzy ich własnym ciałem a własną skórą zrodził się kontakt niezbędny do osiągnięcia zmysłowej rozkoszy; u kobiet wchodzą tu jeszcze w rachubę piersi, brodawki i ich ciemne otoczki, potem zaś, bądź też równolegle, pieszczoty w okolicy wzgórka łonowego, które niekiedy całkiem bez udziału woli stają się rytmiczne, powodują wzrost ciśnienia krwi i przyspieszenie oddechu, odpowiadające ostrożnym i czułym pieszczotom, jakimi kobiety zazwyczaj rozpoczynają grę w miejscu, w którym biorą początek męskie uda, by przysunąć się wyżej do jąder i żołędzi, kobiety mogą też dotykać swojej maleńkiej łechtaczki, uważnie, by palce nie drażniły zbyt boleśnie jej nadzwyczaj wrażliwej główki, mężczyźni podobnie, choć nieco mocniejszym ruchem, mogą chwycić w palce jamistego członka i pociągając napletek, to uwalniać żołądź, to ją zakrywać, by rozkosz doznawana na koronie żołędzi otworzyła zawory, przez które krew płynąca w arteriach dopłynie do ciał jamistych, powodując ich wypełnienie krwią.

A ponieważ mowa tu o funkcjonowaniu pojedynczego człowieka i zaspokajaniu jego osobistych potrzeb, formy i sposoby tego funkcjonowania mogą w znaczący sposób różnić się od siebie.

Mimo różnorodności sposób wywoływania i zaspokajania cielesnych potrzeb nie wolno nam jednak zapominać, że z punktu widzenia fizjologii ludzkiego ciała w każdym z nas zachodzą dokładnie te same procesy, co najwyżej ich natężenie, głębia czy skuteczność, a także efekt mogą być różne, gdyż procesy te w każdym człowieku i w każdym pojedynczym przypadku stanowią zamkniętą całość, z góry określoną przez prawidłowości rządzące funkcjonowaniem ludzkiego ciała, i nie ma tu znaczenia, czy dzieje się to pomiędzy osobami różnej, czy tej samej płci, czy jest wynikiem jakiegokolwiek mechanicznego działania, fantazji, czy też połączonej z fantazjowaniem masturbacji.

Z drugiej zaś strony, jakkolwiek niezależną całość tworzyłyby fizjologiczne prawidłowości rządzące wywoływaniem, utrzymywaniem rozkoszy i jej zaspokajaniem, nawet jeśli byłby to formy najbardziej zamknięte, podczas masturbacji czy nieświadomych polucji pojawiają się elementy burzące ten z fizjologicznego punktu widzenia całkowicie niezależny system.

Jak gdyby natura nie pozwalała, by koło samo się zamknęło; w chwili masturbacji działa fantazja, w przypadku polucji sen, a wyobraźnia lub marzenia senne wiążą osobę i niezależne mechanizmy jej ciała z drugą istniejącą bądź tylko potencjalnie istniejącą osobą.

I to jest wszystko, a jednocześnie najmniej, co można powiedzieć o ludzkich związkach.

Péter Nádas, Pamięć, tłum. Elżbieta Sobolewska, Stronie Śląskie 2017, ss. 640- 644.

Ukłucie w udo

Wokół rozchodziła się woń starego drewna, naturalny zapach, którego meble nigdy nie tracą i który przypomina o ich pochodzeniu, dając poczucie bezpieczeństwa, pewności i stałości, wydawało mi się nawet, że czułem charakterystyczny zapach zakurzonych papierów zalegających pokoje prokuratury, to stare, niepotrzebne już biurko ojciec kiedyś przyniósł stamtąd do domu; ona się nie poruszała, ale wiedziałem, że przyjdzie, już jej pierwszy ruch wytwarzał pomiędzy nami napięcie, które musiało znaleźć ujście, na tym polegała nasza zabawa; po chwili, jak gdyby nie tylko zmagała się z ciężarem własnego ciała, ale popychała je do przodu, usłyszałem ciężkie, niezdarne kroki.

Kiedy ujrzałem jej długą, białą koszulę, siedziałem w dalszym rogu ukrycia pod biurkiem skulony niczym pająk, a w dwóch palcach trzymałem pomiędzy paznokciami główkę szpilki, ostry koniuszek kierując prosto przed siebie; ona osunęła się na kolana, jej twarz promieniała uśmiechem, mógłbym powiedzieć, że w tych chwilach byłem wolny od wszelkich uczuć, aczkolwiek mógłbym powiedzieć też coś wręcz przeciwnego, w takich bowiem momentach moje uczucia osiągał stan jakiegoś szczególnego skupienia; z takim zapamiętaniem i tak prędko sunęła ku mnie na kolanach, do środka, pod biurko, jak gdyby chciała się na mnie rzucić, po kilku krokach więzła jednak w zaplątanej pod kolanami koszuli nocnej, traciła równowagę, uderzała głową o kant biurka i rozciągała się jak długa, waląc głową o podłogę; niepisany regulamin okrucieństwa nakazywał jednak, by wszystko zdobywała sama, bez niczyjej pomocy.

Pomysły, które przychodziły jej do głowy, były podobnie chaotyczne jak funkcjonowanie jej pamięci, wstawała, uśmiechała się jeszcze promienniej, jeszcze radośniej, jak gdyby nic się nie stało, bez odrobiny zażenowania wyciągała spod kolan zmiętą koszulę, robiła to, powiadam tak naturalnie, jak gdyby podświadomie rozumiała logiczny związek pomiędzy koszulą a upadkiem na ziemię, podczas gdy w innych okolicznościach nie była w stanie dostrzec o wiele prostszych i bardziej oczywistych zależności, na przykład chcąc zjeść owoce, z łatwością wdrapywała się na drzewo, ale już nie umiała zejść, siedziała na kołyszącej się gałęzi tak długo, aż ktoś wreszcie ją tam zauważył, kurczowo trzymała się drzewa i cichutko sobie popłakiwała, a przecież zejść na dół nie było niczym trudniejszym, niż wejść na górę, czasami nawet wdrapywała się tak wysoko, że trzeba było przy pomocy drabiny ściągać ją z wierzchołka drzewa; być może żądza radości i przygody wyzwalała w niej taką pomysłowość, a kiedy już zaspokoiła swoją żądzę, obojętne, czy jej przedmiotem była czerwona czereśnia, żółciutka morela czy moja osoba, jej pamięć odmawiała posłuszeństwa, zaspokojona pomysłowość obumierała, wracała do swojego świata, w którym przedmioty trwały samotne i niczym ze sobą niezwiązane, krzesło tylko wtedy było krzesłem, gdy ktoś na nim siedział, stół tylko wówczas był stołem, gdy postawiono na nim talerz, podobnie nie rozumiała związków pomiędzy zjawiskami, te były albo ich nie było, najwyżej stapiały się ze sobą bezładnie; jej upiorny śmiech i nieruchomo, zastygłe w bezruchu oczy zdradzały drzemiące w niej tęsknoty; sunęła ku mnie na kolanach i już była pod biurkiem, tu czuła się bezpieczna, nikt nie widział, co robimy, ja byłem na swój sposób zaślepiony moimi pragnieniami, ona dyszała rozemocjonowana, ja też głośno oddychałem, nasze napięte zmysły z całą wyrazistością odbierały oddzielne, a jednak harmonijne oddechy, niczym melodię jakiejś dziwnej muzyki, i gdybym nie podniósł ręki i nie skierował ostrza szpilki prosto w kierunku jej oka, ono samo przyciągnęłoby do siebie tę szpilkę, a ona wtedy natychmiast by się na mnie rzuciła; lubiła się ze mną siłować; nie bała się ani nie przestawała się uśmiechać, trwała w niezmienionej pozycji, robiła sobie krótką przerwę, zatrzymując oddech w nadziei na dokończenie zabawy.

Nawet nie zmrużyła oczu, a przecież ostrze szpilki było już tylko w odległości kilku centymetrów od jej błyszczących białek, ja też nie poruszałem dłonią, czułem jedynie, że otwieram usta, niczego nie chciałem zrobić, ale ona tam była, otwarta, zdana na mnie, może dlatego, że była wrażliwsza, drżała, mrugała, bała się, a gdyby jednak do tego doszło, gdyby przez przypadek bardziej pochyliła się w moją stronę albo gdybym poruszył dłonią, niewiele brakowało do tragicznego rozwoju sytuacji, ale niewidzialna przeszkoda, jakaś ściana, ułamek sekundy, to coś wydawało się niezależne od moich zamiarów, było zewnętrzną, działającą poza mną siłą, choć oczywiście związaną z moimi zamiarami, nawet jeśli nie zdawałem sobie z nich sprawy, z ukrytymi i sekretnymi zamiarami, z ciekawością, która zawsze we mnie zwyciężała, teraz jednak nie zwyciężyła!, aczkolwiek mogło tak się stać!, i nawet nie mógłbym mieć wyrzutków sumienia, bo nienasycone pragnienie przejrzenia na wskroś obojętnych form spraw i zjawisk, wymuszenia z nich głosu i krwi, przywłaszczenia sobie tej obojętności, tak jak ust Krystiana czy później wiele innych ust, spowodowało, że stałem się bezwolnym narzędziem tej dziwnej siły; ale nie tak się stało, i nie wiem, czy to, co się wydarzyło albo mogło się wydarzyć zamiast dopełnienia tej potworności, nie było jeszcze gorsze.

Kiedy bowiem dobiegła końca chwila beznadziejnego bezruchu, ona, otrzeźwiona odległością, lekko przycupnęła na piętach, a szpilka, którą trzymałem w palcach, nie była już niczym innym jak dowodem mojej skończonej głupoty, kretynizmu, które można by było skwitować wzruszeniem ramionami, coś się nie wydarzyło, coś, co mogło się wydarzyć, i znów musiałem zamknąć usta, znów słyszałem własny, głupio szybki oddech, i jej oddech też, a to wzbudziło we mnie taką wściekłość, zwyczajną, ordynarną złość, nie udało mi się, znów zostałem sam, jeszcze raz wyciągnąłem za nią dłoń i jednym jedynym ruchem wbiłem szpilkę w jej nagie udo.

I znów nic się nie wydarzyło, odchyliła się w tył, nie wydając z siebie żadnego głosu, jak gdybyśmy znów byli na samej górze, a teraz spadali na sam dół, wstrzymała oddech, choć pewnie nie z bólu, koszula podciągnięta aż na brzuch odsłaniała szparę rozwierającą się pomiędzy jej rozłożonymi udami, otwór ciemniejący pomiędzy dwoma lekko zaczerwienionymi, twardymi wzgórkami, do nich zbliżała się szpilka, nie umiałem się powstrzymać, nie ukłułem, nawet nie dotknąłem jej skóry, tylko wsunąłem w sam otwór.

A potem ukłułem ją w udo.

Nie tak leciutko jak przed chwilą, ale głęboko, z całej siły, zapiszczała, widziałem, jak przestaje się uśmiechać, jak gdyby fizyczny ból zerwał z niej zasłonę śmiechu, zobaczyłem jej wzrok szukający ucieczki, i wtedy rzuciła się na mnie.

Ciemny płaszcz wiszący na wieszaku był bez wątpienia znakiem, że mamy gościa, w dodatku szczególnego gościa, płaszcz był ponury i sztywny, nie można go było pomylić z innymi płaszczami, które zazwyczaj widywałem na tym wieszaku, wydawał się marny i zniszczony, nie miałem więc ochoty, jak zawsze, kiedy zostawałem w przedpokoju sam na sam z obcymi płaszczami, pogrzebać w kieszeniach w poszukiwaniu drobniaków i, nasłuchując pod ścianą, we właściwej chwili wyciągnąc z nich kilku fillerów albo forintów.

Teraz nie dochodził do przedpokoju żaden szmer, nie słyszałem głosu rozmów, wszystko było tak jak zawsze; otworzyłem więc drzwi i, nie zdążywszy nawet się zdziwić, zrobiłem kilka kroków w stronę łóżka.

Péter Nádas, Pamięć, tłum. Elżbieta Sobolewska, Stronie Śląskie 2017, ss. 102-105.

Całe moje ciało istnieje po to, by napawać się tym widokiem

„Co się tam stało?”, zapytałem cicho, może nawet zbyt cicho, a zdumienie, które zajęło we mnie miejsce strachu, sparaliżowało mi gardło, matka jednak, jak gdyby nie przejmując się moimi pytaniami albo ich nie słysząc, wyszła na taras, zrobiła kilka kroków i, jakby niemiły stukot obcasów kazał się jej zatrzymać, w pośpiechu uciekła do pokoju, „Co się stało?”, zapytałem już tym razem głośniej, a ona podeszła do drzwi prowadzących na korytarz, otworzyła je i się cofnęła!, wtedy musiałem już wyskoczyć z łóżka i pospieszyć jej z pomocą.

Nasze pędzące naprzeciw siebie ciała zderzyły się ze sobą i spotkały na środku ciemnego pokoju.

– Co się stało?

– Wiedziałam, od pięciu lat wiedziałam!

– Co się stało?

– Wiedziałam, od pięciu lat wiedziałam!

Staliśmy wczepieni w siebie.

Jej ciało było przerażająco napięte i tak sztywne, że aż twarde, i choć na chwilę mnie objęła, a ja, obejmując ją, próbowałem poddać się jej objęciom, wyraźnie czułem, że ta bliskość nie przynosi jej ulgi, moje dobre chęci nie wystarczają, ja czuję ją, ale ona nie czuje mnie, równie dobrze mógłbym być sekreterą albo fotelem, których może się chwycić, jeśli straci równowagę, aż wreszcie podjęła tę bliską szaleństwa decyzję; mimo to nie chciałem jej puścić, mocno przycisnąłem czoło do jej czoła, jak gdybym dobrze wiedział, co zamierza, przed jakim strasznym czynem muszę ją powstrzymać, choć właściwie nie miało dla mnie znaczenia, przed czym ją powstrzymuję, nie miałem o tym wszystkim bladego pojęcia, instynkt podpowiadał mi, że przed tym, co chce teraz zrobić, cokolwiek by to miało być, muszę ją powstrzymać!, i jak gdyby moje wysiłki odniosły skutek, jak gdyby wreszcie zrozumiała, że tak, jestem jej synem, należę do niej, pochyliła się nade mną i, niemal gryząc, gorąco pocałowała mnie w szyję, ale w chwilę później, czerpiąc ze swojego pocałunku i mojego sparaliżowanego strachem ciała siłę do kolejnego kroki, nagle wyrwała się z moich objęć i odepchnęła mnie od siebie, „Nieszczęsny!”, zawołała głosem pełnym rozpaczy i biegiem rzuciła się w kierunku tarasu.

Pobiegłem za nią.

Pędziła przez taras, ale nie w stronę schodów prowadzących do parku, jak mogłem przypuszczać, tylko w zupełnie przeciwnym; zatrzymała się przed drzwiami do pokoju panny Wohlgast.

W pokoju paliły się świece, drzwi były otwarte, a drżące, rozkołysane światło ślizgało się po kamieniach prosto pod nasze nogi.

Nigdy wcześniej nie czułem aż w takim stopniu, że stoję na stopach.

Że nie tylko moje oczy, ale całe moje ciało istnieje po to, by napawać się tym widokiem.

Dzieci bowiem nie tylko wiedzą często o rzeczach, które mają w takich chwilach miejsce, ale, choć zabrzmi to skandalicznie, dzięki rozkoszy czerpanej z własnego ciała mogą mieć w tej materii pewne doświadczenie; ich widok tak mnie jednak zaskoczył, że nie byłem w stanie go zrozumieć.

Widok dwóch obcych sobie ciał.

Panna Wohlgast leżała na boku z nogami podkurczonymi aż do piersi, wokół porozrzucane białe ubrania, a potężne, rozłożyste, teraz, gdy patrzę okiem doświadczonego mężczyzny, piękne, krągłe pośladki obracała w stronę ojca; obracała?, przysuwała, ofiarowała, podawała!, on zaś przywierał do nich, uderzał w nie swoim przyrodzeniem, odrywał się od nich, klęczał czy siedział nad nią w kucki, jedną rękę zanurzając w jej rozpuszczonych ciemnych włosach i z całej siły chwytając je tuż przy samej skórze; był już w środku tego doskonale zamkniętego ciała, buszował w nim delikatnie, ale z wielką siłą; dziś już wszystko jest dla mnie jasne, tylko wtedy bowiem członek może wejść możliwie najgłębiej, a raczej najwyżej; wrażliwy napletek, szeroka kryza żołędzi, nabrzmiałe supły żył pocierają nabrzmiewającą łechtaczkę, gładzą wargi, głaszczą i szorują śliską, obejmującą niczym jaskinia pochwę, przez co erekcja staje się tak silna, tak pulsująca, że tam, na samym końcu, macica wydaje się jedyną przeszkodą!, wypełniwszy dokładnie pustkę, już nie potrafimy odróżnić, co należy do nas, a co do tej drugiej osoby; w tej dziwnej pozycji gwałt i czułe oddanie się wydają się jednym i tym samym, cóż więc może być więcej, jak możemy wyobrazić sobie rozkosz?, to jednak, co wtedy zobaczyłem, nie było niczym innym jak widokiem ojca, jego pleców pochylonych aż do skurczu, rozwartych pośladków, co wyglądało tak, jak gdyby chciał się wypróżnić, wolną ręką podpierał się o ziemię, w rytmicznym ruchu widziałem jego ogromne, lekko uniesione jądra, które po chwili znów zakryły miejsce wywołujące w nich tętniącą rozkosz; panna Wohlgast krzyczała cieniutkim głosikiem, otwarte usta ojca budziły we mnie strach, wydawało się bowiem, że nie może ich zamknąć, wydobywało się z nich głębokie charczenie, czubek języka wystawał na zewnątrz, oczy miał otwarte i niewidzące, ale wtedy tamten pisk i charczenie nie łączyły się dla mnie w sposób oczywisty z rozkoszą, kiedy bowiem ojciec wszedł już w nią najgłębiej, jak mógł, i odnalazłszy swoje ostateczne miejsce, zamarł w odrętwieniu, a całe jego ciało pokryte plamami czarnego owłosienia zostało ogarnięte bezsilnym, nienasyconym drżeniem, uniósł głowę panny Wohlgast i kilkakroć uderzył nią o ziemię; i kiedy rozdzierająco pisnęła z rozkoszy, zaczęła się pod nim miotać, jak gdyby chciała uciec, oddalić się od zenitu doznań, łono ojca z nie mniejszą niż przed chwilą siłą znów zaczęło się przybliżać i oddalać, jej pisk stał się ciepły i łagodny, a wtedy ojciec szarpnął ją za głowę i zaczął uderzać nią o podłogę, aż dudniło.

Jeśli nawet w tamtych chwilach uczucie rozkoszy było we mnie silniejsze od zaskoczenia, i jeżeli, zapomniawszy o matce, wszystkimi zmysłami oddałem się temu widokowi, a wręcz, bez względu na wszystko, byłem szczęśliwy, że to widzę, i nie należy tego przypisywać dziecięcej ciekawości ani nawet temu, że mój drogi towarzysz zabaw z Heiligendamm, trochę starszy ode mnie hrabia Stollberg, już mnie wtajemniczył w te sekretne sprawy, to po prostu niespodziewanie doszły we mnie do głosu najrozmaitsze, dotychczas ukryte pragnienia, tęsknoty i skłonność do okrucieństwa; jak gdyby to oni je we mnie wyzwolili, jak gdyby panna Wohlgast swoim piskiem przyłapała mnie na gorącym uczynku!, ich widok pozwolił mi zgłębić świat zmysłów, wszystko bowiem, co się tam działo, dotyczyło nie mnie samego, ani mojej teoretycznej dotychczas wiedzy, ani nawet mojego towarzysza, którego kiedyś niespodziewanie zaskoczyłem na moczarach, jak leżąc na bagnistej ziemi, zabawiał się swoim ptaszkiem, ani też mojego ojca, lecz wprost przedmiotu mojego podziwu i pożądania, samej panny Wohlgast.

Moje liczne nocne ucieczki nie pozostały tedy bezskuteczne, bo wprawdzie chciałem zostać sam na naszym wspólnym tarasie, jednak cieszyłem się, że mogę ją tam spotkać, a ona przytulała mnie do swojego ciała ciepłego od łóżka i nieprzespanej nocy.

Jej ciepło emanowało pięknem, choć nie było to piękno jej ciała ani regularnych rysów twarzy, ale, że tak się wyrażę, jej żywego mięsa i rozpalonej skóry; i choć każdy z łatwością mógł dostrzec, że pod względem linii i form była daleka od ideału, to wydawała się o wiele bardziej pociągająca niż tak zwane doskonałe ciało; cóż to więc za szczęście, że bardziej wierzymy naszym dłoniom niż zimnej estetyce!, tu muszę szybko dodać, że nawet moja matka nie potrafiła się oprzeć temu dziwnie silnemu wrażeniu, i choć miała zwyczaj kierować się oschłymi regułami, tutaj uwierzyła własnym oczom, była zachwycona panną Wohlgast, uwielbiała ją, jak gdyby igrając z myślą, że mogłaby zostać jej przyjaciółką, tak jak Frick był zaufanym przyjacielem ojca; błyszczące brązowe oczy, południowa, ciemna jak u Cyganki skóra, zaróżowiona i napięta na szerokich kościach policzkowych, rozwarte, nerwowe nozdrza małego noska, usta nabrzmiałe krwią, jak gdyby przecięte pionowo rytualnym ciosem miecza, działały także na matkę, w obecności panny Wohlgast matka była jak naelektryzowana, choć ojciec, chcąc się z nią podrażnić, zwracał uwagę, że „panna Wohlgast jest rzeczywiście bardzo wulgarna”, matka tolerowała zbyt głośny sposób mówienia, przymykała oczy na jej graniczącą ze złymi manierami poufałość, i nie przeszkadzało jej nawet umysłowe ograniczenie tej panny, ucieleśnione w niskim, płaskim czole, a panna Wohlgast zamiast odpowiedzieć na zachwyt matki zdyscyplinowanym zachowaniem, stawała się jeszcze bardziej nieokiełznana; a więc ja też znałem ciało, które leżało wtedy na podłodze; małe, sztywno sterczące piersi, talię, która w odpowiednio uszytych sukniach wydawała się jeszcze węższa, biodra, których szerokość efektownie podkreślał krój jej strojów; znałem je dobrze, gdyż tamtej nocy, kiedy bezsenność i spokój wygnały ją na taras, i tam przytuliła mnie do siebie z matczyną czułością, aczkolwiek zbyt wielką, i dziś już wiem, że przecież adresowaną do ojca, poczułem to ciało w całej jego nieukrywanej, pozbawionej proporcji doskonałości, nie miała na sobie nawet szlafroka, a przez delikatny jedwab koszuli nocnej czułem niemal wszystko, nawet miękką gęstwinę łona, kiedy niby przypadkiem zbłądziła tam moja ręka, no i ten zapach, w którym się pogrążałem.

Ale już wystarczy, ani słowa więcej!

Poczucie miary i dobry smak każą mi przerwać tu na chwilę moje wspomnienia.

Matka wydała z siebie jęk i bez przytomności runęła na ziemię.

Péter Nádas, Pamięć, tłum. Elżbieta Sobolewska, Stronie Śląskie 2017, ss. 141-145.

You’re after my breasts, you devil!

After a time I began to long for the afternoons when my mother’s friends would come and take my head between their warm, soft hands and tell me what dark eyes I had: it was a dizzying joy to have them touch me or to touch them. I tried to imitate the martyrs’ courage by jumping up to them when they arrived and greeting them with a kiss or a hug. Most of them looked surprised or bewildered on such occasions. “Heavens, Erzsi, you have a nervous jumpy boy!” they would say to my mother. A few of them suspected me, especially when I managed to have my hands fall on their breasts – for some reason this was more exciting than just touching their arms. However, these incidents always ended in laughter: I don’t remember them being very intent on anything for very long. I loved them all, but I used to wait most eagerly for Aunt Alice. She was a slightly plump, big-breasted blonde, with an absolutely fantastic perfume and a round, beautiful face. She used to pick me up and look into my eyes with mock anger and some coquettishness, I believe, admonishing me in a stern-soft voice: “You’re after my breasts, you devil!”

Aunt Alice was the only one who gave me my due as a personage of grave importance. Having become the first Hungarian Pope and suffered a martyr’s death in my imagination, I already viewed myself as a great saint, temporarily stranded in childhood. And though Aunt Alice attributed to me a different kind of greatness when she called me a devil, I felt that deep down we meant the same thing.

To free my mother from my company now and then, her friends used to take me for long walks or to the occasional movie. It was only Aunt Alice, however, who broke the news of our going by asking me for a date. “My handsome beau,” she would say with happy anticipation, “will you take me to the theatre?” I remember particularly one day when I was going out with her in my first pair of long trousers. It was a sunny Saturday afternoon in the late spring or early fall – sometime before the United States entered the war, for we were going to see The Wizard of Oz . I had got my adult suit a few days before and was anxious to show it off to Aunt Alice, who was sure to appreciate it. When she finally arrived, in the midst of her perfume and powder, she got so involved in explaining to my mother why she was late, that she didn’t notice my new trousers. However, as we were about to leave, she gave forth a throaty “Aaaaahh!” and stepped back to gobble me up with her eyes. I held out my arm for her and as she took it she said: “ I’ve got the handsomest escort today.” We were walking toward the door, arm in arm, a happy couple, when suddenly I heard my mother’s voice:

“András, did you remember to pee?”

I left the apartment with Aunt Alice, swearing to myself never to return. Even my blonde companion’s soothing remarks sounded outrageously condescending, and as we walked down the stairs I wondered how I could re-establish the old equilibrium of our relationship. Just before we stepped out into the street, I pinched her bottom. She pretended not to notice, but blushed deeply. I decided then to marry Aunt Alice when I grew up, for she understood me.

However, I don’t want to dramatize my boyhood by turning it into the story of my passion for that glorious lady. I was happiest with the Francisan fathers and at my mother’s weekly gatherings, when I saw all her friends together and could watch and listen to them chatting about fashion, the war, relatives, marriages and things I didn’t understand. The vast and silent cathedral and our living-room filled with all these cheerful, loud women, with the smell of their perfumes, with the light of their eyes – these are the strongest and most vivid images of my childhood.

I wonder, what kind of life would I have had if it hadn’t been for my mother’s tea-and-cookie parties? Perhaps it’s because of them that I’ve never thought of women as my enemies, as territories I have to conquer, but always as allies and friends – which I believe is the reason why they were friendly to me in turn. I’ve never met those she-devils modern fiction is so full of: they must be too busy with those men who look upon women as fortresses they have to attack and trample underfoot.

Still on the subject of friendliness toward all – and toward women in particular – I can’t help concluding that my utterly complete happiness at my mother’s weekly tea-and-cookie parties indicated an early and marked enthusiasm for the opposite sex. It’s obvious that this enthusiasm had a great deal to do with my later luck with women. And although I hope this memoir will be instructive, I have to confess that it won’t help you to make women more attracted to you than you are to them. If deep down you hate them, if you dream of humiliating them, if you enjoy ordering them around, then you are likely to be paid back in kind. They will want and love you just as much as you want and love them – and praise be to their generosity.

Stephen Vizinczey, In Praise of Older Women

Psychoanaliza nie sprzyja pisaniu

Nieznośna i przytłaczająca myśl – nie mam już ochoty pisać. Odkąd zająłem się na poważnie psychoanalizą i nieustannie zgłębiam swoją nieświadomość, po prostu nie czuję potrzeby pisania. A przecież analiza niesie ze sobą tylko rozczarowanie, cierpienie i gorzką wiedzę o życiu. Pisanie zaś sprawia przyjemność i daje chleb. A jednak! Idzie mi jak po grudzie i napawa niepokojem. Krytyka dusi każdą moją nową myśl już w zarodku, a nie potrafię niestety przelać na papier swoich najskrytszych, nierozwiązanych problemów. Boję się, że ludzie wszystko z moich wersów wyczytają, tak jak ja, psychiatra, czytam między wierszami innych pisarzy. – Mimo to całym wysiłkiem woli zmuszam się do pisania. Powinienem pisać. Nawet jeśli literatura nie stanie się już moim sposobem na życie, niech chociaż będzie zabawą. Powinienem się bawić, nawet jeśli mnie to nie bawi, bo tylko pisanie daje mi jakąś szansę, że kiedyś zarobię dużo pieniędzy.

Géza Csáth, Notatki z lata 1912 roku, tłum. Maciej Sagata, s. 119 [W:] “Literatura na świecie” nr 3-4/2015