Halucynujący hologram nie potrzebuje być szczęśliwym

Tomasz siedzi od tygodnia zamknięty w mieszkaniu. Zamawia jedzenie z dostawą i zaczyna śmierdzieć. Popadł w dziwny letarg. Telewizor wyświetla dramy i anime, ale nie zwraca na niego uwagi. Nie udziela się na fejsie, nie sprawdza maili, odebrał tylko jeden telefon od Val, trenerki Adama, która trochę się niepokoiła jego stanem. Zapewnił ją, że wszystko jest w porządku, spytał o zdrowie Adama, i wrócił do kontemplowania pęknięć na suficie.

W końcu stwierdza, że najwyższy czas pogodzić się z Cecylią. Znowu.

W tym celu musi wejść na facebooka, przejść do ustawień, wybrać opcję „blokowanie” i nacisnąć przycisk „odblokuj” przy nazwisku Cecylii. Klika. Wyskakuje okienko z ostrzeżeniem „Pamiętaj, że będziesz musiał poczekać 48 godzin, zanim będziesz mógł ponownie zablokować użytkownika Cecylia”. Potwierdza swój zamiar.

A potem wysyła jej zaproszenie do znajomych. Znowu.

Po półgodzinie słyszy krótkie brzęczenie smartfona. Cecylia zaakceptowała, znów są znajomymi. Wysyła jej wiadomość, Cecylia odpowiada po chwili. Na awatarze wygląda inaczej, niż kiedy ostatnio się widzieli.

(Spotkajmy się, potrzebuję Cię)

(Gdzie?)

(U mnie)

(Kiedy?)

(Teraz)

(Jak będziesz mogła)

(OK, daj mi godzinę)

Cecylia nie pyta o nic. Nigdy o nic nie pytała. Tomasz poświęca ten czas, żeby się ogolić i wziąć prysznic. Nie chce przy niej śmierdzieć.

Dzwonek. Na ekranie widzi Cecylię pokazującą fakulca. Wpuszcza ją do środka. Cecylia wchodzi, nie ściąga butów. Podchodzi do lodówki, otwiera ją i znajduje sobie coś do picia.

– Straszny upał – mówi. – No i co dalej, a?

Tomasz dawno nie słyszał języka polskiego.

– Cześć – mówi. – Ładnie wyglądasz.

Naprawdę wygląda ładnie, choć dziwnie. Jest doskonale biała, nie tylko w ubiorze. Zawsze miała bladą cerę, pamięta Tomasz, ale do tego utleniła sobie włosy, ma je przylizane do tyłu, opadają, sięgając ledwo ramion, rozjaśniła brwi i założyła nawet specjalne soczewki kontaktowe. Porcelanowy android.

– Ty nie bardzo – taksuje go wzrokiem – raczej jakby ktoś cię pożarł i wyrzygał.

– Mniej więcej tak było.

– Yhm. To chcesz gadać czy się ruchać? – pyta retorycznie Cecylia i zaczyna się rozbierać.

Tomasz przypomina sobie, za co ją kocha.

Jest szybko i mocno, jak zawsze, a po wszystkim Cecylia oznajmia, że dziś nie ma więcej czasu, nie przeprasza, tylko oznajmia właśnie, a potem idzie do łazienki się nieco odświeżyć i ubrać.

– Dobrze – mówi, zapinając sukienkę – może to cię postawi trochę na nogi. A jakbyś chciał pogadać, to wiesz, jak mnie znaleźć.

Tomasz dopiero spostrzega, że jej sukienka to marynarski mundurek, tyle że całkiem biały.

– Kocham cię – mówi Tomasz.

– Ja ciebie też – odpowiada Cecylia i wcale nie kłamie – trzymaj się.

I wychodzi, tak po prostu. Naprawdę się kochają. I naprawdę nienawidzą.

– To skomplikowane. Jakbyśmy okrążali Ziemię, ale z różną prędkością, i jest ten krótki moment, że jesteśmy razem, i się rozumiemy, i to jest najlepsze, co miałem w życiu, ale potem znów odlatuje – tłumaczył Tomasz kiedyś Hiroshiemu, który w odpowiedzi rzucił jakaś hiphopową mądrością w stylu I’ve got 99 problems but the bitch ain’t one, ale tak naprawdę wcale sam tego nie rozumie.

Leży zmęczony, ale na lekkim endorfinowym haju, telewizor wciąż nadaje jakąś popkulturową siekę. Tomasz zamyka oczy i wsłuchuje się w dialogi, z których rozumie tylko pojedyncze słowa.

(…)

Tomasz spotyka się z Cecylią jeszcze kilka razy. Kiedy jest dobrze, jest naprawdę dobrze. Nie rozmawiają za dużo. Idą zjeść coś pysznego albo pogapić się na drzewa w parku Yoyogi. Co robiła przez ostatnie pół roku? Nie wie, nie pyta. I sam też się nie chwali, ale w końcu opowiada o wypadku Momoko. Cecylia jest zdziwiona, czytała doniesienia prasowe, nie zgadła, bo i jak, że chodziło o siostrę Hiroshiego.

– Rozmawiałeś z nim ostatnio?

– Nie. Przeżywa to po swojemu. Pisałem, odpowiedział, że robi projekt. Coś osobistego. Chyba poświęcony siostrze. Może się odezwie, jak skończy.

– Uhm.

– Jesteś cała biała, wiesz? – leżą nago w mieszkaniu, Tomasz korzysta z okazji, że Cecylia się dziś nigdzie nie śpieszy i zwyczajnie gapi się na nią. – Taka niewinna.

– To kolor żałoby – wyjaśnia Cecylia – wkręciłam się w ruchy postapokaliptyczne.

– W sensie fanów Fallouta?

– Nie, nie tych sierot po Mad Maxie, którzy jedzą psie żarcie i piją własne siki – Cecylia odwraca się w jego stronę i opiera na ręce, Tomasz podziwia, co grawitacja robi z jej kształtnymi piersiami. – Mówię o ruchu Mononoke-hito. Gdybyś wychodził z domu, pewnie byś ich spotkał w Harajuku. Ludzie-duchy, którzy uważają, że świat się skończył w 2012, tak jak zapowiedziano w proroctwach Majów.

– Przecież się nie skończył.

– Jesteś pewien? Podobno nie ma już Polski. Może to wszystko to tylko holograficzna iluzja. Albo zbiorowa halucynacja. Potęga wyparcia. Od dwóch lat udajemy, że nic się nie stało.

– Nie mam pojęcia, jak chcesz to zmonetyzować.

– Jeszcze nie wiem – przyznaje Cecylia – w zasadzie nie zgłosiłam tego do agencji.

– Czemu? – dziwi się Tomasz. Agencja memetyczna 42, w której pracuje Cecylia, jest siłą sprawczą, dzięki której są razem. Po tym jak projekt HIVEMIND Hiroshiego i Tomasza narobił hałasu w japońskim internecie, 42 wysłało do Tokio Cecylię, żeby zbadała sprawę. Rozminęli się wtedy, Tomasz zdążył już wrócić do Krakowa. Kiedy przyjechał ponownie, Cecylia była tokijską rezydentką 42, oddelegowaną do trzymania ręki na pulsie japońskiej ulicy. Załatwiła nawet grant dla Hiroshiego, za który urządził swoje MSX-owe studio.

– Bo na razie to zbyt osobiste – mówi Cecylia – w zasadzie okazało się, że odpowiada moim potrzebom mistycznym.

Wraca na plecy i gapi się w sufit. Tomasz zastanawia się, co powiedzieć.

– Czy jesteś szczęśliwa?

– Halucynujący hologram nie potrzebuje być szczęśliwym.

Michał Radomił Wiśniewski, God Hates Poland, Warszawa 2015.

Zuzanna

Dolała sobie wina i wzięła ołówek. Zaczęła szkicować najpierw delikatnymi, potem nieco mocniejszymi pociągnięciami. Powoli na białej kartce pojawił się zarys dwóch kobiecych dłoni zwróconych wnętrzami do przodu. Palce uginały się lekko, w geście, który mógł stanowić zaproszenie albo prośbę. Prawy palec wskazujący był ucięty tuż powyżej nasady, zamiast niego sterczał w tym miejscu tylko tępo zakończony pieniek. Powoli, kreska po kresce, Zuzanna zacieniowywała szkic. Rysowała linie papilarne. Uśmiechnęła się na myśl o tym, że tworzy los, który nikomu nie przypadnie w udziale. Los bez człowieka, bezpański los. Dolała sobie wina. Po namyśle dorysowała do uciętego palca pokryty gęstą łuską, zwężający się ku końcowi ogon jaszczurki. Muzyka już się skończyła i w mieszkaniu panowała cisza. Zuzanna przyjrzała się obrazkowi. Gdzieś to już widziała, ale gdzie?

W prawym dolnym rogu narysowała dziesiątkę. Potem jeszcze w innych miejscach, eksperymentując z różnymi kształtami cyfr. Wreszcie odłożyła ołówek. Wstała od stołu i obejrzała obrazek z daleka. Znowu usiadła. Znowu wstała. Rzuciła rysunek na podłogę. Włączyła jeszcze raz tę samą płytę i znów dolała sobie wina. Zachodziło słońce. W smugach pomarańczowego światła wlewającego się przez duże okna wirowały drobinki kurzu. Oparła się biodrami o blat, położyła dłonie na pośladkach i pochyliła się lekko do przodu; przyjemnie było tak stać. Ruch na ulicy nieco zelżał. Przesunęła dłonie do góry, powędrowała palcami wzdłuż kręgosłupa. Gapiła się bezmyślnie na skrawek ładnego świata za oknem. Na wiosnę, która znowu przyszła, za darmo i po nic.

Odeszła od okna i położyła się na podłodze, nie zważając już na papiery i płyty. Mieszkała na czwartym piętrze, czwarte piętro to nie jedenaste, ale mimo wszystko ziemia była daleko, na tyle daleko, by w Zuzannie uruchomiła się tęsknota, nie psychiczna, o której mogłaby myśleć słowami, tylko cielesna, tępa i bezgłośna. Film w głowie zwolnił, tak działało wino. Położyła dłonie na brzuchu i zaczęła masować okolice pępka, potem powędrowała wyżej, stopniowo odsłaniając się przed ciemniejącym pustym mieszkaniem. Kiedy tak leżała, jej brzuch był bardzo płaski, wyraźnie wyczuwała palcami łuki dolnych żeber; powiodła po nich opuszkami. Brzuch unosił się i opadał wraz z oddechem, jakby żył własnym tajemniczym życiem, kiedy opadał, żebra wystawały mocniej. Zuzanna lubiła myśleć, że nie boi się śmierci, to dodawało jej sił. Powoli nabrała powietrza w płuca, przytrzymała, wypuściła. Wsunęła dłonie pod miseczki biustonosza. Piersi były ciepłe, prawie gorące. Objęła je i leżała przez chwilę bez ruchu, gapiąc się w sufit.

Julia Fiedorczuk, Nieważkość, Warszawa 2015, ss. 28-29.

Ernst się rodzi

Ernst się rodzi. Valeska się boi. Ciemna główka dziecka rozrywa jej krocze. Położna krzyczy, Valeska nie słyszy krzyków położnej, bo sama krzyczy. Krzyczy, bo ją boli, i krzyczy, bo się boi. Bólu, rany, szkody na ciele, boi się tego, czego nie rozumie, boi się o dziecko. Nie wie jeszcze, czy dziecko jest chłopcem, czy dziewczynką.
Ja wiem. Moje ja znaczy coś zupełnie innego niż wasze ja, ale ja wiem. Wiem nawet, że dziecko przepychające się przez krocze Valeski jest Ernstem, wszystko inne też wiem. Znam ciężar ciała Valeski i ciężar domu, w którym Ernst się rodzi, i delikatną pieszczotę jego stóp, kiedy po mnie chodzi, i ciężar jego ciała, gdy pozostanie złożone do grobu na cmentarzu w Przyszowicach, tym samym, na którym leżą dawni hrabiowie von Raczeck, i Valeska na nim leży, i wielu innych, a obok biegnie szosa numer 44, bardzo ruchliwa, i kiedy ciało Ernsta kładą do ziemi w błyszczącej trumnie, to na czerwonych światłach stoją samochody, a w nich ludzie tacy sami jak wszyscy inni, jak ci, co do ziemi, i ci, co na świat, i ci, co do pracy albo w czarną melancholię bezsennych nocy i naznaczonych bezradnością dni.
Wiem, jak dwudziestopięcioletni Ernst patrzy na ciała kładące się na śniegu, pod murem cmentarza, na którym sam za wiele dziesiątków lat spocznie — wiem. Wiem, jak zgrzyta klucz w prowizorycznym areszcie — wiem. Areszt mieści się w koszarach dawnego Infanterie-Regiment Keith. Ernst nigdy w nim nie służył. Josef w nim służył. A teraz Ernst siedzi w tym areszcie i czeka na rozstrzelanie. Ale stary feldfebel, starszy nawet od Josefa Magnora, otwiera drzwi celi, w której siedzi Ernst. Otwiera drzwi do celi dezertera.
— Hau ab, Junge, in einer Stunde sind hier die Sowjets.
Ernst Magnor jest nieufny. Ernst uciekł z pierwszej zbiórki lokalnego Volkssturmu, bo nie bardzo wierzył, by batalion starców, gówniarzy i dekowników, z pięcioma emerytowanymi podoficerami, kapitanem z tikiem nerwowym i otyłym majorem w składzie, mógł zatrzymać ruskie czołgi za pomocą kilkudziesięciu starych judenflinte, jednego spandaua i siedmiu pancerfaustów. Więc uciekł, ale go złapali i postanowili rozstrzelać, jutro. A teraz ufa feldfeblowi, który otworzył drzwi do celi. Ufa, bo musi. Wybiega z koszar. Biegnie przez miasto, które ucieka. Przed Sowietami, nie przed Ernstem. Ernst jednak nie biegnie na dworzec, tylko do domu. Musi powiedzieć mamulce, że żyje.
Feldfebel nazywa się Gröhling. Dożyje do końca wojny i pożyje jeszcze trochę, a umrze na marskość wątroby w Wiedniu w roku 1947, bo po wojnie zacznie pić za dużo sznapsa, gdyż nie będzie miał nic lepszego do roboty. Śmierć jak każda inna, bez znaczenia.
Ernst Magnor nazywa się Ernst Magnor. Pożyje o wiele dłużej niż Gröhling, bo Gröhling otworzył drzwi do celi, w której Ernst siedział, i dlatego Ernst żyć może.
Ernst biegnie. Ernst umiera.
Ernst się rodzi.
Ernst ma dziewięćdziesiąt trzy lata i żyje. Ernst jest zmęczony. Ernst wszystko pamięta i nic go już nie obchodzi. Ernst jest obojętny, spokojny, znużony.
Ernst wie, że nic nie ma znaczenia i że wszystko jest ważne. Ernst wie, że życie jest, a potem go nie ma. Ernst wie, że w życiu nie trzeba być szczęśliwym ani nie trzeba cierpieć, jedyne, co trzeba, to żyć to życie, nic więcej nie trzeba. Ernst czeka na śmierć z nadzieją i ochotą, bez rozpaczy, bez smutku za tym, co utracone, bo Ernst wie, że nigdy nic nie macie, więc niczego nie możecie utracić, ale to nie ma znaczenia.
Nie ma znaczenia.
Ernst się rodzi. Valesce pęka krocze.

Szczepan Twardoch, Drach, Kraków 2014.

Hanka

image

Pierwszy narzeczony dominował, w łóżku zaczynał od pozycji misjonarskiej, ale szybko zaraziłam go duchem przygody dzięki natężeniu swojej woli. Poprowadziłam po sznurku swego niemałego doświadczenia, udając, że idę za nim. W życiu nie zdążyliśmy się sprawdzić. Po roku nastawionego na obopólną eksploatację erotyczną związku wynajęliśmy, co prawda, dzięki pracy w Bratniaku mieszkanie na strychu starej kamienicy, ale nie porzuciliśmy imprezowego trybu życia. Zaczęliśmy też sporo eksperymentować. Przeszliśmy całą listę praktyk uznawanych wówczas za urozmaiconą intymność i doszliśmy do lekkich, dopuszczalnych dewiacji, także z wykorzystaniem przedmiotów z epoki przedsilikonowej. Dużo przy tym rozmawialiśmy. Najwięcej o Hance.
Hanka była kobietą w typie bergmanowskim: skomplikowaną. Obdarzona klasyczną urodą, nie troszczyła się o wygląd. Wszystko jednak, począwszy od sposobu obgryzania skórki przy paznokciu, do gestu, jakim odgarniała włosy, uwydatniało ten cud natury, którym była. Nosiła się bardzo kobieco, oczywiście w stylu obowiązującym na uczelni z wydziałem artystycznym. Studentką była przeciętną, rozpraszały ją, jak wszystkich, kluby, dyskusje i DKF-y, do których dostęp mimo stanu wojennego stopniowo się zwiększał. Poza tym miała obowiązki domowe.
Przyjaźniła się najpierw z moim prawie-mężem. Może nawet coś między nimi było, ale mieszkała z rodzicami i nie uczestniczyła zbyt często w akademikowych bibkach, wobec czego miałam fory. Odziedziczyłam jej przyjaźń po nim, kiedy – o, porządni mężczyźni! – realizując zasadę wierności, odsunął się nieco na bok. Nocowała u nas, kiedy dostała pozwolenie od ojca na naukę z koleżanką, a impreza w naszym mieszkaniu przeciągnęła się do godziny milicyjnej, czyli w każdą sobotę. Miała miejsce od ściany, przy mnie.
Pewnego razu w sytuacji intymnej narzeczony wyznał, że ma na nią ochotę. Ukłucie zazdrości stłumiłam haustem mocnej, zimnej herbaty. Nie należało odczuwać takich małżeńskich, drobnomieszczańskich emocji. Poszłam w fellatio. Odpłynął, jęcząc tak głośno, że sąsiadka zaczęła stukać w sufit szczotką. Od tego czasu wciąż gadaliśmy o Hance.
– A może wzięlibyśmy sobie jakąś dziewczynę? – pytałam, wkładając mu pośliniony palec tam, gdzie mógł się zmieścić.
– Kogo masz na myśli? – udawał zaciekawionego.
– Jakąś ładną. – Poruszałam palcem.
Postępując normalną drogą takiej konwersacji, dochodziliśmy do „Hanka”. „Hanka”, „Hanka”, krzyczał, wodzony na pokuszenie przez byłą Agnethę, obecnie raczej czarniawą Anni-Frid. Przypadkowo wypadało na „Hanka”. Przekonałam się, jaką metodą szkolone były psy Pawłowa.
Kiedy jakimś cudem udało nam się Hankę oswoić, upić bardziej niż w inne soboty, położyć między nami i skłonić do zdjęcia rajstop, straciliśmy kontrolę nad swoją wizją. Straciliśmy ją także nad Hanką; zgodnie z naszymi rojeniami była namiętna, ale niezgodnie ze scenariuszem brała, nie dając nic w zamian. Nie chciała nas „obsłużyć”, zwłaszcza mało zainteresowana była moim prawie-mężem, który nieco zaniemógł, patrząc, jak zajmuję się obsługą naszej fantazji. Hanka szczytowała bez końca, ja byłam wciąż na krawędzi, a załatwiony odmownie narzeczony leżał na brzegu posłania.
Raz nam nie wystarczył. Zaczęłam spotykać się z Hanką, ignorując potrzeby prawie-męża, który nadal polegiwał na skraju tapczanu. Przed wakacjami zrobił dyplom i postanowił nas porzucić. Mieszkanie było opłacone do 30 sierpnia.

Inga Iwasiów, W powietrzu, Warszawa 2014.

Spowiedź

Ostatni raz w konfesjonale byłem jakieś piętnaście lat temu, i to też nie ze szczerej potrzeby wyznania culpy. Koniu, taki los, został ojcem i postanowił ochrzcić syna. Chciał dziecku oszczędzić stygmatyzacji, kiedy pójdzie do szkoły. Padło na mnie, bo też za bardzo nie miał w kim wybierać. Z grona znajomych tylko ja jeden otwarcie przyznawałem się do katolickiej przeszłości, na wodę święconą nie reagowałem ateistycznym wzdrygnięciem i – Koniu uznał to za w pełni wystarczający argument – znałem pisma Świętego Jana od Krzyża. Czego się nie robi dla kumpla. Poszedłem, klęknąłem i klepnąłem obrazę Boga w większości z Dziesięciorga Przykazań. Tak naprawdę zabrakło jedynie piątego, choć pomijając je, miałem wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. „Nie zabijaj” ma dość szerokie znaczenie. Chociażby świnie i kury mojego dzieciństwa. Przecież uczestniczyłem w ich mordzie. A nasza miłość, jaśniejąca latarenko? Niekiedy zachowywałem się tak, jakbym był jej mordercą.
Spowiednik‍ odczekał pokutną wyliczankę, po czym zaczął domagać się szczegółów. „Śmiało, tylko jeden Bóg cię słucha, synu, choć w Trzech Osobach” – zachęcił. „To już wszystko, proszę księdza” – oznajmiłem skruszony. „Wszystko, ale gdyby wycisnąć twoje słowa, synu, jak gąbkę, nie pozostałoby nic konkretnego!” – zgromił mnie spowiednik i zaczął wypytywać z gorączką w głosie: jeśli cudzołożyłem, to z kim, gdzie i dlaczego? Jeśli kłamałem, to jaką osiągnąłem korzyść? Jeśli dni świętych nie święciłem, to co wtedy robiłem? A jeśli pożądałem żony bliźniego swego, to jakie ona miała oczy, jaką pupę i piersi, i czy moja żądza nie skończyła się masturbacją pod kołdrą albo w łazience. Przyznam, że ksiądz zaimponował mi znajomością życia, zwłaszcza sublimacją seksualnych pragnień. Jednak nie byłem gotów aż na taki konkret, no i nie miałem przecież nastu lat, żeby ujawniać kontakty z Onanem. Pierwszy raz widziałem człowieka! I to też niedokładnie, bo ciemno – przez kratę konfesjonału majaczyły pars‍ pro toto księdza: krosta na nosie, wargi spierzchnięte, palce pocierające zarost podbródka. Z czymś takim trudno o intymność. No, ale z drugiej strony – nie mogłem zawieść Konia, potrzebowałem podpisu na obiegówce.
Jaśniejąca latarenko, jeśli istnieje piekło, będę smażył się w piekle.
Nie‍ mając innego wyjścia, doniosłem na siebie. Ale jak! Wygadałem się ze wszystkiego z gorliwością kapusia, który koloryzuje stan faktyczny. Jeśli ma już być grzesznik – myślałem – to grzesznik poważny, do entej potęgi, casus domagający‍ się gruntownej ekspiacji albo natychmiastowej anatemy. Trudno, skwapliwie skorzystałem z rady Balzaca: im bardziej świńskie twoje zajęcie, tym więcej potrzeba w nim uczciwości. Uczciwie więc puściłem farbę, że pożądałem nie tylko żony Konia, ale też jego… jeszcze nieistniejącej córki, co chyba plugawsze, bardziej nikczemne i małe. A córka Konia: piękna, zmysłowa Magda, szesnastolatka. Każdy jej ruch iskrzył się seksem, zmieniając mnie w łatwopalną hubkę. I tu bez żadnej żenady opisałem kwieciście postać Naomi Campbell w wersji white. Ucho księdza poczerwieniało i wydłużyło się, jakby w konfesjonale siedział elf Legolas z Władcy Pierścieni. Opowiadając o masturbacji, zauważyłem, że palce spowiednika zaczęły zdradzać ponadprzeciętną ruchliwość – pocierały nerwowo linię żuchwy od ucha aż do podbródka. Oddech wydawał się przyspieszony, na spierzchniętych wargach połyskiwały kropelki śliny. Może dlatego, że za miejsce samogwałtu wybrałem pokój nastolatki, dokładniej: otwartą szufladę z rajstopami. A co! – pojechałem po bandzie. Żadnych tam gombrowiczowskich gierek z okaleczoną muchą w sportowym buciku pensjonarki. Obleśny i ordynarny czyn onanisty! Magda akurat była na spotkaniu Ruchu Światło-Życie. Koniu z żoną myśleli, że zamarudziłem w łazience – wyjaśnił gadający przeze mnie kapuś i przelał czarę zbereźnej rozkoszy. Czarę? Chyba wiadro, bo tak się jakoś rozochociłem, że nie skończyłem na samej Magdzie. „Proszę księdza…” – przywarłem policzkiem do kraty konfesjonału. „Proszę księdza, nie wiem, jak to wyjaśnić, ale od pewnego czasu chcę być Magdą. Wykradłem dziewczynie sukienkę. Wstyd mówić… czasami stroję się w nią przed lustrem i marzę, że oto rozlega się pukanie do drzwi. Cały w pąsach biegnę, otwieram: w progu stoi kochanek z kwiatami. Rzucam się mu na szyję, on bierze mnie na ręce i niesie do łóżka. Ściąga ze mnie sukienkę, rozpina spodnie i wyjmuje… no, ksiądz wie, co wyjmuje, a w jego dłoniach widzę srebrzystą saszetkę z prezerwatywą. Mówię mu: nie trzeba, mój miły, zróbmy to bez. Kochanek jest przeszczęśliwy, że słyszy ode mnie te słowa. Kocham cię! – szepcze i zaraz wyznanie przemienia w czyn. Kochamy się. Chwilami czule i delikatnie, chwilami jak zwierzęta, aż piszczę, aż tracę dech i rachubę w orgazmach. Raz ja jestem pod, raz on. Raz on wgryza się w poduszkę, z pupą uniesioną, dużą jak puf i krzykiem: »Madziu, mocniej!«, raz ja wciskam głowę w szczeble łóżka, pozwalając, by kochanek lepiej mnie poznał od środka. Mój Boże, proszę księdza!… Wiem, że to grzech, że nie powinienem, bo nie tylko gwałt sobie zadaję, ale też Boga obrażam i wszystkie święte, z Najświętszą na czele, i w tym szczerym wyznaniu przekraczam granice żenady. Ale co to może znaczyć? Przecież myśląc rozsądnie, nigdy nie będę Magdą i gdy mija amok, sam czuję moralny dyskomfort. Jest dla mnie nadzieja?” Za kratką panowała grobowa cisza. Dopiero po dłuższej chwili usłyszałem westchnienie: „Proś, proś Boga o przebaczenie!”.
Później‍ emocje opadły, ksiądz stracił zainteresowanie dla kolejnych grzechów. Jakby tylko cielesne przewiny ważyły na szalach zbawienia i potępienia. Przerwał opowieść o pobiciu przeze mnie kaleki na wózku inwalidzkim i – z tego co pamiętam – w ramach pokuty dostałem Litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa i Psalm 51. To niedużo. Dwadzieścia, trzydzieści lat temu, w czasach szaleńczo budowanych świątyń, które wdzierały się w krajobraz blokowisk, pokuta byłaby bardziej konkretna. Przez tydzień musiałbym mieszać cement albo nosić cegły. Większość kościołów powstawała jako bratni sojusz pokuty i czynu społecznego.
„W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Walcz, synu, z demonem Magdy we własnym ciele” – poradził bez przekonania spowiednik. „Dobrze, proszę księdza. Będę się starał ze wszystkich sił”. Wstałem z klęczek, odbierając podpisaną obiegówkę. „Idź i nie grzesz więcej, synu!” – przestrzegł. Poszedłem i nie wróciłem już więcej.

Mariusz Sieniewicz, Walizki hipochondryka, Kraków 2014.

PSZEMEK

PRZEMEK siedzi na kanapie, lekko zgarbiony. W ręce ściska pada od konsoli, mocniej, niż to jest konieczne.
Przemek ma dwadzieścia trzy lata. Jest dzieckiem wolności – urodził się 4 czerwca, kiedy w Polsce, proszę państwa, w Polsce skończył się komunizm! Jego mama należała do „Solidarności” i chociaż nie odegrała w niej większej roli, była jedną z milionów tych, którzy posłuchali słów papieża i przygotowali się na przyjście ducha odnowienia. Na każde urodziny piecze synowi tort udekorowany białym i czerwonym lukrem, wystarczy dodać soku wiśniowego do cukru pudru, i pisze na nim „mam iks lat” solidarycą. Mieszkają razem, jak Kangurzyca i Maleństwo, bo tatuś dawno temu rozbrykał się, taki Tygrysek, i tyle go widzieli.
Słuchając opowieści mamy o tamtych przerażających czasach, kiedy panowała wieczna zima, a po ulicach jeździły czołgi ZOMO, Przemek czuł, że niewłaściwie korzysta z tej wolności. Uginał się pod jej ciężarem. Uznał, że mógłby zrobić więcej, bardziej, lepiej. Wyśrubowywał wyniki lekkoatletyczne i średnią w szkole, zawsze czerwony pasek, nagroda książkowa, uścisk ręki dyrektora, zamglony wzrok ciała pedagogicznego, zwłaszcza, od niedawna, pani od biologii, smutnej młodej dziewczyny ledwo po studiach.
Tyle pokładanej wiary, rozbuchanej nadziei i matczynej miłości poszło na marne, gdy na miesiąc przed maturą przeżył załamanie nerwowe i zamknął się w sobie. Ambicje? A co jeśli czyjąś ambicją jest grać cały dzień w Bombermana?
Oto Przemek, w rozciągniętej koszulce, która kiedyś miała jakiś napis, a może obrazek, ale dawno się sprał. Nie chce od życia wiele, ot, po prostu siedzieć sobie na wygodnej sofie, opychać się pizzą i grać w Bombermana. Ma jakąś pracę, to dobry chłopak, nic wielkiego, jakieś strony robi i nie musi wychodzić z domu, tyle, żeby dołożyć się mamie do czynszu. Popuka parę godzin w klawiaturę, poklika myszką i może wracać do gry. Nie ma dziewczyny, bo to za dużo ambarasu, zresztą w swoim bombermanowym szale przestał interesować się seksem i nawet już nie wchodzi na redtube.
Nigdy się nie spotkacie, nigdy nie dowiecie się o swoim istnieniu. Dzielą was kilometry światłowodu, łączy zaś ślepy los maszyny losującej graczy do bitwy online na serwerze sieci playstation. Nigdy nie dowiesz się, co czuje Przemek, kiedy wygrywasz z nim mecz w Bombermana.
Przemek ma dwadzieścia trzy lata, ale kiedy leży zalany łzami, wtulony w poduszkę, wygląda jak małe dziecko.

Michał R. Wiśniewski, Jetlag, Warszawa 2014.

Jej nogi stają się łapami miękko stąpającymi po podłożu

Kąpiel jest wysiłkiem, Joanna staje pod prysznicem, pozwala wodzie spływać po ciele, a potem, mokra, owinięta tylko ręcznikiem, kładzie się na łóżku.
Dlaczego jestem taka zmęczona? Jestem zmęczona, bo wczoraj i przedwczoraj też byłam zmęczona. Żyje dzięki mieszance dla niemowląt „Pięć zbóż i kwiat lipy” i filmom z Hugh Grantem — ale tylko tym, w których on ma więcej niż czterdzieści dwa lata. Większą dawkę życia trudno jej znieść.
Joanna czasem wygląda przez okno — pewnie dobrze by było wyjść na spacer. Na parapecie leżą zwiędłe listki bazylii i szałwii. Mały świat kontra reszta świata. Dobrze by było wyjść na spacer, ale odgłosy miasta wywołują u Joanny gonitwę myśli, wszystkie te popiskiwania bankomatów, jazgot kodów paskowych, charkot spieniaczy do mleka w kawiarniach sieciowych. Joanna nie otwiera okna. Rzeczy, które są do zrobienia, trzeba zrobić. Tylko w jakiej kolejności?
Jest niedożywiona, zaniedbana, ma brudno w mieszkaniu, obserwując mimikę Hugh Granta, wylizuje swój nadgarstek. Czy już stała się zwierzęciem?
Tak, w dużej mierze Joanna już jest zwierzęciem: drobnym, białorudym kundlem ze spiczastymi uszkami. Czuje to, kiedy wreszcie wychodzi na ulicę. Przed światem (na razie) udaje jej się ukryć tę kondycję, wciąż jeszcze wygląda jak kobieta, a nawet kobieta z pewnymi osiągnięciami zawodowymi. Uzyskała ten efekt, wkładając na siebie odzież kamuflującą, czy też mundur galowo-roboczy typowej wielkomiejskiej trzydziestoparolatki (wyglądającej na dwudziestoparolatkę). Koszula w biało-niebieską kratkę, drogie dżinsy i pasek z rudej skóry doskonale nadają się do tego, żeby stać się niewidzialną, ukryć się za swoją personą na kredyt. Nikt nie wie, że pod błękitną koszulą skóra Joanny jest czerwona i się łuszczy — zgubne dla atrakcyjności skutki napadów panicznego lęku.
Na razie tego nie widać, ale Joanna zauważa coś w ruchu swoich bioder — krok, którym idzie, jest ostrożnym psim truchtem. Jej nogi, ukryte w dobrze skrojonych dżinsach, stają się łapami miękko stąpającymi po podłożu.

(…)

Wystarczy tylko pomyśleć o strukturze tego wszystkiego, o delikatnych tkankach roślinnych albo zwierzęcych duszonych albo zmacerowanych w oliwie, o trzeszczeniu pestek między zębami, o tym, co ciepłe, chrupiące, tłuste, brudzące, smakujące gorzko, kwaśno, słodko, o tym, co soczyste, co ubrudzone ziemią, nadgniłe, zwiędłe, pachnące, świeże! Jednym słowem, życie w takiej postaci, w jakiej najczęściej wyobrażają je sobie intelektualiści: przekrojony owoc, po którym płynie sok, albo spocony od pracy fizycznej mężczyzna. Joannę doprowadza to do łez, tak samo, jak często doprowadza ją do łez muzyka, której słucha w radiowej Dwójce. Ostatnio trafiła na fragmenty opery Didone abbandonata — muzyka, której nie umie wyjaśnić, bo kto myśli o sommelierze, kiedy każdy nerw jest odsłonięty? Ta muzyka była ciałem, według Joanny. Ach, jak ludzie z taką ostentacją mogą przyznawać się do tego, że mają ciało, Joanna tego nie rozumie. Kiedy widzi na zaproszeniu na jakieś wręczenie nagród dopisek: „z osobą towarzyszącą”, przechodzi ją dreszcz, że można tak bezwstydnie sugerować istnienie ciała, a nawet dwóch ciał! Jeśli ktoś podejdzie blisko, odkryje moją tajemnicę: to, że i ja mam ciało i że w gruncie rzeczy jest ono ciałem zwierzęcia.
Aport,‍ Joanno, aport!

Agnieszka Drotkiewicz, Nieszpory, Kraków 2014.

Skóra już nie jest skórą, jest samym ciepłem

Dawno, dawno temu, w mieście, którego nazwę niedokładnie pamięta, Joanna posiadała klucz do swojego ciała. Jednak drzwi do świata po drugiej stronie lustra otwierały się u niej zbyt łatwo: ledwo się opanowywała, żeby nie krzyczeć, kiedy mężczyzna kładł dłoń na jej kolanie albo na plecach, kiedy całował ją w usta — musiała opierać się plecami o coś niewygodnego, żeby nie zemdleć. A kiedy szła z kimś do łóżka, bardzo szybko traciła przytomność: zawsze była w niebie, a nie na jakimś tam drugim piętrze. W zasadzie nie pamięta też żadnego ciała — ani swojego, ani mężczyzn, z którymi szła do łóżka — pamięta tylko coś jak prąd rzeki: woda, ruch. Skóra już nie jest skórą, jest samym ciepłem. Gdzieś tam leżą nasze rachunki, nasze buty, nasze choroby, nasze wątroby i kości, ale razem łączymy się w coś ponad zeznaniem podatkowym, ponad plotką, ponad udręką i chorobą — tu i teraz jesteśmy na chwilę w wieczności (nie chcę potem oglądać billingów z tej wieczności, nawiasem mówiąc, na pewno tam jest drogo!). Ciepło i ciężar ciała drugiej istoty. A więc ta istota także oddycha, trawi? Także jest zwierzęciem? Dwoje ciepłych zwierząt obok siebie, liżących swoje futerko na szyi. Dwa ssaki, które trącają się nosami, żeby zapewnić się nawzajem o bliskości i o swoim istnieniu. Oczy zasnuwają się mgłą!
Rzucić się na siebie z dwóch najwyższych balkonów naprzeciwko! Znaleźć się na samym środku bardzo cienkiej deski, sześć pięter nad ziemią — żyjemy, nie spadliśmy, co za cud! Trzymamy się w objęciach, ach, z rozkoszy można by wyskoczyć ze skóry! Tego właśnie boi się Joanna. Że wyskoczy ze skóry. I już do niej nie wróci. A skóra zostanie bez niej, całkiem niezamieszkana. Jej własna skóra, zwinięta, przerzucona przez oparcie jakiegoś krzesła. Włosy są ozdobą, kiedy znajdują się na głowie, ale kłęby włosów w odpływie wanny są fuj, prawda? Stracić siebie z odpowiednim mężczyzną, to ma jeszcze coś w rodzaju sensu, ale stracić samą siebie po prostu z kimś innym, z kimś, pod czyim urokiem było się przez chwilę? Z kimś, kto za chwilę się umyje i pójdzie do pracy? A kto jest odpowiedni? Ktoś, kogo się kocha. No tak, miłość: szklanka wody dla strudzonego wędrowca.

Agnieszka Drotkiewicz, Nieszpory, Kraków 2014.

Michał Cichy: 5:29

image

Doszedłem Niemcewicza do Grójeckiej i skręciłem w prawo. Przed wymarłą altaną Non Solo Pizzy minęła mnie dziewczyna w białych spodniach za kolano i w czerwonych japonkach. Ten strój był zdecydowanie z wczoraj. Wolny leniwy krok też na to wskazywał. Miała spięte gumką blond włosy. Rozsiewała mocny zapach mydła w płynie. Nie została na śniadanie, ale wzięła prysznic.
Przy kracie w nocnym na rogu Słupeckiej nie było nikogo. Przed proboszczowską kamienicą, w której jest lumpeks, spotkałem znajomego z Sękocińskiej. Ten znajomy, starszy facet o wyglądzie i manierach chłopka, zamiatał miotłą liście z chodnika.
– Nająłem się od grudnia – powiedział.
W jego oddechu czuło się nieprzetrawioną wódkę. Miał czerwone oczy.
– Lubię robić wcześnie, bo nikt mi wtedy nie przeszkadza – powiedział. – Mam emeryturę, ale tutaj się robi dla ludzi i dla Boga, nie?
Po wschodniej stronie placu Narutowicza jedna chmura zaczęła się jarzyć na biało. Poszliśmy z suką dalej i skręciliśmy w prawo w Kopińską. Stacja BP świeciła się jak zawsze, ale przy dystrybutorach nie stało ani jedno auto. Dalej spotkaliśmy łysego faceta w dżinsowej kurtce. Szedł krokiem wyspanego człowieka. Dla niego dzień pracy właśnie się zaczynał. Była piąta dwadzieścia dziewięć. Niebo nabrało koloru brudu z niebieskimi przetarciami.
Michał Cichy, Zawsze jest dzisiaj, Wołowiec 2014