Miejcie litość

– Biegiem, skurwysyny – Chłopak tak młody, że jeszcze się nawet nie goli, wali nas kijem. – Biegiem!

Plaża jest płaska i piaszczysta. Gdy do niej docieramy, każą nam się położyć. Poganiacze dzielą nas na trzy grupy po dwadzieścia osób, w kilkumetrowych odstępach. Hussan jest tak nieruchawy, że nie klęka dostatecznie szybko, brat ciągnie go w dół za kurtkę.

Plaża to najniebezpieczniejszy odcinek ucieczki do Europy. Plaża przyciąga padlinożerców. Tu spotykają się bandyci z lądu i z morza. Tu jesteśmy zupełnie bezbronni. Na plaży często zdarzają się napady, pobicia i rabunki. Czasem przemytnicy niezadowoleni z prowizji okradają swoich podopiecznych. Poza tym w każdej chwili może pojawić się straż przybrzeżna, wyłonić się z morza albo nadejść z lądu z psami. Wielkie fabryki zalewają okolicę mieniącym się światłem. Nad zatoką Abu Kir leży jeden z największych egipskich portów przemysłowych. Ląd za nami mieni się piekielną czerwienią, oranżem i żółcią. Morze przed nami rozbłyskuje sygnalizatorami stojących na redzie frachtowców. Nad głowami snuje się dym w jaskrawych kolorach.

– Ojcze wszystkich sierot! – woła Alaa w euforii w stronę wody.

Amar dzwoni do żony.

– Jesteśmy nad morzem – relacjonuje, leżąc na piasku. – Nie wiem, jak długo będę jeszcze mógł rozmawiać. Jak przestaniesz mnie słyszeć, to znaczy, że się nam udało.

I faktycznie, w naszą stronę płyną dwie motorówki.

Młodzi mężczyźni zrywają się jako pierwsi, chwytają za burty przedniej łodzi, próbują się na nią wspiąć, odpadają, próbują znowu. Amar zostaje w tyle, jak sparaliżowany, boi się ścisku, chce wsiąść na końcu, ale ostatni często zostają na plaży. Na szczęście dostrzega nas załoga drugiej łodzi. Wchodzimy do wody po piersi. Podsadzam grubego Rabeę, ktoś dźwiga go z góry, potem ręka sięga po mnie, chwytam ją, podrywa mnie, ciągnie po pokładzie, gdzie leży już bez tchu Amar. Obok nas kuca Bissan, dziewczynka z cukrzycą. Patrzy w stronę brzegu, płacze, krzyczy. Jej załamujący się głos przebija się nawet przez hałas silnika.

Matka w czarnym hidżabie stoi w wodzie, wyciąga ręce, woła. Ale załoga odwraca już łódź w stronę morza. Plecak z zastrzykami insulinowymi kołysze się na wodzie, fale wyrwały go z rąk Bissan. Podczas załadunku rodziny często się rozdzielają. Zdarza się, że dzieci docierają do Włoch bez rodziców. Jak wsiądziesz na statek, to nie ma odwrotu. Rzeźbiarz, który na końcu dzielił z nami mieszkanie, obiecał przenieść Bissan. Bo przez całe tygodnie mieszkał u jej rodziny. Bo jako jeden z nielicznych ma kamizelkę ratunkową. A potem po prostu zostawił ją w wodzie, ryzykując życie dziecka, żeby samemu zdobyć miejsce w pierwszej łodzi. Załoga drugiej wciągnęła ją na pokład, ale zapomnieli o matce.

Dziewczynka krzyczy tak głośno, że mężczyźni zawracają, klną, wywlekają matkę, kijem wyławiają z wody insulinę. Wciskają małej plecak, który dla niej znaczy życie.

A potem z wielką prędkością wypływamy na morze. Piana bryzga. Słychać uderzenia wody o kil i krzyki rozhisteryzowanej Bissan. Przemytnicy wrzeszczą na nią, matka i siostra przemawiają uspokajająco. Amar przysuwa się i pyta:

– Boisz się?

– Nie – odpowiada dziecko, powoli się uspokaja. – Nie wolno mi się bać. Jak się będę bała, to od cukrzycy wpadnę w śpiączkę.

(…)

My, Europejczycy, nie chcemy interweniować. Nie chcemy popełnić błędu. Patrzyliśmy na umieranie w Syrii. Wysyłaliśmy namioty bombardowanym, dopuszczaliśmy jednak, by Asad nadal ich bombardował. Przez trzy lata przyglądaliśmy się, jak reżim masakruje syryjskie społeczeństwo. Zniszczeń na taką skalę nie było od czasu wojny w Wietnamie.

Syria jako państwo przestała istnieć. Syria trwa wyłącznie w kawałkach. Rozpadła się na mnóstwo małych państw, których granice wciąż się przesuwają.

Na początku nie było chaosu. W ubiegłych latach regularnie jeździłem do tego kraju jako reporter „Die Zeit”. Byłem świadkiem demonstracji tysięcy ludzi, którzy protestowali przeciw skorumpowanemu rządowi. Jak przez wiele miesięcy co wieczór pokojowo wychodzili na ulice, mając tylko transparenty, i jak co wieczór strzelały do nich uzbrojone siły rządowe. Widziałem, jak w końcu sami zaczęli się zbroić i strzelać. Jak pokojowe powstanie zmieniło się w krwawą wojnę domową. Byłem w Syrii, gdy rebelianci wyzwalali pierwsze miasta. Widziałem, jak reżim pozwala na eskalację kryzysu, jak włącza do walk najpierw śmigłowce bojowe, a później samoloty i rakiety ziemia-ziemia, które obracają w gruzy całe połacie kraju.

Ludzie ginęli, a Europa i przede wszystkim Niemcy uprawiały politykę niewtrącania się, politykę przeczekiwania. Mówiono, że jeśli utworzymy strefę zakazu lotów i wkroczymy zbrojnie, konflikt się nasili.

Nie wtrącaliśmy się przez wszystkie te lata, bo nie chcieliśmy pogarszać sytuacji. Tę mantrę urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych rządu Merkel powtarzają do dziś. Co osiągnęliśmy? Maksymalną eskalację kryzysu w krajach arabskich.

Ta część społeczeństwa syryjskiego, która nie uciekła za granicę, zradykalizowała się. Kto codziennie widzi śmierć, zmienia się, raj na tamtym świecie staje się bliższy od życia na ziemi. Rozpacz Syryjczyków przyniosła w końcu tę straszliwą organizację, która nazywa się Państwo Islamskie i działa tak brutalnie, że odrzuciła ją nawet Al-Kaida. Dla islamu jest w swoim radykalizmie tym, czym Czerwoni Khmerzy byli niegdyś dla komunistów. Milicja Islamic State kontroluje jedną trzecią Syrii i jedną czwartą Iraku, to więcej niż powierzchnia Wielkiej Brytanii. W czerwcu 2014 roku na ruinach obu państw IS utworzyło kalifat roszczący sobie globalne pretensje, nieznający granic. Grozi, że wyczyści z szyitów, chrześcijan i innych niewiernych kraje arabskie, a potem cały świat.

Zachód nie pomógł, więc Państwo Islamskie rozprzestrzenia się w regionie jak gangrena. Fanatyczni boży bojownicy wywołują kolejną wielką falę uchodźców chcących przedostać się do Europy, przez morze, w którym tak wielu się topi.

Musimy to wreszcie zakończyć. Nie wolno nam się dłużej przyglądać. Moglibyśmy zapobiec ich śmierci, ale tego nie robimy, bo przyjęcie ich wydaje się za drogie.

Tego, co się stało, nie da się cofnąć. Ale można pomóc tym, którzy przeżyli skutki naszej polityki. W wielkim akcie miłosierdzia.

Raz już to zrobiliśmy. Gdy szalały wojny na Bałkanach, uciekinierom z regionu przyznaliśmy nieograniczony azyl. Kto był w stanie udowodnić, że pochodzi z Bośni i Hercegowiny, mógł szukać ratunku w Niemczech. Podczas wojny w Bośni pozwalaliśmy przyjeżdżać do nas wszystkim, z zastrzeżeniem, że muszą wrócić do ojczyzny, gdy zapanuje tam pokój. Trzysta pięćdziesiąt tysięcy ludzi znalazło w tym czasie azyl w Niemczech i zdecydowana większość, z wyjątkiem dwudziestu tysięcy najcięższych przypadków, wróciła.

Jak długo jeszcze będziemy się przyglądać, gdy toną? Jak długo będziemy zmuszać kolejne pokolenie Syryjczyków do działania wbrew prawu? Wpychać ich w ręce przemytników? Jak długo będziemy zdradzać samych siebie? Wojny na Bliskim Wschodzie zmieniają także Europę. Brutalizujemy się, powoli i stopniowo. Próbując się chronić, niszczymy samych siebie. Nie wolno do tego dopuścić.

Nie zmuszajcie kobiet, mężczyzn i dzieci do wsiadania na łodzie. Otwórzcie granice, teraz. Miejcie litość.

Wolfgang Bauer, Przez morze. Z Syryjczykami do Europy, tłum. Elżbieta Kalinowska, zdjęcia Stanislav Krupar, Wołowiec 2016, ss. 54-56 i 141-143.

Ja bym granaty podkładała pod zakony

– Ja bym granaty podkładała pod zakony – zaczyna. – Czy coś dobrego stamtąd wyniosłam? Nie. Bardzo ciężko mi było wrócić do życia. Do zwykłych przyjemności. W zakonie nikt się nie poznał, że mogłabym wykładać, słowem ludzi pociągnąć, pracować naukowo. Gdybym została, pieliłabym pewnie teraz jakieś grządki. Siostry się marnują. Dużo odeszło.

Trudno być w zakonie tak normalnie dobrym. Ludzie proszą cię o pomoc, ale ty najpierw musisz iść się pomodlić, a potem siedzieć z siostrami na rekreacji. Chcesz pójść za odruchem serca, ale to sprzeczne z posłuszeństwem. Nie pomagasz komuś, bo to wbrew woli przełożonej. Postępujesz dobrze czy źle? Mam znajomego księdza, on sobie tłumaczy, że to dobrze, że mi nie pomoże. Bo teraz jest przede wszystkim dla Boga, nie dla ludzi. Nie zadzwonił, kiedy rozstawałam się z mężem, a wiedział, że było mi trudno. Nie pożyczył kilkuset złotych, choć ma dużo pieniędzy. Jest dobry, ale dobra nie czyni. Przed Kościołem był inny. Zaprzyjaźniłam się w szpitalu z siostrą sercanką. Kiedy byłyśmy z Hańcią bardzo chore, poprosiłam, żeby kupiła nam leki i chleb. Nie mogła. Bo Bóg, bo wspólnota. I nie zostaje czasu, żeby pomóc. Nie winię jej, bo wiem, że tak jest. Byłam tam.

Zakony psują dobrych ludzi, idealistów, którzy chcą czegoś więcej. Jesteś zachęcana, by ślepo wierzyć, nawet jeśli się nie zgadzasz. Czarne jest białe, białe czarne. Masz to przyjąć w imię świętego posłuszeństwa. Ja tak robiłam. To był gwałt na umyśle.

A przecież jak idą do zakonu młode dziewczyny, to skąd mają wiedzieć? Myślałam, że tak trzeba, starałam się. Wszystkie moje problemy kwitowano, że jestem niedojrzała, niegotowa, zła. Nasza formacja polegała na przepisywaniu książek. Żarliwych, religijnych. Gdy chciałam coś przeczytać, Mistrzyni pytała: o czym? Potem zdejmowała książkę z półki i mówiła: ta. Nie było żadnych nowości, wszystko stare, przedsoborowe. W teologicznych pismach też były sprzeczności: Jan od Krzyża mówił o umartwieniach, a święty Franciszek, żeby sobie wybaczać. Skąd miałam wiedzieć, jak to pogodzić?

Pięć razy brewiarz, codziennie msza, Mea Culpa, moja wina, moja bardzo wielka wina. Cały czas rąbany rachunek sumienia. Ciągle się zastanawiasz, czym dzisiaj obraziłaś Boga. Mistrzyni zachęcała do małych umartwień, o których nikt nie będzie wiedział. Myślałam: jestem zła, straszna, grzeszna. Dostałam depresji. Wszystko stawało się obojętne. Ale myślałam, że to dobrze. Że nic mnie nie będzie odrywało od Boga.

Każą ci mówić prawdę, a za chwilę nie gorszyć, nie dawać złego świadectwa. Musisz tryskać radością. Musisz udawać, bo w zakonie rozliczają cię z emocji. Przełożone dawały przykład. Zwalczały się, widać było po twarzach, napięte, czerwone. A oficjalnie całowały się i ściskały. To paradoksy, od których trudno się uwolnić. Nie masz kogo zapytać. Nikt nie może wiedzieć, że masz wątpliwości. Ani ludzie z zewnątrz, ani współsiostry. Bo kogoś to może zgorszyć.

Czy Hańcia pójdzie na religię? – zamyśla się. – Nie wiem.

Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Warszawa 2016.