Rozejrzyj się wkoło. Horyzont w drgawkach, bezkształtny

„Poprzez flanelowe równiny i asfaltowe grafy, i horyzonty z giętej rdzy, w poprzek tabaczkowobrunatnej rzeki z brzegami w schylonych w szlochu drzewach, rzucających w nurt monety wpadającego przez liście światła w dolnym biegu, do miejsca za wiatrochronem, gdzie niezaorane pola smażą się wściekle w przedpołudniowym upale: sorgo, komosa, zamokrzyca, kolcorośl, cibora, bieluń dziędzierzawa, mięta polna, mniszek, wyczyniec, winorośl, dzika kapusta, nawłoć, bluszczyk kurdybanek, zaślaz, pokrzyk, ambrozja, owsik, wyka, myszopłoch kolczasty, wgłobione samosiejki fasoli – wszystkie główki wdzięcznie raz w górę, raz w dół w porannej bryzie, jak pod łagodną dłonią matki głaszczącą cię po policzku. Strzała szpaków spod strzechy wiatrochronu. Migotanie rosy, która nie rusza się z miejsca i paruje jak dzień długi. Słonecznik, jeszcze cztery, jeden schylony, no i konie w oddali, sztywne i nieruchome jak zabawki. Wszystko skinieniem na tak. Elektryczne odgłosy owadów przy pracy. Światło barwy piwa i blade niebo, i floresy cirrusów wysoko tak, że nie rzucają cienia. Owady nie tracą czasu – przez cały ten czas. Kwarc i rogowiec, i łupek metamorficzny, i rdzawe strupy chondrytów w granicie. Bardzo stara ziemia. Rozejrzyj się wkoło. Horyzont w drgawkach, bezkształtny. Wszyscyśmy sobie braćmi.Nadlatują wrony, trzy albo cztery, nic wielkiego, szybują bezgłośnie w skupieniu, ciągnąc za ziarnem w stronę drutu pastwiska, za którym jeden koń obwąchuje zad drugiego, a ten usłużnie unosi ogon.Marka twoich butów odciśnięta w rosie. Powiew lucerny. Skrzypienie skarpetek. Suchy chrzęst wewnątrz przepustu. Zardzewiały drut i poprzechylane słupki – bardziej symbol ograniczenia niż właściwy płot. ZAKAZ POLOWAŃ. Szum na międzystanówce za wiatrochronem. Wrony z pastwiska – a figura każdej wyznacza inny kąt – przewracają placki na drugą stronę, by dostać się do robaków pod spodem – kształty robaków wytłoczone w gnoju i wypalane na słońcu przez cały dzień, utrwalone, drobne bezrefleksyjne linie w rzędach i pierścienie, niedomknięte, bo też głowa nigdy naprawdę nie dotyka ogona. Czytaj z tego.”

David Foster Wallace, Blady król, tłum. Mikołaj Denderski, WAB 2019


English professor’s ass

My English professor’s ass was so beautiful. It was perfect and full as she stood at the board writing some important word. Reality or perhaps illusion. She opened the door. With each movement of her arms and her hand delicately but forcefully inscribing the letters intended for our eyes her ass shook ever so slightly. I had never learned from a woman with a body before. Something slow, horrible and glowing was happening inside me. I stood on the foothills to heaven. She opened the door.

There were a bunch of us in Eva Nelson’s world literature class who had gone to catholic school. Nobody was that different, 18-year-old kids who had grown up going to the Blessing of the Fleet, hooting and drinking beer, who went to Sacred Heart, who played against Our Lady. Hardly anyone in the class was really that different. Everyone it seemed to me lived in a roughly catholic world. But those of us who knew nothing else–we were especially visible. When we had a thought, an exciting thought we’d go: Sst. Sst. Like a batch of little snakes. We meant “Sister.” Sister, pay attention to me. Call me now.

Eva Nelson had been teaching Pirandello. What we really are considering here: and now she faced us with her wonderful breasts. I know that a woman when she is teaching school begins to acquire a wardrobe that is slightly different from her daily self. How she exposes herself to the world. For instance later in the semester I went to a party at her house in Cambridge and she sat on her couch in her husband’s shirt. He was a handsome and distant young man named Gary, he was the Nelson and she wore his shirt and you really couldn’t see her breasts at all but she had a collection of little jerseys, tan and peach, pale gold and one was really white I think. Generally she dressed in sun tones–nothing cool, nothing blue. Nothing like the airy parts of the sky, but the hot and distant tones of the sun and her breasts were in front of me, I was looking at her face and I knew I was alive.

Eileen Myles, Inferno.

Babitz: For great sex, get a vibrator

There’s one thing about being in a bad relationship for longer than you should just for sex: when you get out, all you can think about is sex, and my advice to you is—for great sex, get a vibrator (or do it yourself), and remember how fabulous it was; don’t go trying to get the person back, or you’ll wind up a skull in the desert outside the Bagdad Cafe.

Eve Babitz, Black Swans.

The slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face

Momentarily, she acted as if she intended to really ravage me, but it was a phoney growl. She didn’t know how. I must fuck Robin. That was my job. She had the largest … cunt, vagina I have ever stuck my finger in. It was big red and needy. I stuck two three fingers in and fucked her and fucked her. I’ve always received complaints that I was rough but I felt like I could have been shoving a stick up this woman, a branch. Her ass was up in the air, it was April and the trees were still pretty bare and I looked through the black rusty cross-hatched window gates of my East Village apartment and I felt detached and I fucked and fucked her with my hand, and twisting her nipples. She moaned and growled with pleasure. Such a woman, I have never met such a horny animal nor have I ever so distinctly serviced a woman before. Do you want my fist inside you. Anything she shrieked, anything.

So this is my late winter stolen landscape. Robin’s hungry butt bobbing in front of my window next to my desk where I write. I felt my home, myself, violated by this animal. I couldn’t stop. This must be what faggots do. The inside of her pussy was hot and warm, it did, it did feel like a live animal. I put my fingertip to her butt-hole but there didn’t seem to be any magic there. I was getting bored. Wanna come up on me. I wanted to be underneath—her pussy on my mouth. Sure, anything. I had no way of framing her true repertoire with these kind of replies. I suspected she had done everything in the past, or on the other hand maybe she was a liar.

Here it comes, the salty hairy organ, the slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face. I started licking and sucking like crazy. I am wild for the sensation of having my face covered and dominated, almost smothered by a cunt. She was happy. It all seemed one to her, then a great groan and buckets of wet acrid fluid flooded into my mouth, splashing down my cheeks and onto my pillow. Initially I surmised she had come in some new way, but it was pee and now I had drank it for the first time. I swallowed some, but then no I don’t really want to drink piss. I wiped the edges of my mouth and then kissed her. I think she said I’m sorry but grinned at me wiping my face. Do you have any music she said. Take a look—the tapes are on the refrigerator. I lay on the bed, fascinated by the acrid taste of piss, yet horrified at the inadequacies of my tape collection. Da, duh-duh, Da, duh-duh came the opening notes of “Kimberly” and Robin walked naked across the length of my apartment like she was the real Patti Smith.

I think we tried to cram more into her pussy for a while after that and she gave my lips a quick swipe with her mouth, but I really suspected that was not her cup of tea. Because she was not a lesbian, nothing like that.

Do you have a towel? Actually I didn’t. Or I didn’t have a clean towel and I didn’t want to give her mine, out of a desire not to insult one of us. Finally I gave her a facecloth. I guess a towel’s a towel. I didn’t know what was going on. I’ve got to meet my girlfriend she explained. Today she had a girlfriend. A blow to the stomach, received in silence of course. I’m going out too I said. Well then come on, come with me to meet her. I did something in the kitchen sink, brushed my teeth, but I was feeling demolished.

Eileen Myles, Chelsea Girls.

Tango was my game

Looking at myself  in the mirror, wearing this incredible black skirt with a slit up the side so tango-y it made my legs actually look long, with high heels, black stockings, my latest incredible black top, which had baroque lace in the front where you could see through to my cleavage, of which there was a lot, what with these new bras they have now that undo in front, my white-blond hair tousled around my face, tons of eye makeup on my dark eyes, and this matte ruby lipstick that practically glowed in the dark and made me look too tragique for words—I had to admit, I looked like tango was my game.

Eve Babitz, Black Swans.

Byłam kurwą, ponieważ byłam samotna

image

W, mój chłopak, powiedział, że jeśli go kocham, to będę się dla niego kurwić. Wiedziałam, że W żyje z kobiet, które trudnią się prostytucją. Nie miałam pojęcia, czy on kiedykolwiek żywił wobec mnie jakieś głębsze uczucia, a jeśli nawet, to na czym owe uczucia polegały. Sama sobie nie mogłam się nadziwić, dlaczego uganiam się za mężczyznami, którym na mnie nie zależy.

To matka, nie ojciec, zdominowała moje świadome życie. Matka, kiedy jeszcze żyła, albo mnie nie zauważyła, albo, jeśli już musiała, to mnie nienawidziła. Chciała, żebym została nikim, albo jeszcze gorzej, ponieważ wraz z moim pojawieniem się w jej łonie, a jeszcze nie na świecie, porzucił ją mąż. To powiedziała mi kiedyś matka, zniewalająco piękna, czarująca i kłamliwa. Kiedy jeszcze żyła.

Nieobecność to imię nie tylko ojca.

Dzieciństwem jest każdy dom publiczny.

Ten, w którym umieścił mnie W, nazywał się Ange.

Poza ścianami domu publicznego mężczyźni boją się i uciekają przed pięknymi kobietami; zniewalającą kobietę, która wiąże się z mężczyzną, musi piętnować jakaś bezcielesna blizna. Pod tym względem moja matka była słaba; jej słabość obróciła się w mój los.

Kobiety za drzwiami burdelu, niezależnie od tego, jak wyglądają w rzeczywistości, w oczach mężczyzn są zawsze piękne. Ponieważ spełniają ich fantazje. Takim właśnie sposobem to, co było znane jako “męski reżim”, oddzielało swój rozum od fantazji na terytorium, któremu nadano miano “kobiecych ciał”.

Byłam jedyną białą w burdelu, dlatego wszystkie pozostałe dziewczyny, łącznie z madam, która swego czasu była mężczyzną, nienawidziły mnie. Szydziły z moich cech charakteru, choćby z mojej uprzejmości. A już najbardziej nie mogły ścierpieć faktu, że to nie ekonomiczna konieczność popchnęła mnie do prostytucji. Dla nich słowo “miłość” nie miało znaczenia. Ja jednak nie dlatego zostałam kurwą, bo kochałam W tak bardzo, że zrobiłabym dla niego wszystko. Wszystko, byle go przekonać, żeby mnie kochał. Miłością, która, przekonywałam się powoli, nie miała mi być nigdy odwzajemniona. Zgłosiłam się do burdelu z własnej woli, ponieważ wierzyłam, że dopiero wtedy, gdy stanę się niczym, zacznę widzieć.

Nie miałam pojęcia, co robię.

Kiedy wstąpiłam do tego domu, madam odebrała mi wszystkie osobiste rzeczy, nawet maleńkie czarne okulary do czytania. Jakby była klawiszką. Jesteś biała, stwierdziła, więc pewnie ci się wydaje, że zasługujesz na coś więcej. Jak choćby na przykład szczęście. Mówiła, że jestem zbyt blada, zbyt delikatna, by znieść życie w takim miejscu.

Inne dziewczyny uważały, że mogę odejść z tego kurwilandu, kiedy tylko zechcę.

Ale ja nie mogłam odejść, ponieważ w domu publicznym byłam nikim. Nie było więc nikogo, kto mógłby odejść.

Była dzieckiem: gdybym się uwolniła od dzieciństwa, nic by ze mnie nie zostało.

Później dziewczyny zaakceptowały we mnie kurwę. Zaczęłam wtedy żałować, że nie kocham mężczyzny, który by mnie kochał.

W dzielnicy slumsów mieszkało mnóstwo wróżek. Kurwy chodziły do nich w chwilach wolnych od pracy. Mimo iż niebawem zaczęłam towarzyszyć moim przyjaciółkom, za bardzo się bałam, by mówić cokolwiek tym kobietom, z których większość była kiedyś w branży. Stawałam w cieniu i rzadko o coś pytałam, ponieważ nie chciałam zdradzić niczego na swój temat. Gdy zagadnęłam wreszcie o przyszłość, tak to zrobiłam, jakby ona w ogólnie nie istniała. Czułam się bezpieczna, znając tylko szczegóły codziennego życia, sracze, defekacje, wszystko to, co jest snem.

Jakby sny nie mogły być czymś rzeczywistym.

Wróżki włóczyły się po ulicach otaczających Ange.

Nie wróżyło to nic dobrego, a jedyna przepowiednia, jaką zapamiętałam, była oparta na karcie z Wisielcem:

Kobieta, która odczytywała karty, próbowała nadużyć mojego zaufania.

– Czy to oznacza, że popełnię samobójstwo? – spytałam.

– Ależ skąd, O. Ta karta mówi, że jesteś martwą osobą, która żyje. Że jesteś zombie.

Ja jednak wiedziałam swoje. Wiedziałam, że Wisielec, inaczej Gérard de Nerval, to mój ojciec i że każdy mężczyzna, którego pierdolę, to on.

Mój ojciec był właścicielem Śmierci, tego kurwilandu. Przesiadywał w swym królestwie nieobecności, sprawując kontrolę nad wszystkim, co nią nie było.

Karty pokazały mi wyraźnie, że go nienawidzę. Gdy jakieś posłanie podróżuje od tego, co niewidzialne, do świata, który jest widzialny, to posłańcem jest emocja. Mój gniew, posłaniec, miał doprowadzić do rewolucji. Mimo że rewolucje są niebezpieczne i to dla każdego.

Ale karty powiedziały jeszcze straszniejsze rzeczy. Powiedziały nam, kurwom, że rewolucja do której lada chwila miało dojść, musi upaść przez swą własną naturę i genezę. Że w chwili jej upadku, w chwili, gdy najwyższa władza jak wąż pożre własny łeb, kiedy ulice zaleje nędza i rozkład, ale inna już nędza i inny rozkład, wszystkie moje sny, sny które są mną, roztrzaskają się na kawałki.

– A wtedy – powiedziała wróżka – znajdziesz się na pokładzie statku piratów.

Te karty, które jeszcze pamiętam, powiedziały mi, że moja przyszłość będzie wolnością.

– Tylko co ja zrobię, gdy na świecie nie będzie nikogo, kto by mnie kochał? Kiedy cała egzystencja stanie się samą wolnością?

Karty pokazywały teraz wizje stresu, choroby, zarazy…

W burdelu przebywałam miesiąc. W nie odwiedził mnie ani razu, ponieważ nigdy mu na mnie nie zależało.

Byłam kurwą, ponieważ byłam samotna.

Wróżka powiedziała mi, że wolna stanę się wtedy, gdy odbędę podróż do krainy umarłych.

Starałam się uwolnić od samotności, jednak nic nigdy nie miało mnie uwolnić od samotności, zanim nie uda mi się uwolnić od samej siebie.

Kathy Acker, Kicia, Król Piratów. Poemat ciała, tłum. Katarzyna Karłowska, Poznań 2002, s. 11-14.

Zeus and Hera and Lucinella and William

Hera is drinking her coffee upstairs on the veranda.

“Tell me a story,” I beg her. “How did you and Zeus meet?”

“We’re closely related, you remember,” says Hera. “For eons he chased me, and I ran, until he turned himself into a cuckoo, so wet and bedraggled I nestled him between my breasts. The wedding night,” says Hera, “lasted three hundred years.”

“William and young Lucinella come out on the front porch below us. I lean over the railing and watch William crush a leaf of lilac and hold his finger under young Lucinella’s nose. She draws her head back. They saunter together and disappear around the left corner of the house. “How does one handle jealousy?” I cry.

“Badly,” says Hera. “You know the story of Zeus and Semele, how I went to her disguised as a neighbor and whispered, ‘Next time tell him to show himself in his true nature or deny him your bed!’ Zeus, of course, came in thunder and lightning. That was the end of her. Poor Io! They thought it was Zeus who turned her into a cow and sent a gadfly after her, but it was me! And it wasn’t only jealousy,” says Hera. “Nobody knows that all the time I was watching my husband chasing every skirt and saw the skirts running, and knew he wasn’t going to make them except in some fool disguise, though everybody thinks it was to fool me.”

“Why did they run? I mean, I really like Zeus,” I say, and blush.

“I know you do,” says Hera and gives me that look I don’t understand. “Maybe,” she says, “he wasn’t all the prize you think.”

“Because of the skirts? All those nymphs and princesses?”

“All those princesses, and not only that,” says Hera. “It was the brutality, the cowardice.”

“Zeus’s cowardice?” I don’t like that. “Cowardice, yes,” she says. “You remember how his mother—Earth, you know—prophesied the child that Metis bore was going to dethrone him. Damned if Zeus, like his father and grandfather before him, doesn’t open up his mouth and with one gulp … and not the child only! Mother and all. So now he had to birth the baby. Have you ever been around a man who’s got a cold in the head? Imagine Zeus with Pallas Athene ready to spring from his brow! Then there was the time Typhon stormed Olympus when Zeus didn’t happen to have his thunder on him. What does he do but turn himself into a ram and skidaddle to save his own skin! When the monster made a pass at me, don’t you think Zeus strung me from the rafters of heavens with an anvil tied to each ankle—though he said it was in punishment for my rebellion. Ares had to come and get me down.” Hera sits very straight, chin high, still smoldering. She has forgotten not a tittle of her husband’s ancient offenses.

We are silent. “So why do we stick with them!” I say.

“Oh,” Hera says, “because one’s tied to them by one’s own possessiveness, by sex, I suppose. Not so much now any more, but I used, once in a while, to borrow Aphrodite’s girdle … And by pity.”

“Pity for Zeus?”

“Oh yes,” Hera says. “It’s watching the erosion of their powers that breaks the heart and grapples you to them even when they no longer want you. You’ve read your Aeschylus?”

“Well …” I say.

“Read it,” says Hera. “Read where the buccaneer god and philanderer has a stature second hardly to Jehovah, before Euripides began to psychologize and Plato turned us into literature. The Romans carved two frown lines between Zeus’s eyes, set his heads on prefabricated torsos, and disseminated him through the known world. In the Christian era, he had to go underground, and when he turns up again, he’s gone baroque, going rococo. By the eighteenth century what is he except a self-conscious grace note of erudition? Yesterday I saw him in company with Thor and Green Lantern, if you please—not all badly drawn—in a kiddie comic. Tomorrow he will find himself a minor character in some Tom, Dick, or Harry’s comical new novel. Desecrated, deposed, exiled, but incapable of dying, no longer god and unwilling—or is it unable?—to be human, what can he do but turn into an intellectual, write a book, research his own descent—heaven forgive me, maybe it’s an ascent—from a bearded snake to what? A refugee college professor!”

“Lucinella!”

It’s William calling me. “I’m coming!” I cry.

(…)

In the curl of the banister stands Zeus having a quiet smoke. The party has got too hot and noisy for him, he says.

“Me too,” I say. “I’m going up to bed.” I lift my cheek for a good-night kiss. His tongue thrusts straight and deep between my lips and the world suspends its rotation. His hand inside my blouse touches, his mouth lifts out of mine, pronounces my name as if it were a foreign language: “Lucinella.”

I’m looking into the same astonished roundness of eye that Europa saw the instant of her rape. Whether disguised as bull, or swan, or golden shower activity (as they call it on television—and which requires a great imaginative effort), or as my aging intellectual, your true lover has the grace to be dazzled by each new passion. His veteran confidence needs no double-entendre to make loopholes for a misunderstanding. He says, “Let’s make love.”

Now that I know Zeus and I are going to be lovers (and know it’s him I would have wanted all along if it had occurred to me), I freeze. I want my mother! “Let’s not!” I say.

“Let’s,” he says, waits. No rape, no suasion. There’s no need.

I say, “All right,” and his immense arms take me up and lift me through the front door down the steps.

“But you’re married,” I say, ashamed to be so vulgar, but I have been jealous. It is Hera who’s my sister. What does Zeus know!

“We won’t tell her,” he says, on the faintest rising pitch of irritation. “Hera and I’ve been married these eons and have eternity to go.” He carries me over the midnight fields, tree and stone, into his bed. And when the earth resumes its motion, the direction has been radically altered; I’ve slipped away and run back to New York. I’m not ready yet to meet him with my morning face.

At home his letter awaits me: a quick page of astonished jubilation, and what admirable prose! Happiness is its keynote.

Mine is bewilderment. I’d wanted to be virtuous—that’s the prettiest dream of all!—but now elation must learn to co-exist with my guilty treachery and it’s not hard—oh, shabby guilt. As for happiness, there’s a word! I smile and smile, but how shall I recognize what I can’t exactly remember ever meeting face to face before? And I don’t know the rules. Is it all right to dispatch my prickly perplexity into Arcadia? If I could only talk with him for half an hour, I’d understand everything, and so I write him what I never meant to say: Come!

He writes back to say he will be here at 8:15 but must leave by 7:20 the next morning. He arrives on the dot.

I doubt if I’d have given Zeus a second look in his heyday, when he was gaudy with health, his dark-blue locks, his bristling beard, eyes like oxidized copper sparking pink and gold and purple lights, and his enormous size. I prefer my gods in their twilight. I lean into the voluptuous laxness of elderly flesh. Under my hands, great Zeus lies patiently; he knows how to suffer pleasure. His divine cock has lost none of its potence and his hand is omniscient.

I used to laugh at gods and kings. I’d imagined Zeus muscle-bound, stupid with power, rattling his enormous thunder, unable to control the whims and spectacular tempers of his oversized relations, but in my bed his mind moves feelingly. It’s just that mine, being Jewish and from New York, leaps more nimbly, which he enjoys. I sense his smiling in the darkness. When I get silly he reaches out laughingly to fetch me home to good sense and we make love again, sleep awhile, and more love and more talking.

I ask Zeus to visit inside my head. (You are invited, too. In here he and I, and you, will get to know one another, though like every hostess I’m a little nervous. Notice how I elide my sentences and keep my book short. I’m watching for signs of a yawn burgeoning behind your compressed lips. You don’t want to hurt my feelings, I know, but feel free to leave any time. Though your departing back will make a permanent dent in my confidence, one survives. I prefer it to your sufferance behind my back.)

Morning. I am chilled by the expanse of air that separates me from Zeus. He’s sitting on the edge of my bed. Once he’s put his socks back on, there’s no seduction of mine that can keep him one minute after 7:20.

Lore Segal, Lucinella, 1976.

Poranek American Psycho

W pierwszych promieniach majowego świtu salon mojego mieszkania wygląda następująco: nad białym, marmurowo-granitowym kominkiem gazowym ze sztucznymi polanami wisi oryginalny David Onica. Jest to portret nagiej kobiety, obraz o wymiarach sześć na cztery stopy, namalowany w stonowanych odcieniach szarości i oliwkowej zieleni, przedstawiający postać siedzącą na szezlongu i oglądającą MTV; w tle widać marsjański krajobraz, połyskującą fiołkowo różową pustynię, na której rozrzucone są martwe, wypatroszone ryby i rozbite talerze, z których jeden – niczym supernowa – unosi się ponad żółtą głową kobiety. Całość oprawiona jest w czarne stalowo-aluminiowe ramy. Naprzeciw obrazu stoi długa, biała, puchowa sofa i trzydziestocalowy, cyfrowy odbiornik telewizyjny Toshiby; jest to model o wysokiej kontrastowości i wysokiej rozdzielczości obrazu, który oprócz tego wyświetla wskazania wideo we wszystkich czterech rogach ekranu – jest to możliwe dzięki zastosowaniu najnowocześniejszej lampy kineskopowej NEC. Wyposażony jest dodatkowo w cyfrowy system efektów specjahrych, takich jak obraz-w-obrazie i podgląd obrazu zatrzymanego; system audio tego odbiornika składa się z wbudowanych stereofonicznych kolumn głośnikowych oraz wbudowanego wzmacniacza o mocy pięciu watów na każdy kanał głośnikowy. Pod telewizorem, w szklanej gablocie umieszczony jest magnetowid kasetowy Toshiby; jest to super szeroko pasmowy odtwarzacz klasy Beta, który ma wbudowane funkcje montażowe, takie jak generator znaków z ośmiostronicową pamięcią oraz szerokopasmowy zapis i odczyt z trzytygodniową pamięcią ośmioprogramową. W każdym rogu pokoju stoi sztormowa lampa halogenowa. Na wszystkich ośmiu oknach sięgających od sufitu do podłogi, umieszczone są cienkie, białe weneckie żaluzje. Przed sofą stoi na dębowych nogach stoliczek do kawy, którego blat wykonano ze szkła; mebel nabyłem u Turchina. Na stoliczku, wokół drogich, kryształowych popielniczek (mimo że nie palę) od Fortunoffa, leżą wytworne szklane zwierzątka od Steubena. Obok szafy grającej Wurlitzera stoi czarny, mahoniowy fortepian Baldwina. W całym mieszkaniu podłoga wyłożona jest białym, polerowanym dębem. Po drugiej stronie salonu, obok biurka i stojaka do gazet od Gio Pontiego, stoi kompletna wieża stereo (odtwarzacz płyt kompaktowych, magnetofon kasetowy, tuner, wzmacniacz) Sansui z sześciostopowymi kolumnami głośnikowymi Duntech Sovereign 2001 w brazylijskim palisandrze. Na środku sypialni stoi puchowy futon obramowany dębem. Pod ścianą umieszczony jest trzydziestojednocalowy odbiornik telewizyjny Panasonic o płaskim ekranie i stereofonicznym systemie audio, a pod nim, w szklanej gablocie, znajduje się magnetowid kasetowy Toshiby. Nie jestem pewien, czy cyfrowy budzik Sony wskazuje właściwy czas, siadam więc i spoglądam na mrugający zegar magnetowidu, a następnie podnoszę ze stalowo-szklanej nocnej szafki stojącej przy łóżku klawiszowy telefon od Ettore Sottsassa i wybieram numer zegarynki. W jednym z rogów sypialni stoi stalowo-drewniane krzesło wyściełane kremową skórą projektu Erica Marcusa, w drugim modelowane krzesło ze sklejki. Beżowo biały dywan Maud Sienna w czarne kropki pokrywa niemal całą podłogę. Jedna ze ścian ukryta jest za czterema olbrzymimi szafkami z wybielonego mahoniu. Gdy leżę w łóżku, mam na sobie jedwabną piżamę od Ralpha Laurena, a gdy wstaję, narzucam na ramiona kaszmirowy szlafrok koloru starej madery, następnie idę do łazienki. Oddając mocz, zastanawiam się nad obrzękniętym obliczem odbijającym się w szkle, za którym znajduje się wiszący nad muszlą plakat baseballowy. Przebieram się w spodenki bokserskie z monogramem od Ralpha Laurena, wciągam sweter treningowy Fair Isle i wsuwam stopy w jedwabne pantofle w groszki od Enrica Hidolina, następnie zawiązuję wokół twarzy plastikową torbę z lodem i rozpoczynam poranne ćwiczenia rozciągające. Po gimnastyce staję przed chromowo-akrylową umywalką łazienkową Washmobile – która dodatkowo wyposaźona jest w miseczkę na mydło, uchwyty przytrzymujące kubki do mycia zębów oraz poręcz słuźącą jako wieszak do ręczników; całość kupiłem w Hasting Tile jako zestaw, którego będę używał, oczekując na zamówione marmurowe umywalki z Finlandii będące obecnie w stadium piaskowania – i przyglądam się swemu odbiciu z plastikową torbą z lodem na twarzy. Do kubka z nierdzewnej stali nalewam odrobinę Plaxa, płynu przeciwko osadowi kamienia na zębach i płuczę nim usta przez trzydzieści sekund. Następnie wyciskam pastę Rembrandt na szczotkę ze sztucznej skorupy żółłwiowej i rozpoczynam mycie zębów (jestem zbyt skacowany by użyć nici dentystycznych, a może czyściłem nimi zęby przed pójściem do łóżka zeszłej nocy?), po czym przepłukuję usta Listeriną. Oglądam dłonie i poleruję paznokcie szczotką. Zdejmuję torbę z lodem i aplikuję sobie na twarz środek czyszczący pory, a następnie miętowo-ziołową maseczkę kosmetyczną, którą zostawiam na dziesięć minut, oglądając w tym czasie paznokcie u nóg. Wyjmuję emalię do polerowania zębów Probright, której używam niezależnie od szczotki do polerowania Interplak (tej zaś używam niezależnie od normalnej szczotki); Interplak porusza się z szybkością 4200 obrotów na minutę i zmienia kierunek ruchu czterdzieści sześć razy na sekundę. Dłuższe kępki włosia czyszczą przestrzeń pomiędzy zębami i masują dziąsła, krótsze natomiast szorują same zęby. Po raz kolejny przepłukuję usta, używając Cepacolu. Zmywam maseczkę ściereczką do twarzy pachnącą miętą. Mój prysznic wyposażony jest w uniwersalną głowicę działającą we wszystkich kierunkach, która daje się przesuwać w pionie o trzydzieści cali. Prysznic wykonany jest z czarno-złotego australijskiego mosiądzu pociągniętego białą emalią. Pod prysznicem używam najpierw żelu czyszczącego, reagującego z wodą, a następnie płynnego mydła kąpielowego do ciała o zapachu miodowo-migdałowym, a na twarz żelu złuszczającego stary naskórek. Szampon Vidal Sasoon jest wyjątkowo przydatny do pozbywania się warstwy wyschniętego potu, soli, tłuszczu, substancji zatruwających atmosferę i kurzu, które odbierają włosom puszystość i spłaszczają fryzurę, co w efekcie powoduje, że wygląda się starzej. Pomocne mogą być także balsamy – technologia silikonowa pozwala wykorzystać w całej pełni zalety zmiękczania włosów, bez obawy o spłaszczenie fryzury, co, jak wiadomo, postarza. Podczas weekendów lub przed randkami, używam naturalnego szamponu rewitalizującego Greune, balsamu i odżywki Nutrient Complex. Są to substancje zawierające D-pantenol, witaminę V-complex, polisorbat 80 – środek czyszczący włosy oraz naturalne zioła. Podczas tego weekendu mam zamiar wybrać się do Bloomingdale’a albo Bergdorfa i za radą Evelyn kupić szampon i europejski suplement Foltene przeciwdziałające przerzedzaniu się włosów; środki te zawierają węglowodany, które po zetknięciu z cebulką włosa wzmacniają ją i nadają włosom połysk. Kupię też odżywkę, wzmacniającą włosy Vivagen – nowy produkt firmy Redken – która przeciwdziała odkładaniu się soli mineralnych i przedłuża cykl życiowy włosa. Luis Carruthers polecał mi odżywkę Nutriplexx Aramis, która polepsza krążenie. Po wyjściu spod prysznica i dokładnym wytarciu się ręcznikiem, ponownie wkładam spodenki bokserskie od Ralpha Laurena i przed nałożeniem na twarz kremu do golenia Mousse A Raiser Pour Homines, owijam na dwie minuty policzki i brodę gorącym ręcznikiem, co zmiękcza twarde włoski zarostu. Następnie – jak to mam we zwyczaju – wklepuję w twarz nawilżacz (Clinique – mój ulubiony) i pozwalam mu wsiąkać w skórę przez minutę. Teraz mogę zmyć nawilżacz lub od razu nałożyć na niego krem bez zmywania – najlepiej za pomocą pędzla, który zmiękcza zarost przez uniesienie włosków – co według mnie znacznie ułatwia golenie. Nawilżacz przeciwdziała także zbyt szybkiemu parowaniu wody, a tym samym zmniejsza tarcie między skórą a ostrzem. Zawsze należy pamiętać o tym, aby zmoczyć ostrze ciepłą wodą przed goleniem i golić się zgodnie z kierunkiem wyrastania zarostu, delikatnie naciskając skórę. Bokobrody i brodę zostawia się na koniec, ponieważ włoski są tutaj twardsze i potrzebują więcej czasu na zmięknięcie. Po wypłukaniu ostrza i przed przystąpieniem do golenia należy strząsnąć z golarki nadmiar wody. Po goleniu płucze się twarz zimną wodą po to, by usunąć ślady piany. Powinno się użwać płynu po goleniu z niską zawartością alkoholu lub na bazie bezalkoholowej. Nigdy nie wolno stosować na twarz wody kolońskiej, ponieważ wysoka zawartość alkoholu powoduje przesuszanie skóry, co w efekcie postarza. Powinno się używać bezalkoholowego toniku antybakteryjnego, który nakłada się na twarz wacikiem; tonik normalizuje skórę. Ostatnim etapem golenia jest ponowne zastosowanie nawilżacza. Przed użyciem płynu zmiękczającego jeszcze raz płucze się twarz wodą: skóra stanie się delikatniejsza i długo zachowa wilgoć. Następnie można użyć żelu Gel Appaisant – także Pour Homines – który doskonale łagodzi skórę. Jeśli twarz wydaje się sucha i złuszczona – co, jak wiadomo, nie sprzyja młodzieńczemu, interesującemu wyglądowi – należy użyć płynu oczyszczającego, który usuwa zniszczony naskórek i odkrywa świeżą skórę (może także wydobyć głębszy kolor opalenizny). Potem można nałożyć odmładzający balsam do powiek (Baume Des Yeux), po czym po raz ostatni zastosować ochronny nawilżacz. Po wytarciu głowy ręcznikiem, stosuję płyn do układania włosów. Suszę lekko włosy, by nadać im kształt i puszystość (nie lubię gdy są zlepione), a następnie spryskuję je jeszcze raz płynem do układania i czeszę szczotką z naturalnego włosia Kent, by wreszcie zaczesać je do tyłu grzebieniem o szerokich zębach. Ponownie wciągam na siebie sweter treningowy Fair Isle i wsuwam stopy “‘jedwabne pantofle w groszki, po czym idę do salonu i wkładam do odtwarzacza kompaktowego nową płytę Talking Heads. Płyta zaczyna cyfrowo przeskakiwać, więc wyjmuję ją i umieszczam w odtwarzaczu kompaktowy oczyszczacz soczewek laserowych. Soczewki laserowe są bardzo delikatne i podatne na wpływy zanieczyszczeń z kurzu, pyłu, dymu, i wilgoci, środków zatruwających atmosferę; brudna soczewka niedokładnie odczytuje zapis na płycie kompaktowej, co powoduje nieprawidłowe startowanie odczytu, całkowity brak słyszalności, cyfrowe przeskakiwanie, zmiany szybkości i inne zakłócenia. Oczyszczacz ma szczoteczkę, która automatycznie ustawia się przy soczewce, i gdy płyta zaczyna się obracać, usuwa osady i zanieczyszczenia. Kiedy po raz drugi umieszczam Talking Heads w odtwarzaczu, płyta gra bez zarzutu. Wychodzę do hollu i zabieram spod drzwi egzemplarz USA Today, idę z nim do kuchni, gdzie łykam dwa Advile, multiwita-minę i tabletkę potasową, popijam wodą mineralną Evian prosto z butelki, ponieważ służąca – zaawansowana wiekiem Chinka – zapomniała włączyć wczoraj automatyczną zmywarkę. Nalewam sobie soku grapefruitowo-cytrynowego do kieliszka do wina St. Remy od Baccarata. Sprawdzam czas na neonowym zegarze wiszącym nad lodówką, by upewnić się czy mogę bez pośpiechu zjeść śniadanie. Stoję przy ustawionej na środku ladzie kuchennej i jem kiwi oraz pokrojoną w plasterki japońską jabłko-gruszkę (kosztują cztery dolary za sztukę u Gristede’a) z aluminiowych pojemników, które zaprojektowano w Niemczech. Z jednej z przeszkolonych szafek, które zajmują całą ścianę kuchni, wyjmuję rogalika z otrąb, torebeczkę z bezteinową herbatką ziołową i pudełko z kaszką z otrąb owsianych. Moje szafki kuchenne stanowią całość z półkami z nierdzewnej stali, przeszklone są szkłem zbrojonym drutem, a ściany boczne wykonano z metalu o kolorze ciemnoszaro-niebieskim. Po wyjęciu rogalika z kuchenki mikrofalowej, zjadam jedną połowę posmarowaną lekko masłem jabłkowym. Potem zabieram się do kaszki z owsianych otrąb z kiełkami pszenicy i mlekiem sojowym; następna butelka wody mineralnej Evian i mała filiżanka bezteinowej herbatki kończą moje śniadanie. Obok piekarnika do chleba Panasonic i perkolatora do kawy Salton Pop-Up stoi srebrny ekspres Cremina (to dziwne, ale ciągle jest jeszcze ciepły), który kupiłem u Hammachera Schlemmera (żaroodporna filiżanka z nierdzewnej stali oraz spodeczek i łyżeczka – stanowiące całość z ekspresem – stają brudne obok zlewu). Tuż obok ekspresu znajduje się kuchenka mikrofalowa Sharp model R-1810A Carousel II, z obracającym się talerzem, którego używam do podgrzania drugiej połówki rogalika. Dalej stoi toster Salton Sonata, beztłuszczowy opiekacz Cuisinart Little Pro, sokowirówka Acme Supreme Juicerator i mikser Cordially Yours, obok zaś znajduje się ciśnieniowy czajnik z nierdzewnej stali o pojemności półtora litra, który gwiżdże "Tea For Two”, gdy gotuje się w nim woda; nalewam z niego kolejną filiżankę herbaty bezteinowej o smaku jabłkowo-cynamonowym. Przez długą chwilę wpatruję się w elektryczny nóż Black and Decker Handy Knife leżący na ladzie obok zlewozmywaka i włączony do prądu: jest to narzędzie służące do krojenia i dzielenia, z dodatkowymi ostrzami – ostrzem ząbkowanym, ostrzem muszelkowym i rączką z wymiennymi akumulatorkami. Garnitur, który dzisiaj włożę, pochodzi od Alana Flussera. Jest to typowy pofałdowany garnitur z lat osiemdziesiątych, będący unowocześnioną wersją stylu lat trzydziestych. Najciekawsza odmiana tego stylu charakteryzuje się poszerzonymi naturalnymi ramionami, pełnym przodem i rozciętymi plecami. Miękko wycięte klapy powinny mieć szerokość czterech cali, róg klapy powinien znajdować się w trzech czwartych jej długości w kierunku ramion. Prawidłowo uszyte ostro zakończone klapy garnituru dwurzędowego są uważane za bardziej eleganckie niż klapy z wycięciem. Nisko umieszczone kieszenie marynarki posiadają klapki z podwójnym wzorem miotełkowym: ponad klapką znajduje się nacięcie ozdobione z każdej strony płaskim, wąskim kawałkiem materiału. Cztery guziki tworzą nisko umieszczony kwadrat, ponad którym – w miejscu przecięcia klap – znajdują się jeszcze dwa guziki. Spodnie mają zakładki i są mocno wcięte, tak aby stanowiły jedną linię z szeroką marynarką. Poszerzony pas jest nieco wyższy z przodu. Umieszczone pośrodku pleców podkładki do szelek sprawiają, że spodnie są dobrze dopasowane z tyłu. Nakrapiany jedwabny krawat został zaprojektowany przez Valentina Couture. Wkładam nogi w krokodylowe pantofle od A. Testoniego. Ubieram się mając włączony telewizor. Oglądam The Patty Winters Show. Dzisiejszymi gośćmi są kobiety o wielu osobowościach. Na ekranie ukazuje się starsza pani z nadwagą.

Patty pyta zza kadru:

– Czy to jest schizofrenia? O co w tym chodzi? Powiedz nam.

– Nie, och nie. Osoby o wielu osobowościach nie są scliizofrenikami – mówi kobieta potrząsając głową. – My nie jesteśmy niebezpieczni.

– No cóż – zaczyna Patty stojąc pośród publiczności z mikrofonem w dłoni. – Kim byłaś w zeszłym miesiącu?

– Przez większą część miesiąca nazywałam się Polly – mówi kobieta.

Ujęcie publiczności: gospodyni domowa ze zmartwioną twarzą – zanim zorientowała się, że jest w monitorze, następne ujęcie bohaterki programu.

– No cóż – ciągnie Patty. – Kim jesteś teraz?

– Teraz… – zaczyna kobieta głosem tak zmęczonym, jak gdyby miała dosyć pytań, jak gdyby odpowiadała na nie już tysiące razy i nigdy nie spotkała się ze zrozumieniem. – Teraz … w tym miesiącu jestem… kotletem baranim. Przeważnie… jestem kotletem baranim.

Długa pauza. Kamera pokazuje zbliżenie zaszokowanej gospodyni domowej, która potrząsa głową. Inna gospodyni domowa szepcze jej coś na ucho.

Włożyłem dzisiaj krokodylowe pantofle od A. Testoniego.

Wyjmuję płaszcz przeciwdeszczowy z garderoby w hollu i znajduję w niej szalik Burberry oraz pasującą do niego kurtkę z wyszytym wielorybem (coś, co mogłoby nosić dziecko), pokrytą jakąś substancją, która wygląda jak wyschnięty

syrop czekoladowy. Z przodu kurtki widnieje duża plama, ciemniejsza przy kołnierzu. Zjeżdżam windą na dół, nakręcając jednocześnie swojego Rolexa poprzez delikatne potrząsanie ręką. Mówię dzień dobry portierowi, wychodzę na dwór, zatrzymuję taksówkę i jadę do centrum na Wall Street.

Bret Easton Ellis, American Psycho, tłum. Jędrzej Polak, Kraków 2017, ss. 35-43.

Lubisz, jak tak robię?

Nie kocham cię – oświadczył jej pewnego wieczoru, gdy leżeli nago w trawie.

Pocałowała go w czoło i powiedziała: Wiem. A ty z pewnością wiesz, że i ja ciebie nie kocham.

Oczywiście – odparł, chociaż był ogromnie zdumiony – nie tyle wiadomością, że Cyganka go nie kocha, ile faktem, że mu to powiedziała. W ciągu siedmiu lat uprawiania miłości tyle razy słyszał te słowa: od wdów i dzieci, od prostytutek, od przyjaciółek swojej rodziny, od podróżniczek i cudzołożnych żon. Kobiety mówiły: Kocham cię, a on mógł się w ogóle nie odzywać. Im bardziej kogoś się kocha – doszedł w końcu do przekonania – tym trudniej jest to wyznać. Dziwił się, że obcy ludzie nie zaczepiają się nawzajem na ulicy, żeby powiedzieć: Kocham cię.

Moi rodzice zaaranżowali małżeństwo.

Twoje?

Z taką jedną Zosią. Z mojego sztetla. Skończyłem siedemnaście lat.

A kochasz ją? – spytała, nie patrząc na niego.

Pokruszył własne życie na najdrobniejsze cząstki, każdą obejrzał dokładnie jak zegarmistrz i złożył całość z powrotem.

Prawie jej nie znam. On także unikał wzroku Cyganki, ponieważ jego oczy – tak jak Pinczer P., który żył na ulicy, z łaski obcych ludzi, bo wszystko aż do ostatniego pieniążka oddał ubogim – niczego nie umiałyby zatrzymać dla siebie.

Pójdziesz na ten układ? – spytała, rysując karmelowym palcem kółka na ziemi.

Nie mam wyboru – odparł.

Oczywiście.

Wolała na niego nie patrzeć.

Czeka cię takie szczęśliwe życie – powiedziała. Zawsze będziesz szczęśliwy.

Po co to robisz?

Bo taki z ciebie szczęściarz. Masz w zasięgu ręki prawdziwe i trwałe szczęście.

Przestań – powiedział. Jesteś niesprawiedliwa.

Chciałabym ją poznać.

Wcale byś nie chciała.

Właśnie, że chciałabym. Jak ona ma na imię? Zosia? Bardzo bym chciała poznać Zosię i powiedzieć jej, jaka będzie szczęśliwa. Ale z niej szczęściara. Na pewno jest bardzo piękna.

Nie wiem.

Przecież chyba ją widziałeś, nie?

Tak.

No to wiesz, czy jest piękna. Jest piękna?

Chyba tak.

Piękniejsza ode mnie?

Przestań.

Chciałabym przyjść na ślub i sama wszystko zobaczyć. Nie, nie na ślub, skądże znowu! Cyganka nie może przecież wejść do synagogi. Ale na wesele. Chyba mnie zaprosisz, prawda?

Wiesz, że to niemożliwe – odparł, odwracając się od niej.

Wiem, że to niemożliwe – przytaknęła, rozumiejąc, że się zagalopowała, że była zbyt okrutna.

To niemożliwe.

Powiedziałam ci: wiem.

Ale musisz mi uwierzyć.

Wierzę.

Kochali się ze sobą ostatni raz, nieświadomi, że przez najbliższe siedem miesięcy nie zamienią ani słowa. Wielokrotnie ją widywał i ona jego także – w ciągu wspólnie spędzonych lat przywykli odwiedzać te same miejsca, chadzać tymi samymi ścieżkami, zasypiać w cieniu tych samych drzew – ale nigdy w żaden sposób nie dawali poznać, że się wzajemnie dostrzegają. Oboje rozpaczliwie pragnęli cofnąć się o siedem lat, do swojego pierwszego spotkania w teatrze, i zrobić to wszystko jeszcze raz, lecz tym razem nie zauważyć się nawzajem, nie rozmawiać, nie wyjść z teatru tak jak wtedy, kiedy ona prowadziła go za martwą prawą rękę przez labirynt błotnistych zaułków, obok straganów ze słodyczami, stojących niedaleko starego cmentarza, a potem wzdłuż linii uskoku między dzielnicą żydowską a ludzką, coraz dalej i dalej, w czerń. Przez siedem miesięcy kompletnie ignorowali się nawzajem na bazarze, pod Zegarem, przy fontannie z syreną na płask rozciągniętą, i byli przekonani, że potrafią ignorować się zawsze i wszędzie, pozostać dla siebie zupełnie obcymi ludźmi, lecz przeświadczenie to okazało się złudne, gdy pewnego popołudnia Safran, wracając z pracy, minął się w drzwiach własnego domu z Cyganką, która akurat stamtąd wychodziła.

A co ty tu robisz? – spytał, raczej przestraszony, że dziewczyna wyjawiła ich związek- ojcu, który na pewno by go zbił, lub matce, która byłaby taka rozczarowana – niż ciekaw, co ją sprowadza w te progi.

Ustawiłeś książki według koloru grzbietów – odparła. Co za głupi pomysł.

Przypomniał sobie, że matka bawi akurat w Łucku, tak jak w każdy czwartek o tej godzinie; ojciec mył się na dworze. Safran poszedł do swojego pokoju, bo chciał sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu. Jego dziennik leżał pod materacem, jak zwykle. Książki stały w ordynku, według kolorów. (Wyciągnął jedną z półki – ot tak, żeby wziąć coś do ręki). Fotografia matki na szafce nożnej przy łóżku nachylona była pod tym kątem co zawsze. Nic nie wskazywało na to, że Cyganka czegokolwiek dotknęła. Przeszukał kuchnię, gabinet, a nawet łazienki, wypatrując śladów, jakie mogła po sobie zostawić. Nic. Żadnych zgubionych włosów. Żadnych odcisków palców na lustrze. Żadnych liścików. Wszystko w najzupełniejszym porządku.

Poszedł do sypialni rodziców. Poduszki były idealnie czworokątne. Prześcieradła gładkie jak woda, pedantycznie podwinięte pod materac. Pokój wyglądał, jakby niczego w nim nie tykano od lat, może od dnia czyjejś śmierci – jak gdyby starano się zachować go w niegdysiejszym stanie niby kabinę zatrzymanego czasu. Safran nie wiedział, ile razy Cyganka odwiedzała jego dom. Nie mógł jej o to spytać, ponieważ już z nią nie rozmawiał, nie mógł też zapytać ojca, wtedy bowiem musiałby mu wszystko wyznać, i matki także spytać nie mógł, bo gdyby się dowiedziała prawdy, toby ją zabiło, tego zaś z kolei on sam by nie przeżył, a choćby nie wiedzieć jak nieznośne wydawało mu się ostatnimi czasy własne życie, nie był jeszcze gotów go zakończyć.

Pobiegł do domu Listy P. – jedynej kochanki, która natchnęła go do tego, że się wykąpał. Wpuść mnie – poprosił, oparłszy o drzwi głowę. To ja, Safran. Wpuść mnie.

Usłyszał szuranie: ktoś z trudem wlókł się w stronę drzwi.

Safran? Rozpoznał głos matki Listy.

Dzień dobry – powiedział. Jest Lista?

Siedzi w swoim pokoju – odparła kobieta, myśląc, jaki uroczy z niego chłopiec. Idź do niej na górę.

Co się stało? – spytała Lista, kiedy stanął w drzwiach. Wyglądała znacznie starzej niż przed trzema zaledwie laty w teatrze, zadał więc sobie w duchu pytanie, czy to ona tak się zmieniła, czy może raczej on. Wejdź. Wejdź. Siadaj – dodała. – O, tutaj. Co się dzieje?

Jestem zupełnie sam – odparł.

Nie jesteś sam – powiedziała, tuląc jego głowę do piersi.

Jestem.

Nie jesteś sam – powtórzyła. Tylko czujesz się samotny.

Na jedno wychodzi. Samotność to właśnie uczucie, że jest się samotnym.

Zrobię ci coś do jedzenia.

Nie chce mi się jeść.

No to napij się czegoś.

Nie chce mi się pić.

Zaczęła mu rozcierać martwą dłoń i przypomniała sobie, kiedy ostatnio jej dotykała. Pociąg do tej ręki wzbudziła w niej nie martwota, lecz nierozpoznawalność. Niedosiężność. Safran nigdy nie mógłby pokochać jej miłością pełną, całym sobą. Nigdy nie można by go całkowicie posiąść i on także nie zdołałby zawładnąć nikim bez reszty. Jej pragnienie wznieciła nieziszczalność tego pragnienia.

Żenisz się, Safran. Dziś rano dostałam zaproszenie. Czy właśnie to tak cię wyprowadza z równowagi?

Tak – przyznał.

Nie masz co się martwić. Każdy się denerwuje przed swoim ślubem. Ja na pewno się denerwowałam. Wiem, że mój mąż też. Ale Zosia to taka miła dziewczyna.

Nigdy jej nie widziałem – powiedział.

Mówię ci, jest bardzo miła. A w dodatku piękna.

Myślisz, że mi się spodoba?

Tak.

Pokocham ją?

Możliwe. W sprawach miłości lepiej niczego z góry nie przewidywać, ale to z całą pewnością niewykluczone.

Kochasz mnie? – spytał. Kochałaś mnie kiedykolwiek? Tamtego wieczoru, kiedy wypiliśmy tyle kawy.

Nie wiem – odparła.

Myślisz, że mogłaś mnie kiedyś kochać?

Dotknął zdrową ręką jej policzka i musnął szyję, a potem wsunął dłoń za kołnierz bluzki.

Nie – powiedziała, wyjmując ją stamtąd.

Nie?

Nie.

Kiedy ja chcę. Naprawdę chcę. Nie robię tego dla ciebie.

Właśnie dlatego nie możemy – odparła. Nigdy bym się na to nie zdobyła, gdybym przypuszczała, że chcesz.

Położył głowę na jej kolanach i zasnął. Zanim odszedł wieczorem, dał Liście przyniesioną z domu książkę (Hamleta z fioletowym grzbietem, którego wyciągnął z półki – ot tak, byle wziąć coś do ręki).

Na zawsze? – spytała.

Kiedyś mi oddasz.

Mój dziadek i Cyganka nic o tym wszystkim nie wiedzieli, kiedy kochali się ostatni raz, kiedy Safran dotykał jej twarzy i gładził miękką skórę pod brodą, kiedy okazywał jej względy niby rzeźbiarz swojej żonie. Lubisz, jak tak robię? – spytał. Zatrzepotała rzęsami i musnęła nimi jego pierś. Przemknęła mu tym motylim pocałunkiem w poprzek torsu i w górę po szyi, do miejsca, w którym płatek lewego ucha łączy się z żuchwą. Ściągnął jej przez głowę niebieską bluzkę, rozpiął sznury korali, wylizał gładkie, spocone pachy i przejechał palcem od szyi do pępka. Czubkiem języka zakreślił kręgi wokół karmelowych obwódek jej sutek. Lubisz, jak tak robię? – spytał. Skinęła głową, a potem odchyliła ją do tyłu. Językiem smagnął jej sutki, czując, że wszystko jest zupełnie nie tak, każda chwila, od momentu jego narodzin aż do teraz, wszystko wychodzi źle, i to nawet nie na opak, tylko jeszcze gorzej: w przybliżeniu. Cyganka obiema rękami rozpięła mu pasek. Uniósł się w biodrach, żeby mogła mu ściągnąć spodnie i gatki. Wzięła do ręki jego członek. Tak strasznie chciała, żeby mu było dobrze. Była przekonana, że jeszcze nigdy nie było mu dobrze. Chciała stać się sprawczynią jego pierwszej i jedynej rozkoszy. Lubisz, jak tak robię? Nakrył dłonią jej dłoń i nią pokierował. Zdjęła spódnicę i majtki, ujęła jego martwą dłoń, włożyła sobie między nogi i ścisnęła. Jej gęste, czarne włosy łonowe spływały luźnymi kędziorami, falami. Lubisz, jak tak robię? – spytał, chociaż to ona prowadziła jego dłoń, jakby próbowała manewrować wirującym stolikiem, żeby wydębić odpowiedź. Oprowadzali się nawzajem po swoich ciałach. Cyganka włożyła sobie jego martwe palce i na chwilę udzieliła jej się drętwota i paraliż. Poczuła, jak śmierć w nią wnika, przenika od stóp do głów. Teraz? – spytał Safran. Teraz? Wtoczyła się na niego i martwą ręką wsunęła sobie członek. Dobrze tak? – spytał. Dobrze?

Siedem miesięcy później, osiemnastego czerwca 1941 roku, kiedy pierwszy pokaz niemieckich bombardowań świetliście zelektryzował niebo nad Trachimbrodem, a mój dziadek przeżywał swój pierwszy orgazm (pierwszą i jedyną rozkosz, której nie ona jednak była sprawczynią), Cyganka przecięła sobie nadgarstek nożem stępionym od strugania listów miłosnych. Lecz wtedy, tam, gdy złożył senną głowę na jej pulsującej piersi, niczego mu nie wyznała. Nie powiedziała: Ożenisz się. Nie powiedziała: A ja się zabiję. Spytała tylko: Jak ustawiasz swoje książki?

Jonathan Safran Foer, Wszystko jest iluminacją, tłum. Michał Kłobukowski, wydanie III, Warszawa 2017, s. 326-333.

Śniadanie i noc w Pensylwanii

podoba ci się, jak mój język wciska się między twoje wąskie wargi?

pokaż

tryśnij mi w usta

W początkach małżeństwa była taka noc w zajeździe w Pensylwanii. Zapalili z Jacobem dżointa – oboje palili pierwszy raz od college’u – leżeli nadzy w łóżku i przyrzekli sobie dzielić się wszystkim, wszystkim bez wyjątku, niezależnie od wstydu, dyskomfortu czy ewentualnego bólu. Zdawało się, że to najbardziej ambitna obietnica, jaką dwoje ludzi może sobie złożyć. Zwykłe mówienie prawdy sprawiało wrażenie objawienia.

– Żadnych wyjątków – powiedział Jacob.

– Nawet jeden wszystko zepsuje.

– Nocne moczenie. Tego rodzaju sprawy.

Julia wzięła Jacoba za rękę.

– Wiesz, jak bardzo bym cię uwielbiała, gdybyś podzielił się ze mną czymś takim?

– Na marginesie: nie zdarza mi się moczyć. Wyznaczam po prostu granice.

– Żadnych granic. W tym rzecz.

– Kontakty seksualne z przeszłości? – spytał Jacob, wiedział bowiem, że to jego najczulszy punkt, a zatem rozmowa będzie musiała zawędrować w te rejony. Zawsze, nawet gdy stracił już ochotę, by dotykać albo być przez nią dotykanym, czuł odrazę na myśl, że ona dotyka innego mężczyzny lub jest przez innego dotykana. Ludzie, z którymi była, rozkosz, którą dała i którą otrzymała, słowa, które jęczała. W innych kwestiach nie brakowało mu pewności siebie, ale umysł zmuszał go – z uporem kogoś, kto nie jest w stanie uciec przed wiecznym przeżywaniem koszmarów wciąż na nowo – by wyobrażał sobie jej zbliżenia z innymi. Co takiego im mówiła z tego, co mówiła jemu? Dlaczego takie powtórzenia miałoby się odczuwać jako najgorszą zdradę?

– Byłyby oczywiście bolesne – powiedziała. – Ale rzecz nie w  tym, że chcę wiedzieć o  tobie wszystko. Chodzi o  to, że nie chcę, żebyś coś zatajał.

– Więc nie będę.

– Ja też nie.

Podawali sobie dżointa kilka razy i czuli się tacy odważni, tacy jeszcze młodzi.

– Co teraz ukrywasz? – spytała niemal beztrosko.

– W tej chwili? Nic.

– Ale ukrywałeś?

– Ukrywałem, więc jestem.

Roześmiała się. Uwielbiała jego refleks, dziwnie podnoszący na duchu zapał jego neuronów.

– Jaka jest ostatnia rzecz, którą przede mną zataiłeś?

Zastanowił się. Na haju trudniej się myślało, ale łatwiej dzieliło myślami.

– Okej – powiedział. – To nic wielkiego.

– Chcę wszystkich sekretów.

– Okej. Któregoś dnia byliśmy w mieszkaniu. Była środa, chyba. Zrobiłem ci śniadanie. Pamiętasz? Frittatę z kozim serem.

– Tak, to było miłe – powiedziała, kładąc mu rękę na udzie.

– Pozwoliłem ci późno wstać i w tajemnicy przygotowałem śniadanie.

Wydmuchała słup dymu, który utrzymał się w tej postaci dłużej, niż wydawało się możliwe, i stwierdziła:

– W tej chwili mogłabym zjeść dużo tej frittaty.

– Zrobiłem ją, bo chciałem się tobą zaopiekować.

– Zauważyłam to – odparła, przesuwając rękę w górę uda i sprawiając, że stwardniał.

– I ładnie ułożyłem ją na talerzu. Z tą sałatką obok.

– Jak w restauracji – powiedziała, biorąc do ręki jego kutasa.

– I po pierwszym kęsie…

– Tak?

– Ludzie nie bez powodu zatajają różne sprawy.

– My to nie ludzie.

– Okej. No więc zamiast mi po pierwszym gryzie podziękować albo powiedzieć, że jest pyszna, spytałaś, czy posoliłem.

– I co?

– I poczułem się do dupy.

– Dlatego że spytałam, czy jest posolona?

– Może nie do dupy. Wkurzyło mnie to. Albo rozczarowało. Bez względu na to, jak się czułem, nie podzieliłem się tym.

– Ale ja tylko zadałam rzeczowe pytanie.

– Tak jest przyjemnie.

– To dobrze, kochanie.

– Ale jesteś w stanie dostrzec, że – w kontekście wysiłku, na jaki się dla ciebie zdobyłem – pytanie o to, czy jest posolona, wyrażało raczej krytykę niż wdzięczność?

– To wysiłek: przygotować dla mnie śniadanie?

– To było wyjątkowe śniadanie.

– Tak dobrze?

– Cudownie.

– Czyli jeśli w przyszłości pomyślę, że przydałoby się więcej soli, powinnam zachować to dla siebie?

– Albo wychodzi na to, że powinienem zachować dla siebie poczucie krzywdy.

– R o z c z a ro w a n i e.

– Mógłbym już dojść.

– To dojdź.

– Nie chcę jeszcze.

Zwolniła, ściskając go tylko.

– A ty co teraz ukrywasz? – spytał. – I nie mów, że nieco cię zraniło, zdenerwowało i rozczarowało moje poczucie krzywdy, wkurzenie i rozczarowanie, bo tego nie ukrywasz.

Roześmiała się.

– No więc?

– Niczego nie ukrywam – odparła.

– Poszperaj.

Pokręciła głową i się zaśmiała.

– Co?

– W samochodzie śpiewałeś All Apologies i ciągle powtarzałeś „Spienionego morza ryk”.

– No i?

– No i tam jest inaczej.

– Oczywiście, że nie.

– Wpienionego morza wstyd.

– Co?!

– Ehe.

– W p i e n i o n e g o. M o r z a. W s t y d?

– Z ręką na Torze.

– Chcesz mi powiedzieć, że moja absolutnie dorzeczna fraza – do rzeczy sama w sobie i w kontekście – jest tak naprawdę pod- świadomym wyrazem mojego stłumionego tego śmego i że Kurt Cobain celowo złożył do kupy słowa „wpienionego morza wstyd”?

– Dokładnie to chcę ci powiedzieć.

– Cóż, nie wierzę w to. Ale zarazem jestem okropnie zażenowany.

– Nie bądź.

– Tak to zwykle działa, gdy ktoś się wstydzi.

Zaśmiała się.

– To nie powinno się liczyć – powiedział. – Sekret hobbysty. Opowiedz mi coś dobrego.

– Dobrego?

– Coś naprawdę trudnego.

Uśmiechnęła się.

– Co? – spytał.

– Nic.

– C o?!

– N i c.

– Brzmi zdecydowanie jak coś.

– Dobra – odparła. – Ukrywam coś. Coś naprawdę trudnego.

– Świetnie.

– Ale nie sądzę, żebym wyewoluowała na tyle, żeby się tym podzielić.

– Dinozaury też nie sądziły….

Przycisnęła poduszkę do twarzy i skrzyżowała nogi.

– Przecież to tylko ja – powiedział.

– Dobra. – Westchnęła. – Dobra. No więc… Leżąc tu, skuta… Nasze nagie ciała… Miałam po prostu na coś ochotę.

Instynktownie sięgnął ręką między jej nogi i przekonał się, że już jest mokra.

– Opowiedz mi o tym – powiedział.

– Nie mogę.

– Założę się, że możesz.

Roześmiała się.

– Zamknij oczy – powiedział. –  Tak będzie łatwiej.

Zamknęła oczy.

– Mam takie pragnienie. Nie wiem, skąd się ono bierze. Nie wiem, dlaczego je mam.

– Ale je masz.

– Tak.

– Powiedz.

– Mam takie pragnienie. – Znów się roześmiała i wtuliła mu się w pachę. – Chcę rozłożyć nogi i chcę, żebyś położył między nimi głowę i patrzył na mnie, dopóki nie dojdę.

– Tylko patrzył?

– Żadnych palców. Ani języka. Chcę dojść pod twoim wzrokiem.

– Otwórz oczy.

– Ty też.

Nic nie powiedział ani nie wydał choćby dźwięku. Zdecydowanie, ale łagodnie przewrócił ją na brzuch. Wyczuł, że to, czego ona pragnie, stanie się możliwe tylko wtedy, gdy nie będzie widziała, jak on na nią patrzy, bo w przeciwnym razie straciłaby resztki poczucia bezpieczeństwa. Jęknęła, dając mu znać, że właśnie tak jest. Przesunął się w dół jej ciała. Rozsunął jej nogi, a potem rozłożył je bardziej. Przysunął twarz tak blisko, by poczuć jej zapach.

– Patrzysz na mnie?

– Tak.

– Podoba ci się to, co widzisz?

– Pragnę tego, co widzę.

– Ale nie możesz tego dotknąć.

– Nie dotknę.

– Ale możesz sobie robić dobrze, gdy na mnie patrzysz.

– Robię.

– Chcesz pieprzyć to, na co patrzysz?

– Tak.

– Ale nie możesz.

– Nie.

– Chcesz poczuć, jaka jestem mokra.

– Chcę.

– Ale nie możesz.

– Ale widzę.

– Ale nie widzisz, jaka ciasna się robię, gdy jestem blisko.

– Nie widzę.

– Powiedz mi, jak wyglądam, a dojdę.

Doszli jednocześnie, bez dotykania, i na tym mogło się skończyć. Mogła przewrócić się na bok i położyć mu głowę na piersi. Mogli zasnąć. Ale coś się stało: spojrzała na niego, wytrzymała jego spojrzenie i znów zamknęła oczy. Jacob też zamknął. I na tym mogło się skończyć. Mogli badać siebie nawzajem w łóżku, ale Julia wstała i zaczęła badać pokój. Jacob jej nie widział – wiedział, że ma nie otwierać oczu – ale ją słyszał. Też wstał, bez słowa. Dotykali oboje ławeczki w nogach łóżka, biurka i kubka z długopisami, frędzli u opaski do zasłon. On dotykał wizjera, ona pokrętła, którym regulowało się wentylator sufitowy, on przycisnął dłoń do ciepłego wierzchu małej lodówki.

– Masz dla mnie sens – powiedziała.

– Ty dla mnie też – odparł.

– Naprawdę cię kocham, Jacob. Ale, proszę, powiedz po prostu „Wiem”.

– Wiem – powiedział i ruszył po omacku wzdłuż ściany, wzdłuż spiętrzonych kołder, aż doszedł do włącznika światła. – Chyba właśnie zaprowadziłem ciemność.

Rok później Julia była w ciąży z Samem. Potem z Maxem. Potem z Benjym. Zmieniło się jej ciało, ale nie pożądanie Jacoba. Zmieniła się za to ilość tego, co ukrywane. Nadal uprawiali seks, mimo że to, co dawniej przychodziło spontanicznie, zaczęło wymagać albo bodźca (upicia się, oglądania Życia Adeli na laptopie Jacoba, walentynek), albo przezwyciężenia skrępowania i strachu przed śmiesznością, co zwykle prowadziło do silnych orgazmów i braku czułości. Nadal zdarzało im się powiedzieć coś, co chwilę później wydawało się poniżające do tego stopnia, że musieli zniknąć po wcale niepotrzebną szklankę wody. Nadal masturbowali się na myśl o sobie nawzajem, nawet jeśli ich fantazje nie miały większego związku z prawdziwym życiem i często pojawiał się w nich ktoś jeszcze. Ale nawet wspomnienie tamtej nocy w Pensylwanii trzeba było zataić, ponieważ była to linia pozioma na framudze drzwi: „Popatrz, jak bardzo się zmieniliśmy”.

Jonathan Safran Foer, Oto jestem, tłum. Krzysztof Cieślik, Warszawa 2017.