Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami

Myślę często o własnej śmierci i próbuję cierpliwie, precyzyjnie, wręcz z pewną drobiazgowością, ustalić jej dokładny kolor, określić precyzyjnie sposób, w jaki się “odbędzie”, i wyobrażam sobie z łatwością więcej obrazów: różne rodzaje bólu lub zapadania w stan nieprzytomności. Oto ja teraz, z rozchylonymi ustami, niezdolny już do zamknięcia ich i niezdolny do wciągnięcia w płuca ostatniego łyku powietrza, jak gdyby powietrzna masa zatrzymała się tuż przed otwartą buzią i jej przeniknięcie dalej nie było możliwe (powiedziałbym, że powietrze zabrnęło w ślepy zaułek albo osiągnęło swój kres). Oto i wizja mieszaniny barw, świateł i dźwięków, tracących coraz mocniej wyrazistość, pośród których spadam ciągle aż do momentu, kiedy mógłbym z łatwością powiedzieć, że nastała zupełna ciemność, ale jednocześnie zdarzyło się coś wyraźniejszego i gęstszego niż ciemność, niż wszelki brak wrażeń, który można by określić słowami: coś ostatecznego, nieprzeniknionego, nieodwracalnego – zwłaszcza nieodwracalnego – w którego treści nie jestem już zawarty, a co jednak zawiera mnie radykalnie, istotnie, po najciemniejsze głębie (które, w zasadzie, gdyby mogły zostać porównane do tego stanu nieistnienia, byłyby jeszcze światłami) i wyrywa mnie z istnienia, tak jak zdarzyło się ze mną, gdy wziąłem wdech chloroformu na stole operacyjnym.

Cóż, niezależnie od tego jaki byłby mój własny “sposób” i ból albo nieświadomość mojej śmierci, wszystko wokół mnie nadal pozostanie nieruchome w dokładnie zdefiniowanych kształtach i objętościach i może gdzieś na ulicy w tym momencie przystanie jakiś człowiek, wyjmie z kieszeni pudełko zapałek i zapali papierosa.

Oto dlaczego nic nie rozumiem z tego, co dzieje się wokół mnie, i dalej “spadam” w życiu pośród zdarzeń i scenerii, pośród chwil i ludzi, kolorów i muzyki, coraz szybciej, sekunda po sekundzie, coraz głębiej, bez sensu, jak w studni ze ścianami wymalowanymi w zjawiska i w figury ludzi, w której moje “spadanie” jest tylko zwykłym przejściem i zwykłą trajektorią w próżni, stanowiąc jednak coś, co w dziwny i bezzasadny sposób można by nazwać “przeżywaniem własnego życia”…

Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, Książkowe Klimaty, Wrocław 2018 s. 29-30.

English professor’s ass

My English professor’s ass was so beautiful. It was perfect and full as she stood at the board writing some important word. Reality or perhaps illusion. She opened the door. With each movement of her arms and her hand delicately but forcefully inscribing the letters intended for our eyes her ass shook ever so slightly. I had never learned from a woman with a body before. Something slow, horrible and glowing was happening inside me. I stood on the foothills to heaven. She opened the door.

There were a bunch of us in Eva Nelson’s world literature class who had gone to catholic school. Nobody was that different, 18-year-old kids who had grown up going to the Blessing of the Fleet, hooting and drinking beer, who went to Sacred Heart, who played against Our Lady. Hardly anyone in the class was really that different. Everyone it seemed to me lived in a roughly catholic world. But those of us who knew nothing else–we were especially visible. When we had a thought, an exciting thought we’d go: Sst. Sst. Like a batch of little snakes. We meant “Sister.” Sister, pay attention to me. Call me now.

Eva Nelson had been teaching Pirandello. What we really are considering here: and now she faced us with her wonderful breasts. I know that a woman when she is teaching school begins to acquire a wardrobe that is slightly different from her daily self. How she exposes herself to the world. For instance later in the semester I went to a party at her house in Cambridge and she sat on her couch in her husband’s shirt. He was a handsome and distant young man named Gary, he was the Nelson and she wore his shirt and you really couldn’t see her breasts at all but she had a collection of little jerseys, tan and peach, pale gold and one was really white I think. Generally she dressed in sun tones–nothing cool, nothing blue. Nothing like the airy parts of the sky, but the hot and distant tones of the sun and her breasts were in front of me, I was looking at her face and I knew I was alive.

Eileen Myles, Inferno.

Babitz: For great sex, get a vibrator

There’s one thing about being in a bad relationship for longer than you should just for sex: when you get out, all you can think about is sex, and my advice to you is—for great sex, get a vibrator (or do it yourself), and remember how fabulous it was; don’t go trying to get the person back, or you’ll wind up a skull in the desert outside the Bagdad Cafe.

Eve Babitz, Black Swans.

My loneliness. Is killing me.

The most prominent part of Spears’s personal brand has always been that she is like a virgin, vacillating absolutely inconsistently between performing as an adolescent girl and as a sexually mature woman. Part of her “little girl” act is pretending not to understand the sexual attention she elicits. “All I did was tie up my shirt!” she told Rolling Stone in 1999 about the “… Baby One More Time” video. “I’m wearing a sports bra under it. Sure, I’m wearing thigh-highs, but kids wear those—it’s the style. Have you seen MTV—all those in thongs?” 

And yet Spears has been remarkably self-aware—even calculating—about the conflicts in her persona. Her hit “I’m Not a Girl, Not Yet a Woman,” from her coming-of-age movie Crossroads, is the most blatant expression of this trope, or maybe it’s the “Oops! … I Did It Again” video, where eighteen-year-old Spears dances in a skintight red vinyl bodysuit and sings, “I’m not that innocent.”

There is no doubt that her personal contradictions are heightened by the brilliant, dissonant images in her music videos. People have credited the “… Baby One More Time” video with all of the song’s success, a sixteen-year-old brashly seizing on a naughty schoolgirl porno fantasy and immediately positioning herself at the center of the national imagination. “Is Spears bubblegum jailbait, jaded crossover diva or malleable Stepford teen?” Rolling Stone asked in 1999. “Who knows? Whether by design or not, the queen of America’s new Teen Age is a distinctly modern anomaly: the anonymous superstar.”

In “Overprotected,” released ten days after Spears’s twentieth birthday, she makes several startling complaints. “I tell them what I like, what I want, what I don’t,” she sings. “But every time I do, I stand corrected.” She’s singing not as a post-adolescent coming into her own, but as a woman who has been guarded and controlled by handlers since she was fifteen. She is self-aware in performing not only the naughty schoolgirl but also the anonymous superstar, her body a projection screen that all of the world’s desires can flicker across. 

Her early hit “Lucky” is an unsubtle allegory about a starlet named Lucky who dreams of escaping fame. How perverse that Martin would write this song for Spears, and her managers would agree that she should record it, then release it as a single and profit off it. “She’s so lucky,” Spears sings, “she’s a star / But she cry, cry, cries in her lonely heart.” When we confront it, this sadness is so much more dissonant than the sex in her videos. My loneliness. Is killing me. My loneliness. Is killing me.

(…)

I’m not reading too much into the song. Pop music can speak deep truths because it is simple, because the truest truths are simple. What isn’t simple is a sixteen-year-old in her expected setting—a high school—singing about grown-up desperation. Or an artist whose greatest creative preoccupation seems to be a smiling sadomasochism—“hit me baby” and vinyl bodysuits, the giant snake on her shoulders as she sang “I’m a Slave 4 U”—being labeled as “America’s Sweetheart.” Or a woman hunted by paparazzi who photographed her working out, going to Starbucks, driving recklessly with her son on her lap, shaving her head; who photographed her genitals as she got out of her limo for an audience that loved her almost to death.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

Wiesz, co mam na myśli, bracie? Ten koncert zmienił moje życie

image

STEVE HARRIS Zaraz po incydencie z siecią Hudson’s i MC5 poszedłem na koncert Iggy’ego & The Stooges, który odbywał się w The New York State Pavilion na terenie Targów Światowych na Queensie. Iggy występował w Nowym Jorku po raz pierwszy. Spojrzał na widownię, podłubał w nosie, ktoś cisnął w niego puszką po piwie, Iggy odrzucił ją, zaśpiewał parę wersów, potem w jego stronę poleciała butelka, która się rozbiła, a on rzucił się na scenę i poturlał po szkle, raniąc się na całym ciele.

ALAN VEGA Na scenę wyszedł gość z blond grzywką, przypominający Briana Jonesa. Z początku myślałem w ogóle, że to laska. Miał na sobie poszarpane dżinsy i komicznie wyglądające mokasyny. Wpatrywał się dziko w tłum, a jego wzrok mówił: „Wszyscy wypierdalać!”. The Stooges ruszyli z jednym ze swoich kawałków, a zaraz potem Iggy skoczył ze sceny na beton i zaczął się ciąć rozwaloną gitarą. To nie była inscenizacja, w tym nie było nic z teatru. Teatralny był Alice Cooper z całą swoją oprawą. Z Iggym było inaczej. On nie udawał. To był prawdziwek. Koncert Iggy’ego zakończył się po dwudziestu minutach, a potem jakiś jebany geniusz wpadł na pomysł, żeby puścić z głośników Koncert brandenburski Bacha. Publika obrzucała scenę butelkami i różami. To było coś pięknego, daję słowo. Wiesz, co mam na myśli, bracie? Ten koncert zmienił moje życie, bo dzięki niemu uświadomiłem sobie, że wszystko, co do tej pory robiłem, to badziewie.

(…)

IGGY POP Kiedy przyjechaliśmy do Nowego Jorku, żeby zagrać w Ungano’s, spotkałem się z Billem Harveyem, szefem Elektry, i powiedziałem mu: „Nie jestem w stanie dawać czterech koncertów jeden po drugim bez dragów –i mam na myśli ciężkie dragi. Będzie to kosztować tyle i tyle, potem ci zwrócimy…”. Normalna propozycja biznesowa, no nie? A on patrzy na mnie, jakby mówił: „Chyba się przesłyszałem!”. Ja zaś złożyłem mu oficjalną propozycję i w moim odczuciu było to całkiem logiczne rozwiązanie. Więc spytałem: „Co w tym złego?”.

(…)

RON ASHETON Za każdym razem, gdy graliśmy w Nowym Jorku, na koncert przychodził jeden facet i tak zupełnie z własnej woli przynosił dla The Stooges buteleczkę koksu. Siedzimy więc sobie na backstage’u z Milesem Davisem, a tu wreszcie zjawia się ten koleś i po prostu rzuca towar na stół. Mieliśmy już przygotowane słomki. Tylko sobie wyobraź tę scenę, bo jest przednia: głowa Milesa Davisa tuż obok głów całej ekipy The Stooges i wszyscy jak na komendę wciągają ścieżkę. Po prostu opychaliśmy się tym jebanym proszkiem. Później Miles Davis powiedział: „The Stooges to oryginały –mają w sobie ducha”, czy coś w tym stylu. To było wspaniałe. Stary, moja głowa obok głowy Milesa Davisa!

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

Idziemy do BURROUGHSA

W marcu 1981 roku zmarł syn Williama Burroughsa, Billy, a William już latem 1978 roku zaczął wracać do ćpania – wskutek pobytu w Boulder po tym, jak Billy przeszedł przeszczep wątroby. Bujał się z punkami z Boulder, którzy, podobnie jak wielu innych, rwali się do załatwiania heroiny Williamowi Burroughsowi.

To było dla nich coś naprawdę szczególnego. Wiesz: „Przyćpałem z Burroughsem”. Czy coś może się z tym równać? To było jak powiedzieć: „Papież odprawił dla mnie prywatną mszę w swoim apartamencie”. To jest coś, no nie? Więc tacy byli ci goście. A gdy William wrócił do Nowego Jorku, inni załatwiali mu heroinę. Całe to środowisko było naprawdę straszne. William najwyraźniej coś przede mną ukrywał i był zupełnie do niczego. I cały czas był totalnie padnięty. A to jest najgorsza rzecz, jeżeli chodzi o ćpunów – to, że są tacy NUDNI. Siedzą i gadają o towarze. Jakby na ten temat było coś jeszcze do powiedzenia.

Tak więc byłem zmęczony całą tą jazdą i czułem, że mam tego dość. Wiesz, minęło pięć lat, wspiąłem się na Mount Everest i nadszedł czas, aby zająć się czymś innym. Chciałem przejść na emeryturę. Chciałem wykonać taki sam numer, jaki wycięła Patti Smith. Więc załadowałem sześciometrową ciężarówkę archiwami i innym badziewiem z The Bunker i ruszyłem przez kraj do Lawrence w stanie Kansas.

Naprawdę nie chciałem zostawiać Williama. W końcu troszczyłem się o niego, kochałem go. Nadal go kocham. Więc tkwiłem w rozkroku: wyprowadziłem się z Nowego Jorku, ale i tak zajmowałem się archiwami, rachunkami bankowymi i wszystkim innym. Ale on mógł mieszkać, gdzie chciał, a ja często tam jeździłem, podróżowaliśmy razem, odwiedzałem go i on mnie też czasami odwiedzał. I szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zwabię go tutaj, do Lawrence, na emeryturę. Ponieważ w jego wieku i z jego sławą dalszy pobyt w Nowym Jorku stał się dla niego niemożliwy – wypaliłby się, przedawkował albo zapił na śmierć, bo wszyscy przychodzili do niego, każdy chciał się naćpać z Heroinowym Ojcem Chrzestnym, jak go postrzegali. „Idziemy do BURROUGHSA” – jak gdyby to była jarmarczna rozrywka. Tak to prawie wyglądało

Gillian McCain, Legs McNeil, Please Kill Me. Punkowa historia punka, tłum. Andrzej Wojtasik.

Tango was my game

Looking at myself  in the mirror, wearing this incredible black skirt with a slit up the side so tango-y it made my legs actually look long, with high heels, black stockings, my latest incredible black top, which had baroque lace in the front where you could see through to my cleavage, of which there was a lot, what with these new bras they have now that undo in front, my white-blond hair tousled around my face, tons of eye makeup on my dark eyes, and this matte ruby lipstick that practically glowed in the dark and made me look too tragique for words—I had to admit, I looked like tango was my game.

Eve Babitz, Black Swans.

Geniusz Mamaw

Pewnej niedzieli Mamaw zgodziła się przypilnować dzieci cioci Łii przez kilka godzin. Ciocia odstawiła dziewczynki do babci o dziesiątej. Ja miałem przed sobą upiorną zmianę w spożywczym, od jedenastej do ósmej wieczorem. Bawiłem się z maluchami przez trzy kwadranse, ale w końcu około dziesiątej czterdzieści pięć ruszyłem do roboty. Rozstając się z nimi, byłem bardziej niż zwykle rozdarty, ba, wręcz przygnębiony. Niczego nie pragnąłem tak mocno, jak spędzić resztę dnia z Mamaw i brzdącami. Powiedziałem babci o tym, a ona zamiast warknąć, żebym „przestał smęcić, do cholery”, czego się spodziewałem, odparła, że także wolałaby, żebym z nimi został. Rzadki u niej przebłysk empatii.

– Ale jeśli chcesz mieć taką robotę, żeby móc spędzać weekendy z rodziną, musisz pójść na studia, inaczej nie wyjdziesz na ludzi.

I to był geniusz Mamaw w pigułce. Nie ograniczała się tylko do kazań, wyzwisk i żądań. Pokazywała mi, co jest do osiągnięcia – leniwe niedzielne popołudnie z ukochanymi ludźmi – i wbijała mi w głowę, co muszę zrobić, żeby tego dopiąć.

Hałdy publikacji socjologicznych dowodzą dodatnich wpływów domu, w którym panuje miłość i stabilność. Mógłbym tu przywołać kilkanaście prac badawczych dowodzących, że mieszkanie z Mamaw dało mi nie tylko krótkoterminowe schronienie, ale też nadzieję na lepsze życie. Całe tomy poświęcone są fenomenowi „odpornych dzieci” – tych, które odnoszą życiowy sukces mimo niestabilnej sytuacji rodzinnej, bo miały w społeczeństwie wsparcie w postaci kochającej je osoby dorosłej.

To, że Mamaw pomogła mi w życiu, wiem nie dzięki pracom jakiegoś psychologa z Harvardu, ale dlatego, że sam to czułem. Spójrzcie na to, jak wyglądało moje życie, nim się do niej sprowadziłem. W połowie trzeciej klasy podstawówki wyprowadziliśmy się z Middletown, opuściliśmy dziadków, żeby zamieszkać z Bobem w hrabstwie Preble. Na koniec czwartej klasy wynieśliśmy się z hrabstwa Preble i zamieszkaliśmy w bliźniaku w Middletown, przy drugiej przecznicy ulicy McKinley. Z końcem piątej klasy przenieśliśmy się z drugiej na trzecią przecznicę tejże ulicy, w tym czasie regularnie odwiedzał nas już Chip, choć nigdy u nas nie zamieszkał. Gdy kończyłem szóstą klasę, wciąż mieszkaliśmy w tym samym miejscu, ale zamiast Chipa pojawił się Steve (i często toczyły się debaty, czy nie powinniśmy przenieść się do niego). Z końcem siódmej klasy miejsce Steve’a zajął już Matt, mama szykowała się do przeprowadzki do jego domu i miała nadzieję, że ja również przeniosę się do Dayton. Na koniec ósmej klasy wręcz zażądała, żebym wyprowadził się do Dayton, a ja uległem, po krótkim epizodzie na farmie taty. Po pierwszej klasie liceum wprowadziłem się do Kena – zupełnie obcego mi człowieka, z trójką własnych dzieci. Dodajmy do tego narkotyki, sprawę sądową o przemoc domową, indagacje opiekunów socjalnych, a także śmierć dziadka.

Dziś wystarczy, żebym wrócił do tamtych czasów pamięcią tylko na tak długo, by je streścić, a już czuję przemożny, nieopisany niepokój. Niedawno zauważyłem, że przyjaciółka z Facebooka (znajoma z liceum, o równie mocnych korzeniach rodzinnych wśród bidoków) wiecznie zmienia facetów – zaczyna związki i wkrótce je zrywa, zamieszcza zdjęcia jednego, żeby po trzech tygodniach pojawił się kolejny, wojuje z nimi w mediach społecznościowych, aż wreszcie związek publicznie wali się w gruzy. Jest w moim wieku, ma czwórkę dzieci, a kiedy zapostowała, że wreszcie znalazła faceta, który będzie ją traktował jak należy (ile to razy słyszałem tę śpiewkę), jej trzynastoletnia córka skomentowała: „Weź przestań. Naprawdę chciałabym, żebyś już skończyła, żeby już się skończyło”. Gdybym tylko mógł, przytuliłbym tę dziewczynkę, bo dobrze wiem, co czuje. Przez siedem długich lat chciałem, żeby się już skończyło. Nie chodziło mi aż tak bardzo o awantury, o wrzaski, ba, nawet o prochy. Po prostu chciałem mieć dom, mieszkać w jednym domu i żeby mi się tam obcy ludzie nie wpierdalali.

A teraz popatrzmy na bilans mojego życia po zamieszkaniu na dobre z Mamaw. Na koniec drugiej klasy liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Na koniec trzeciej klasy: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Koniec liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Mógłbym powiedzieć, że spokój panujący w domu Mamaw dawał mi bezpieczne miejsce do odrabiania prac domowych. Mógłbym powiedzieć, że brak awantur i destabilizacji pozwolił mi skupić się na nauce i pracy. Mógłbym stwierdzić, że mieszkanie przez cały czas w jednym domu z tą samą osobą ułatwiło mi nawiązywanie trwałych przyjaźni w szkole. Mógłbym powiedzieć, że praca i pewne zaznajomienie się ze światem pomogły mi wyklarować wizję tego, co chciałem osiągnąć we własnym życiu. Z perspektywy czasu takie stwierdzenia mają sens, jestem pewien, że każde z nich zawiera element prawdy.

Gdyby socjolog i psycholog siedli przy jednym stole, na pewno zdołaliby wyjaśnić, czemu przestały mnie nęcić narkotyki, czemu poprawiły się moje oceny, czemu egzaminy końcowe poszły mi jak z płatka oraz dlaczego znalazłem paru nauczycieli, którzy natchnęli mnie, bym pokochał naukę. Przede wszystkim jednak pamiętam, że byłem szczęśliwy – nie bałem się już dzwonka na koniec zajęć, bo wiedziałem, gdzie będę mieszkał przez cały najbliższy miesiąc, i niczyje decyzje matrymonialne nie miały wpływu na moje życie. I to z tej szczęśliwości zrodziło się wiele szans, które wykorzystałem przez ostatnie dwanaście lat.

J. D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, tłum. Tomasz S. Gałązka, Warszawa 2018.

Reclaim

While I do think the word “slut” should be reclaimed, I should be clear about what I mean by that. The word “reclaim” is associated with redemption—to reclaim is to recover, to reform, to civilize. That’s not exactly what the goal is with “slut,” at least in my opinion. We don’t want to simply reverse the idea of being a slut from being “bad” to being “good,” or from unacceptable to acceptable. There is something bad about being a slut—something naughty, controversial, and unpredictable—and I don’t think we should lose that. Men don’t have to be good, so why should women? The idea that female sexuality is entirely righteous, or that we have a better handle on controlling our sexuality than men, is a great societal delusion (and one that is sometimes perpetuated by feminism). To totally flip the meaning of “slut” into something that’s solely positive or empowering denies the darkness that’s inherent in slutdom, which is part of what makes it so sexy. Of course, we want to move toward a society where women aren’t slut-shamed and can express themselves without fear. But I think it’s possible to cultivate a society that permits healthy sexual exploration, while also maintaining the taboo and transgressive elements of slut life. Like, my goal isn’t to be good or normal or accepted. My goal is to be free. (And maybe also to troll society a bit in the process, for good measure).

Karley Sciortino, Slutever: Dispatches from a Sexually Autonomous Woman in a Post-Shame World, 2018.

Ale jej uszy, ach, jej uszy…

Ale wolałbym opowiedzieć wam o jej uszach. Przeoczyłem je w klubie tenisowym, kiedy związywała włosy tamtą zieloną wstążką, pod kolor lamówki i guzików na sukience. A na co dzień nosiła włosy rozpuszczone, pofalowane na uszach i sięgające połowy szyi. Tak że dopiero kiedy znaleźliśmy się w łóżku, a ja zabrałem się do szperania i węszenia po całym jej ciele, w każdym zakamarku, w każdej nadmiernie i niedostatecznie zbadanej części, pochylony nad nią, odgarnąłem jej włosy i odkryłem uszy.

Nigdy wcześniej nie poświęcałem uszom zbyt wiele uwagi, widząc w nich tylko komiczne narośle. Dobre uszy to takie, których się nie zauważało; złe uszy sterczały jak skrzydła nietoperza lub były kalafiorowate po ciosie boksera, albo też –jak uszy tamtego wściekłego kierowcy przy przejściu dla pieszych –chropowate, czerwone i włochate. Ale jej uszy, ach, jej uszy… od dyskretnego, niemal nieistniejącego płatka łagodnym łukiem biegły do góry, ale potem w połowie drogi takim samym łukiem zawracały ku jej czaszce. Jakby zaprojektowano je raczej według jakiejś idei estetycznej, a nie zasad użyteczności słuchowej.

Kiedy zwracam jej na to uwagę, mówi:
– Pewnie są takie, żeby wszystkie te bzdury przelatywały obok i nie trafiały do środka.

Ale to nie wszystko. Kiedy badałem je czubkami palców, odkryłem, jak delikatna jest ich zewnętrzna krawędź: cienka, ciepła, łagodna, aksamitna, niemal półprzezroczysta. Wiecie, jak nazywa się po łacinie obrąbek ucha? Helix. Jak helisa. W liczbie mnogiej helisy. Uszy były częścią jej absolutnej wyjątkowości, uzewnętrznieniem jej DNA. Podwójna helisa jej helis.

Później, zastanawiając się, co mogła mieć na myśli, kiedy mówiła o „bzdurach”, które przelatują obok jej zadziwiających uszu, pomyślałem: cóż, oskarżenie o oziębłość –to wielka bzdura. Tyle że to słowo wpadło prosto do jej uszu, a stamtąd do mózgu, gdzie utkwiło na zawsze.

Julian Barnes, Jedyna historia, tłum. Dominika Lewandowska-Rodak, Warszawa 2018.