The Dead Girl Show

The Dead Girl Show’s notable themes are its two odd, contradictory messages for women. The first is that girls are wild, vulnerable creatures who need to be protected from the power of their own sexualities. True Detective demonstrates a self-conscious, conflicted fixation on strippers and sex workers. Hart helps “free” a teenage prostitute from a brothel and, seven years later, cheats on his wife with her. “How does she even know about that stuff?” Hart asks in 1995 when he and his wife discover sexual drawings his elementary-school-age daughter made. “Girls always know first,” his wife replies. This terrible feminine knowledge has been a trope at least since Eve in the Garden. Marcus compares Twin Peaks’s victim Laura Palmer to the teenage “witches” in Puritan New England who were targeted to purge and purify their communities. In the Dead Girl Show, the girl body is both a wellspring of and a target for sexual wickedness. The other message the Dead Girl Show has for women is simpler: trust no dad. Father figures and male authorities hold a sinister interest in controlling girl bodies, and therefore in harming them.

(…)

Dead Girl Shows often experiment with the incest taboo, like the girls on Pretty Little Liars, Veronica Mars, and Top of the Lake who share kisses with characters they later learn could be their half brothers. This goes back to Freud’s favorite myth, Oedipus, in which a prince is fated to kill his father and marry his mother, and the psychological metaphors of Gothic literature, and the imposing persistence of patriarchal authority.

(…)

Clearly Dead Girls help us work out our complicated feelings about the privileged status of white women in our culture. The paradox of the perfect victim, effacing the deaths of leagues of nonwhite or poor or ugly or disabled or immigrant or drug-addicted or gay or trans victims, encapsulates the combination of worshipful covetousness and violent rage that drives the Dead Girl Show. The white girl becomes the highest sacrifice, the virgin martyr, particularly to that most unholy idol of narrative.

(…)

If these stories—of Over Tumbled Graves, Robert Yates, Ruby Ridge, and all the other northwestern sociopaths—have one thing in common, every step of the way, it’s men. Men are the problem.

Alice Bolin, Dead Girls: Essays on Surviving an American Obsession, 2018.

The slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face

Momentarily, she acted as if she intended to really ravage me, but it was a phoney growl. She didn’t know how. I must fuck Robin. That was my job. She had the largest … cunt, vagina I have ever stuck my finger in. It was big red and needy. I stuck two three fingers in and fucked her and fucked her. I’ve always received complaints that I was rough but I felt like I could have been shoving a stick up this woman, a branch. Her ass was up in the air, it was April and the trees were still pretty bare and I looked through the black rusty cross-hatched window gates of my East Village apartment and I felt detached and I fucked and fucked her with my hand, and twisting her nipples. She moaned and growled with pleasure. Such a woman, I have never met such a horny animal nor have I ever so distinctly serviced a woman before. Do you want my fist inside you. Anything she shrieked, anything.

So this is my late winter stolen landscape. Robin’s hungry butt bobbing in front of my window next to my desk where I write. I felt my home, myself, violated by this animal. I couldn’t stop. This must be what faggots do. The inside of her pussy was hot and warm, it did, it did feel like a live animal. I put my fingertip to her butt-hole but there didn’t seem to be any magic there. I was getting bored. Wanna come up on me. I wanted to be underneath—her pussy on my mouth. Sure, anything. I had no way of framing her true repertoire with these kind of replies. I suspected she had done everything in the past, or on the other hand maybe she was a liar.

Here it comes, the salty hairy organ, the slippery wet thing with a hard pearly center, jammed in my face. I started licking and sucking like crazy. I am wild for the sensation of having my face covered and dominated, almost smothered by a cunt. She was happy. It all seemed one to her, then a great groan and buckets of wet acrid fluid flooded into my mouth, splashing down my cheeks and onto my pillow. Initially I surmised she had come in some new way, but it was pee and now I had drank it for the first time. I swallowed some, but then no I don’t really want to drink piss. I wiped the edges of my mouth and then kissed her. I think she said I’m sorry but grinned at me wiping my face. Do you have any music she said. Take a look—the tapes are on the refrigerator. I lay on the bed, fascinated by the acrid taste of piss, yet horrified at the inadequacies of my tape collection. Da, duh-duh, Da, duh-duh came the opening notes of “Kimberly” and Robin walked naked across the length of my apartment like she was the real Patti Smith.

I think we tried to cram more into her pussy for a while after that and she gave my lips a quick swipe with her mouth, but I really suspected that was not her cup of tea. Because she was not a lesbian, nothing like that.

Do you have a towel? Actually I didn’t. Or I didn’t have a clean towel and I didn’t want to give her mine, out of a desire not to insult one of us. Finally I gave her a facecloth. I guess a towel’s a towel. I didn’t know what was going on. I’ve got to meet my girlfriend she explained. Today she had a girlfriend. A blow to the stomach, received in silence of course. I’m going out too I said. Well then come on, come with me to meet her. I did something in the kitchen sink, brushed my teeth, but I was feeling demolished.

Eileen Myles, Chelsea Girls.

Geniusz Mamaw

Pewnej niedzieli Mamaw zgodziła się przypilnować dzieci cioci Łii przez kilka godzin. Ciocia odstawiła dziewczynki do babci o dziesiątej. Ja miałem przed sobą upiorną zmianę w spożywczym, od jedenastej do ósmej wieczorem. Bawiłem się z maluchami przez trzy kwadranse, ale w końcu około dziesiątej czterdzieści pięć ruszyłem do roboty. Rozstając się z nimi, byłem bardziej niż zwykle rozdarty, ba, wręcz przygnębiony. Niczego nie pragnąłem tak mocno, jak spędzić resztę dnia z Mamaw i brzdącami. Powiedziałem babci o tym, a ona zamiast warknąć, żebym „przestał smęcić, do cholery”, czego się spodziewałem, odparła, że także wolałaby, żebym z nimi został. Rzadki u niej przebłysk empatii.

– Ale jeśli chcesz mieć taką robotę, żeby móc spędzać weekendy z rodziną, musisz pójść na studia, inaczej nie wyjdziesz na ludzi.

I to był geniusz Mamaw w pigułce. Nie ograniczała się tylko do kazań, wyzwisk i żądań. Pokazywała mi, co jest do osiągnięcia – leniwe niedzielne popołudnie z ukochanymi ludźmi – i wbijała mi w głowę, co muszę zrobić, żeby tego dopiąć.

Hałdy publikacji socjologicznych dowodzą dodatnich wpływów domu, w którym panuje miłość i stabilność. Mógłbym tu przywołać kilkanaście prac badawczych dowodzących, że mieszkanie z Mamaw dało mi nie tylko krótkoterminowe schronienie, ale też nadzieję na lepsze życie. Całe tomy poświęcone są fenomenowi „odpornych dzieci” – tych, które odnoszą życiowy sukces mimo niestabilnej sytuacji rodzinnej, bo miały w społeczeństwie wsparcie w postaci kochającej je osoby dorosłej.

To, że Mamaw pomogła mi w życiu, wiem nie dzięki pracom jakiegoś psychologa z Harvardu, ale dlatego, że sam to czułem. Spójrzcie na to, jak wyglądało moje życie, nim się do niej sprowadziłem. W połowie trzeciej klasy podstawówki wyprowadziliśmy się z Middletown, opuściliśmy dziadków, żeby zamieszkać z Bobem w hrabstwie Preble. Na koniec czwartej klasy wynieśliśmy się z hrabstwa Preble i zamieszkaliśmy w bliźniaku w Middletown, przy drugiej przecznicy ulicy McKinley. Z końcem piątej klasy przenieśliśmy się z drugiej na trzecią przecznicę tejże ulicy, w tym czasie regularnie odwiedzał nas już Chip, choć nigdy u nas nie zamieszkał. Gdy kończyłem szóstą klasę, wciąż mieszkaliśmy w tym samym miejscu, ale zamiast Chipa pojawił się Steve (i często toczyły się debaty, czy nie powinniśmy przenieść się do niego). Z końcem siódmej klasy miejsce Steve’a zajął już Matt, mama szykowała się do przeprowadzki do jego domu i miała nadzieję, że ja również przeniosę się do Dayton. Na koniec ósmej klasy wręcz zażądała, żebym wyprowadził się do Dayton, a ja uległem, po krótkim epizodzie na farmie taty. Po pierwszej klasie liceum wprowadziłem się do Kena – zupełnie obcego mi człowieka, z trójką własnych dzieci. Dodajmy do tego narkotyki, sprawę sądową o przemoc domową, indagacje opiekunów socjalnych, a także śmierć dziadka.

Dziś wystarczy, żebym wrócił do tamtych czasów pamięcią tylko na tak długo, by je streścić, a już czuję przemożny, nieopisany niepokój. Niedawno zauważyłem, że przyjaciółka z Facebooka (znajoma z liceum, o równie mocnych korzeniach rodzinnych wśród bidoków) wiecznie zmienia facetów – zaczyna związki i wkrótce je zrywa, zamieszcza zdjęcia jednego, żeby po trzech tygodniach pojawił się kolejny, wojuje z nimi w mediach społecznościowych, aż wreszcie związek publicznie wali się w gruzy. Jest w moim wieku, ma czwórkę dzieci, a kiedy zapostowała, że wreszcie znalazła faceta, który będzie ją traktował jak należy (ile to razy słyszałem tę śpiewkę), jej trzynastoletnia córka skomentowała: „Weź przestań. Naprawdę chciałabym, żebyś już skończyła, żeby już się skończyło”. Gdybym tylko mógł, przytuliłbym tę dziewczynkę, bo dobrze wiem, co czuje. Przez siedem długich lat chciałem, żeby się już skończyło. Nie chodziło mi aż tak bardzo o awantury, o wrzaski, ba, nawet o prochy. Po prostu chciałem mieć dom, mieszkać w jednym domu i żeby mi się tam obcy ludzie nie wpierdalali.

A teraz popatrzmy na bilans mojego życia po zamieszkaniu na dobre z Mamaw. Na koniec drugiej klasy liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Na koniec trzeciej klasy: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Koniec liceum: mieszkam z babcią, w jej domu, tylko ona i ja. Mógłbym powiedzieć, że spokój panujący w domu Mamaw dawał mi bezpieczne miejsce do odrabiania prac domowych. Mógłbym powiedzieć, że brak awantur i destabilizacji pozwolił mi skupić się na nauce i pracy. Mógłbym stwierdzić, że mieszkanie przez cały czas w jednym domu z tą samą osobą ułatwiło mi nawiązywanie trwałych przyjaźni w szkole. Mógłbym powiedzieć, że praca i pewne zaznajomienie się ze światem pomogły mi wyklarować wizję tego, co chciałem osiągnąć we własnym życiu. Z perspektywy czasu takie stwierdzenia mają sens, jestem pewien, że każde z nich zawiera element prawdy.

Gdyby socjolog i psycholog siedli przy jednym stole, na pewno zdołaliby wyjaśnić, czemu przestały mnie nęcić narkotyki, czemu poprawiły się moje oceny, czemu egzaminy końcowe poszły mi jak z płatka oraz dlaczego znalazłem paru nauczycieli, którzy natchnęli mnie, bym pokochał naukę. Przede wszystkim jednak pamiętam, że byłem szczęśliwy – nie bałem się już dzwonka na koniec zajęć, bo wiedziałem, gdzie będę mieszkał przez cały najbliższy miesiąc, i niczyje decyzje matrymonialne nie miały wpływu na moje życie. I to z tej szczęśliwości zrodziło się wiele szans, które wykorzystałem przez ostatnie dwanaście lat.

J. D. Vance, Elegia dla bidoków. Wspomnienia o rodzinie i kulturze w stanie krytycznym, tłum. Tomasz S. Gałązka, Warszawa 2018.

Reclaim

While I do think the word “slut” should be reclaimed, I should be clear about what I mean by that. The word “reclaim” is associated with redemption—to reclaim is to recover, to reform, to civilize. That’s not exactly what the goal is with “slut,” at least in my opinion. We don’t want to simply reverse the idea of being a slut from being “bad” to being “good,” or from unacceptable to acceptable. There is something bad about being a slut—something naughty, controversial, and unpredictable—and I don’t think we should lose that. Men don’t have to be good, so why should women? The idea that female sexuality is entirely righteous, or that we have a better handle on controlling our sexuality than men, is a great societal delusion (and one that is sometimes perpetuated by feminism). To totally flip the meaning of “slut” into something that’s solely positive or empowering denies the darkness that’s inherent in slutdom, which is part of what makes it so sexy. Of course, we want to move toward a society where women aren’t slut-shamed and can express themselves without fear. But I think it’s possible to cultivate a society that permits healthy sexual exploration, while also maintaining the taboo and transgressive elements of slut life. Like, my goal isn’t to be good or normal or accepted. My goal is to be free. (And maybe also to troll society a bit in the process, for good measure).

Karley Sciortino, Slutever: Dispatches from a Sexually Autonomous Woman in a Post-Shame World, 2018.

Ale jej uszy, ach, jej uszy…

Ale wolałbym opowiedzieć wam o jej uszach. Przeoczyłem je w klubie tenisowym, kiedy związywała włosy tamtą zieloną wstążką, pod kolor lamówki i guzików na sukience. A na co dzień nosiła włosy rozpuszczone, pofalowane na uszach i sięgające połowy szyi. Tak że dopiero kiedy znaleźliśmy się w łóżku, a ja zabrałem się do szperania i węszenia po całym jej ciele, w każdym zakamarku, w każdej nadmiernie i niedostatecznie zbadanej części, pochylony nad nią, odgarnąłem jej włosy i odkryłem uszy.

Nigdy wcześniej nie poświęcałem uszom zbyt wiele uwagi, widząc w nich tylko komiczne narośle. Dobre uszy to takie, których się nie zauważało; złe uszy sterczały jak skrzydła nietoperza lub były kalafiorowate po ciosie boksera, albo też –jak uszy tamtego wściekłego kierowcy przy przejściu dla pieszych –chropowate, czerwone i włochate. Ale jej uszy, ach, jej uszy… od dyskretnego, niemal nieistniejącego płatka łagodnym łukiem biegły do góry, ale potem w połowie drogi takim samym łukiem zawracały ku jej czaszce. Jakby zaprojektowano je raczej według jakiejś idei estetycznej, a nie zasad użyteczności słuchowej.

Kiedy zwracam jej na to uwagę, mówi:
– Pewnie są takie, żeby wszystkie te bzdury przelatywały obok i nie trafiały do środka.

Ale to nie wszystko. Kiedy badałem je czubkami palców, odkryłem, jak delikatna jest ich zewnętrzna krawędź: cienka, ciepła, łagodna, aksamitna, niemal półprzezroczysta. Wiecie, jak nazywa się po łacinie obrąbek ucha? Helix. Jak helisa. W liczbie mnogiej helisy. Uszy były częścią jej absolutnej wyjątkowości, uzewnętrznieniem jej DNA. Podwójna helisa jej helis.

Później, zastanawiając się, co mogła mieć na myśli, kiedy mówiła o „bzdurach”, które przelatują obok jej zadziwiających uszu, pomyślałem: cóż, oskarżenie o oziębłość –to wielka bzdura. Tyle że to słowo wpadło prosto do jej uszu, a stamtąd do mózgu, gdzie utkwiło na zawsze.

Julian Barnes, Jedyna historia, tłum. Dominika Lewandowska-Rodak, Warszawa 2018.

Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty

Ponadto miała mnie pilnować siostra Friedel. Wysoka, smukła, zgrabna, zawsze zabawnie rezolutna i prawie arogancka – prośbą niewiele by się u niej wskórało. Robiła na drutach narciarski pulower i podczas gdy się rozbierałam, omawiałyśmy norweski wzór, który chciałaby wydziergać na górze. Ale już się poschodziły, stały dookoła, gapiły się, narzucały się szyderczą obecnością, wcale tego nie ukrywając, tak jak wtedy, kiedy Magdalenę pakują w kaftan. Friedel krzyknęła wprawdzie parokrotnie: „Jazda stąd, ale już, co ja powiedziałam?!”. Jedne odchodziły, ale pojawiały się inne albo tamte wracały, tylko Renaty nie było, raz przez chwilę zobaczyłam, jak w drzwiach zatrzymuje się jej niewyraźny uśmiech, potem znów zniknął. Zużyłam mnóstwo mydła, aż siostra Friedel orzekła, że już z tego powodu jestem za kosztowna dla zakładu. Ale śmiała się przy tym serdecznie i powiedziała, że wyglądam jak chłopak, wtedy spostrzegłam, że ona też widzi mnie nagą, i zanurzyłam się aż po czubek nosa w wodę. Przecież miało być dobrze, bez względu na okoliczności i na przekór wszystkiemu. Woda szumiała mi w uszach i oddzielała mnie od całej reszty, zamknięte oczy nie przepuszczały nic z okropnego pomieszczenia i naprawdę udało mi się przejściowo osiągnąć taką samotność, jakiej mi było trzeba, aby w całej pełni zaznać dobrodziejstwa. Ale wpada się w straszny kicz, gdy się jest sam na sam ze sobą i chce odpocząć od wszelkich wysiłków natury wewnętrznej, tak łatwo wtedy sięgnąć po środki kompletnie pozbawione smaku. Najłatwiej i najprościej byłoby pomyśleć o morzu, o plaży poznaczonej na szaro wydmami, a tu i ówdzie na żółto janowcem. Ja tymczasem myślałam o Nefretete, egipskiej królowej, tak, ni mniej, ni więcej. O jej wspaniałym królewskim obliczu, egzotycznych kosztownych szatach, o jej uniesionych rękach, kiedy stoi gdzieś na skraju pustyni i wyczuwa ją w swojej pradawnej krwi.

Nagle przychodzi mi na myśl Beta, moja piękna, wesoła siostra Beta, i że tak długo chowałam do niej urazę, kiedy przyłapała mnie w domu, jak nad robótką ręczną nucę cichutko: „Znam egipską bajkę, Nefretete; cudna egipska bajko, Nefretete, twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie pradawne marzenia…” itd., itd., takie tam słodkie głupstwa. Beta śmiała się jak szalona, a przy obiedzie zaczęła wobec wszystkich: „Twoje wspaniałe królewskie oblicze budzi we mnie mętne marzenia…”. Oczywiście śmiałam się razem z innymi, prosto w karcące oczy matki, której nie podobały się drwinki Bety, ale odtąd zawsze trochę się od niej odsuwałam. A przecież takiej Bety nie trzeba by nawet specjalnie przebierać, żeby ujrzeć przed sobą delikatną królową z odległych czasów, a Anus, zadurzony wyznawca Buddy, nie darmo zrezygnował dla niej ze swej cennej wolności, chociaż teraz wymyśla naszej matce, naszej łagodnej i nieskończenie poważnej mateczce, od rajfurek, bo upierała się, że ma albo poślubić Betę, albo zostawić ją w spokoju. Oczywiście jej nie zostawił. Beta bowiem jest nie tylko czarująca, ale także dość odważna i zręczna, by ze swej pracy utrzymać siebie i wyznawcę Buddy. Takie jest nasze życie. Ach, Beto, śliczny, zgrabny ptaszku o ciemnym upierzeniu, ileż wspaniałości doświadczyłabyś i poznała, gdybyś nie była córką górnika i nie musiała długo wieść życia zręcznej, odrobinę krnąbrnej służącej. A tak poznałaś wspaniałości starych sukien swoich chlebodawczyń i umiałaś je nosić w taki sposób, że mężowie owych chlebodawczyń nagle nabierali chętki i znowu musiałaś od pierwszego wymawiać służbę. Takie jest nasze życie, spaczone już u pięknych początków, ale ty nie przyjmujesz tego do wiadomości, bo pięknym, zgrabnym krokiem idziesz dalej, śmiało i radośnie wyśpiewujesz piosenki z radia, szyjesz cudowne suknie dla wytwornych pań, a najpiękniejsze nosisz sama, jakby były z tobą zrośnięte… Ze mną zrasta się, niestety, tylko ubóstwo, noszone niezręcznie, zawstydzające dla mnie i dla innych. Dopiero co w łazience myślałam jeszcze, że zdołam nad tym zapanować, igrałam z utajonymi we krwi wspomnieniami, myślałam, że potrafię z ich pomocą stworzyć sobie tu, w domu wariatów, narażona na szydercze spojrzenia obłąkanych, jakiś azyl. A potem nagle dotknęła mnie Królowa, nie, nie ta egipska, ta ze stołkiem i wrodzoną nienawiścią. Siostra Friedel była tak serdecznie ubawiona, że powstrzymałam się od krzyku, żeby jej nie psuć uciechy. Królowa stała nade mną, za nią cały orszak w postawie wyczekiwania, jej oczy były niczym dwa ciężkie żyrandole z nadzieją skierowane na moją nagość i na swój sposób majestatyczne, tajemnicze, nie zdradzały już nawet nienawiści. Przemówiła i pytanie, skąd jej się wziął nagle ten nowy język. Nikt go jej nie podpowiedział, przynajmniej nikt widoczny. Ale posługiwała się nim tak cudownie, że jej słowa były bardziej przekonujące niż śmiech siostry, choć z pewnością w tym pomieszczeniu ona jedna była zdrowa.

„Jeszcze dziś i jutro – rzekła – i może jeszcze z pół dnia, a król będzie we mnie. Przyjdzie po cichu, bo stąpa po wodzie, w ręku trzyma ryby, dla których nie starczyło już miejsca w sieci, i jeśli nie stają się złotem, upuszcza je jak kamienie, bo potrzeba mu złota. Ale mnie uszanuje jak gwiazdę i zapyta: Czyś napełniła je wszystkie złotem, żadna ci się nie wymknęła?… Skinę mu tylko lekko głową, a wtedy wypuści wszystkie ryby, również te złote, i pójdzie za mną do skarbca, jak za gwiazdą. Ja bowiem jestem jego gwiazdą poranną i wybawieniem wszystkich chorych. Tam pokażę mu pończochy wypchane czystym, szczerym złotem, którym napełni się trzy wielkie skrzynie, jedną dla niego, Pana i Króla, jedną dla świętego Kościoła i jedną dla wszystkich ubogich. A wtedy skieruję jeden z moich promieni na ciebie i rozjarzę go, i rzeknę: Tę ze złotem dla ubogich daj jej, niech je rozdziela wedle łaski i sprawiedliwości, aby i ona miała zasługę, z którą będzie mogła wejść do naszego królestwa. Ty zaś, ty masz mi za to oddać cześć! Wstań i oddaj mi cześć!”.

Na to wstałam, tak jak leżałam, naga, i oddałam jej cześć, całując jej szponiastą, brudną rękę. Siostra Friedel krzyczała: „Przestańcie, już nie mogę, na Boga, nie mogę, zaraz się rozpęknę”. „Pękaj, na co tu jeszcze czekać?”, zapytała garbuska drwiąco i nieulękle, ale potem jednak odeszła razem z innymi. Wtedy siostra Friedel obróciła urazę przeciwko mnie i spytała rozeźlona, dlaczego wdaję się w takie brewerie. Stchórzyłam i rzekłam: „Tak tylko, nie chciałam jej drażnić”… „Bzdury, już my byśmy sobie z nią dali radę, kaftan każdego uspokoi. No dalej, niech się pani pospieszy, nie mogę tu wiecznie sterczeć”… Pospieszyłam się i na wszelki wypadek spróbowałam zaśmiać się niewinnie, żeby ją udobruchać, ale na nic się to nie zdało, poszła zagniewana do dyżurki sióstr, na gorąco wszystko opowiedzieć, ja tymczasem wciąż śmiałam się niepowstrzymanie, mimo woli, i gdybym nie mogła wszystkiego zapisywać, pewnie prześmiałabym całą noc i rano znowu w gabinecie napotkała już całkiem niełaskawe spojrzenie Najmiłościwszego. Niestety, przez cały tydzień dyżur nocny miała Marianna, dopiero co przyszła i naturalnie dowiaduje się, że ucałowałam rękę tej poczwary Krell. Jak surowo umie ściągać usta. Założę się, że myśli teraz: „Już my wybijemy jej z głowy te komedie!”… Ależ się boję! Boże, czemu nie ma tu ani jednej duszy, z którą można by dzielić strach i nie powiększać go? A pani Lanzinger zwija teraz swoją robótkę, bo idzie do domu i nie potrzebuje już przebywać w jedwabnym zamku z tarasem haftowanym krzyżykowym ściegiem i cyprysami z ciemnozielonej muliny. Skąd ja tu wezmę zamek i cyprysy albo choćby starą zdziczałą jabłoń o gęstej koronie. Czemu tak mało wagi przywiązujemy do tych wiecznych rzeczy!

Christine Lavant, Zapiski z domu wariatów, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wrocław 2017.

Our story is a tragedy

I don’t ever want to lose sight of how short my time is here. And I don’t ever want to forget that resistance must be its own reward, since resistance, at least within the life span of the resistors, almost always fails. I don’t ever want to forget, even with whatever personal victories I achieve, even in the victories we achieve as a people or a nation, that the larger story of America and the world probably does not end well. Our story is a tragedy. I know it sounds odd, but that belief does not depress me. It focuses me. After all, I am an atheist and thus do not believe anything, even a strongly held belief, is destiny. And if tragedy is to be proven wrong, if there really is hope out there, I think it can only be made manifest by remembering the cost of it being proven right. No one—not our fathers, not our police, and not our gods—is coming to save us. The worst really is possible. My aim is to never be caught, as the rappers say, acting like it can’t happen. And my ambition is to write both in defiance of tragedy and in blindness of its possibility, to keep screaming into the waves—just as my ancestors did.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Ta-Nehisi Coates / James Baldwin

SOMETHING ELSE WAS HAPPENING in the background—I had met Barack Obama. I was still holding on to my general admiration of the man, but I had also written several blog posts criticizing him, for his insistence on “color-blind policy” and for his tendency to hector black people on their alleged shortcomings. Obama would regularly invite journalists who disagreed with him to the White House to spar. From time to time, I found myself among the summoned—usually after I’d written something critical. In the first of these, I was intimidated and left thinking I’d failed to do my job. The second time I was responding to the embarrassment of the first. I thought of my days back in Baltimore, back on the block, insisting that “I ain’t no punk.” Before I left for D.C. for that second trip to the White House, Kenyatta looked at me and said, “What would Baldwin do?” Hmmm. I suspect something more elegant than what I did. I arrived to the meeting late. I was wearing jeans. I’d gotten rained on along the way. I argued, at length, with the president about health care and vulnerable people in Mississippi. I wasn’t lying, but the debate was also performative. I was trying to prove to myself that I would not be cowed or seduced by power. It was ridiculous. But it was also an exchange with the first black president in the history of the most powerful nation in the world.

I walked from the White House to Union Station to take the train home. I called my editor, Chris Jackson. I talked about the meeting—“Yo you shoulda seen it, Chris. I was the only other nigga in the room and fools was looking at us like, ‘These niggers are fighting!!!!’ ” But I found myself again talking about Baldwin and the beauty of what he’d done in The Fire Next Time. I talked about how I’d read the book in one sitting and the challenge I imagined of crafting a singular essay, in the same fashion, meant to be read in a few hours but to haunt for years. I told him we were in an extraordinary moment—the era of a black president and Black Lives Matter—much like Baldwin had written amid the fight for desegregation. Here he offered this admonition—“The road is littered with knockoffs of The Fire Next Time.” But he still encouraged me to try.

To invoke the name James Baldwin, these days, is to invoke the name of both a prophet and a God. More than his actual work, Baldwin, himself, has been beatified. That is why young writers descend on his long-abandoned house, like pilgrims into the Holy Land. That is why they have founded an entire genre of essay to document the hajj. The beatification is understandable. Baldwin owes his prominence as much to his image as to his words. And we don’t simply have the beauty of his words, we have the force of his presence. I am not immune—Baldwin the Legend was the ancestor Kenyatta sought to summon up when she asked, “What would Baldwin do?”

But all the magic I wanted was on the page. And when I looked closely, when I began to study, I did not even see magic, so much as a machinery so elegant, so wondrous, so imaginative as to seem supernatural. I am talking to young writers now. Your heroes are not mystics nor sorcerers but humans practiced at the work of typing and revising, and often agonized by it. I know this because I have chased before. I chased the work of Nas. I chased the work of E. L. Doctorow. I chased the work of Black Thought. From Dust Tracks on a Road to Jonah’s Gourd Vine, I chased the work of Zora Neale Hurston. From “The Colonel” to “The Museum of Stones,” I chased the work of Carolyn Forché. I chased them all, in the hope that somewhere in the underlined sentences, in the dog-eared pages, in the conversations with other writers, who too were chasing, I would find my own work, and that work would fill someone out there with the same magic, which is not magic, that had filled me that day, sitting in Founders Library, in awe of James Baldwin.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Two ways of thinking about things

I have often wondered how I missed the coming tragedy. It is not so much that I should have predicted that Americans would elect Donald Trump. It’s just that I shouldn’t have put it past us. It was tough to keep track of the currents of politics and pageantry swirling at once. All my life I had seen myself, and my people, backed into a corner. Had I been wrong? Watching the crowds at county fairs cheer for Michelle Obama, or flipping through the enchanting photo spreads of this glamorous incoming administration, it was easy to believe that I had been. It was hard to not reassess yourself at, say, the sight of John Patterson, the man who’d “outniggered” George Wallace to become governor of Alabama in 1959, endorsing Obama. It was hard to not feel that you had been wrong about your country when the very men who’d tangled with Patterson and Wallace seemed to believe that something had changed too. “We seem to be evolving,” former SNCC leader Bob Moses told a reporter. “The country is trying to reach for the best part of itself.” And it was more than symbolic. Obama’s victory meant not just a black president but also that Democrats, the party supported by most black people, enjoyed majorities in Congress. Prominent intellectuals were predicting that modern conservatism—a movement steeped in white resentment—was at its end and that a demographic wave of Asians, Latinos, and blacks would sink the Republican Party.

That was one way of thinking about things. Here was another. “Son,” my father said of Obama, “you know the country got to be messed up for them folks to give him the job.” The economy was on the brink. The blood of untold numbers of Iraqis was on our hands. Katrina had shamed the society. From this other angle, post-racialism and good feeling were taken up not so much out of elevation in consciousness but out of desperation. It all makes so much sense now. The pageantry, the math, the magazines, the essays heralded an end to the old country with all its divisions. We forgot that there were those who loved that old country as it was, who did not lament the divisions but drew power from them.

And so we saw postcards with watermelons on the White House lawn. We saw simian caricatures of the First Family, the invocation of a “food-stamp president” and his anticolonial, Islamist agenda. These were the fetishes that gathered the tribe of white supremacy, that rallied them to the age-old banner, and if there was one mistake, one reason why I did not see the coming tragedy, why I did not account for its possibilities, it was because I had not yet truly considered that banner’s fearsome power.

Ta-Nehisi Coates, We Were Eight Years in Power. An American Tragedy, 2017.

Your very respectful, MARCEL PROUST

[autumn 1914]

Madame, Forgive me for not having yet thanked you: it is I who have received marvelous roses described by you with “fragrance imperishable” but various which, in the evocations of the true poet that you are, cause the aroma, at every hour of the day, by turns, now to infiltrate the agatized chiaroscuro of the “Interiors” or now to expand within the fluent and diluted atmosphere of the gardens. Only … I have been so ill these days (in my bed which I have not left and without having noisily opened or closed the carriage entrance as I have it seems been accused of doing) that I have not been able to write. Physically, it was impossible for me. Keep the Revues as long as you like. — . By an astonishing chance Gide, of whom we were speaking, and whom I have not seen for 20 years, came to see me while we were speaking of him in our letters. But I was not in a condition to receive him. Thank you again Madame for the marvelous pages flushed with a smell of roses.

Your very respectful

MARCEL PROUST

The successor to the valet de chambre makes noise and that doesn’t matter. But later he knocks with little tiny raps. And that is worse.

(…)

[November 1915?]

Madame, I have been wanting for a long time to express to you my regret that the sudden arrival of my brother prevented me from writing to you during the last days of your stay in Paris, then my sadness at your leaving. But you have bequeathed to me so many workers and one Lady Terre — whom I do not dare call, rather, “Terrible” (since, when I get the workers to extend the afternoon a little in order to move things ahead without waking me too much, she commands them violently and perhaps sadistically to start banging at 7 o’clock in the morning above my head, in the room immediately above my bedroom, an order which they are forced to obey), that I have no strength to write and have had to give up going away. How right I was to be discreet when you wanted me to investigate whether the morning noise was coming from a sink. What was that compared to those hammers? “A shiver of water on moss” as Verlaine says of a song “that weeps only to please you.” In truth, I cannot be sure that the latter was hummed in order to please me. As they are redoing a shop next door I had with great difficulty got them not to begin work each day until after two o’clock. But this success has been destroyed since upstairs, much closer, they are beginning at 7 o’clock. I will add in order to be fair that your workers whom I do not have the honor of knowing (any more than the terrible lady) must be charming. Thus your painters (or your painter), unique within their kind and their guild, do not practice the Union of the Arts, do not sing! Generally a painter, a house painter especially, believes he must cultivate at the same time as the art of Giotto that of Reszke. This one is quiet while the electrician bangs. I hope that when you return you will not find yourself surrounded by anything less than the Sistine frescoes … I would so much like your voyage to do you good, I was so sad, so continually sad over your illness. If your charming son, innocent of the noise that is tormenting me, is with you, will you please convey all my best wishes to him and be so kind as to accept Madame my most respectful regards.

MARCEL PROUST

(…)

Excerpts from Afterword by Lydia Davis:

Because of his illness, Proust spent most of his time in bed, heavily dressed in — according to one account — two sweaters, socks, and long underwear, with a hot-water bottle at his feet that was renewed three times a day. A blanket folded in four hung over the large door to the room to protect him from drafts and noise. Both shutters and curtains were closed over the double-paned windows, so that no sound could be heard from the street. The chandelier that hung from the ceiling was never illuminated. A candle was kept burning, since he lit his powders using a folded paper rather than striking a match. He generally woke “for the day” at nine in the evening, and had his only meal at that time — coffee and a croissant which Céleste would bring to him when he rang.

When he felt well enough, Proust liked to have a friend come visit occasionally, as long as that friend followed certain rules: no cigarettes, of course, no perfume.

(…)

When he was feeling well enough, he talked without pause, and the person he talked to the most, because she was always available, was Céleste, an intelligent and responsive listener. He often rang for her after she had gone to bed, and she would come as she was, in her nightgown and robe, her hair “down her back,” as she says. He would talk to her for hours at a time, sitting up in bed leaning against two pillows, while she stood at the foot of the bed.

Gide describes, in his journal, Proust’s style of talking: “His conversation, ceaselessly cut by parenthetical clauses, runs on …”

The diplomat and Proust fan Paul Morand enlarges upon this: the Proustian sentence was “singsong, caviling, reasoned, answering objections the listener would never have thought of making, raising unforeseen difficulties, subtle in its shifts and pettifoggery, stunning in its parentheses — that, like helium balloons, held the sentence aloft — vertiginous in its length … well constructed despite its apparent disjointedness; … you listened spellbound …“

(…)

We are told that Proust wrote very fast. This, too, is apparent in the letters, in the sprawling handwriting, in the tendency to abbreviate, in the occasional missing word, and perhaps, though not necessarily, in the missing punctuation.

(…)

Houlgate was a neighboring town to Cabourg, where Proust liked to stay at the Grand Hôtel. Guests marveled, according to Philippe Soupault in his memoirs, over “how Monsieur Proust rented five expensive rooms, one to live in, the other four to ‘contain’ the silence.”

Marcel Proust, Letters to His Neighbor, translated by Lydia Davis, 2017.