Paris Hilton w łóżku z Maksem Weberem i Paulem B. Preciado

Purytańska erotyka władzy – w postaci rozpoznanej i opisanej przez Maksa Webera w jego pracy Etyka protestancka a duch kapitalizmu, z jej wartościami takimi jak emocjonalna i moralna stałość, samokontrola i dyskrecja – panująca przez większość czasu w obrębie zachodniego dyscyplinarnego ustroju seksualności, począwszy od XVII wieku, z wolna zaczyna odsłaniać swe farmakopornograficzne fundamenty. Zgodnie z intuicjami Webera to nie materializm, lecz etyka protestanckiego życia umożliwiła rozkwit kapitalizmu. Ściągające dotąd boże potępienie i karę, stanowiące także oznakę nieskromnego zbytku poświęcanie się pracy i pogoń za sukcesem ekonomicznym stały się dowodem na umiłowanie Boga. Bóg krążył odtąd w ciele, towarach i w gruntach za pośrednictwem kapitału. Z tej racji zasadą regulującą produkowanie życia i zarządzanie ludnością w epoce farmakopornografii jest nie hedonizm czy zaspokajanie zmysłowych żądz, lecz postchrześcijańsko-wolnorynkowo-punkowa etyka, sterowana zasadą przymusowego odtwarzania cyklu pobudzenia–frustracji, aż po granicę nieodwracalnej zagłady całego ekosystemu.

Przykładem takiej w pełni realistycznej protezy, zwiastującej pornograficzną przyszłość Weberowskiego wolnorynkowego protestantyzmu, jest postać Paris Hilton. Stanowiąc wyraźne odstępstwo od modelu nieposzlakowanej amerykańskiej doskonałości, ucieleśnia ona zwieńczenie seksopolitycznej produkcji luksusowych białych heteroseksualnych technosuk. Jako wydziedziczona spadkobierczyni wycenianego na wiele milionów dolarów imperium hotelarskiego i firmy zajmującej się obrotem nieruchomościami, Hilton porzuciła tradycyjne instytucje oświatowe, by podjąć pracę w programach telewizyjnych takich jak The Simple Life, następnie zaś wykorzystała swe filmy do rozreklamowania własnego życia w typowo farmakopornograficznym trybie. Nie wyrzekła się Weberowskiej etyki protestanckiej ani ducha kapitalizmu. Bynajmniej: wpoiła ją sobie i wykorzystała, by następnie wynieść ją na szczyty farmakopornograficznej produkcji medialnej. Pusta i banalna Hilton przeleciała Herr Webera. Wbrew pozornej skłonności do występków i próżniactwa, Paris Hilton jako zjawisko nie wykazuje najmniejszych odstępstw względem kapitalistycznej ekonomii. Przeciwnie, całe jej życie i seksualność uległy pod ścisłym nadzorem przemianie w pracę – w cyfrowe obrazy, mogące odtąd krążyć po całym świecie. Jej zwycięstwo polega na tym, że potrafiła wykorzystać swe ciało i swą seksualność jako najwyższe wartości na globalnym rynku wymiany w ramach farmakopornograficznego kapitalizmu. W tym sensie Paris Hilton można by uznać za technologicznie zaawansowaną farmakopornograficzną robotnicę seksualną i prawdopodobnie właśnie ten robotniczy wymiar jej niemoralności najbardziej wadzi jej pradziadziusiowi Hiltonowi.

Nawet jeśli Paris Hilton zdołała wprowadzić samą siebie na rynek jako wzorcowe ucieleśnienie farmakopornograficznego sposobu produkcji, nie był to – w odróżnieniu od aktorek porno od lat 70. po lata 90., od Marilyn Chambers po Jennę Jameson – efekt jej walorów jako seksbomby. Hilton skrajnie różni się od tradycyjnych aktorek porno: nie znalazła się w branży filmów pornograficznych z ekonomicznej konieczności ani nie została na nią skazana przez społeczny los; przeciwnie, sama wymyśliła i zaplanowała swe przeobrażenie w gwiazdę Google’a, korzystając z własnego imperium finansowego. Co więcej, nie budzi ona większego masturbacyjnego zainteresowania, ani na poziomie cielesnym, ani aktorskim, co sugeruje, że gdyby nie jej fortuna – i potężna machina reklamowa – nigdy nie byłaby w stanie przebić się na rynku pornografii, stając do konkurencji z takimi aktorkami jak Traci Lords czy Katsumi. Jeśli postać Paris Hilton budzi jakieś rzeczywiste teoretyczno-polityczne zainteresowanie (poza celem masturbacji), to dlatego, że obrazuje współczesną tendencję typową dla wszystkich form pracy i produkcji wartości – tendencję do przekształcania się w produkcję farmakopornograficzną, a tym samym zwiastuje „pornograficzną przyszłość” produkcji wartości w ramach współczesnego kapitalizmu w ogóle.

Za purytańskimi wartościami, rozpoznanymi i odsłoniętymi rzekomo przez Webera, kryją się cyfrowe obrazy całkowicie wydepilowanej woskiem cipy Paris Hilton, napakowanych testosteronem mięśni Arnolda Schwarzeneggera i dostępnej powszechnie na całym świecie Viagry, pompującej zwiotczałe i obwisłe zwykle po pięćdziesiątce biokutasy.

Paul B. Preciado, Testo ćpun. Seks, narkotyki i polityka w epoce farmakopornografii, tłum. Sławomir Królak, Warszawa 2021.

Odrobina radości Anty-Edypa

image

Brak, prawo i znaczące – oto nazwy trzech błędów, jakie popełniamy, gdy mówimy o pragnieniu. Wszystkie jednak cechuje ten sam błąd idealizmu. To idealizm wytwarza pobożną koncepcję nieświadomości. Daremnie próbuje się interpretować wspomniane pojęcia w kategoriach analizy kombinatorycznej, w ramach której brak nie jest już deprywacją, a staje się miejscem pustym, prawo nie oznacza już przykazań, ale reguły gry, znaczące nie jest już znaczeniem, a staje się układem dystrybucyjnym; takie zabiegi nie są zdolne pozbawić tych pojęć ich teologicznego obciążenia, dalej wlokąc za sobą orszak złożony z niedostatku istnienia, poczucia winy i sensu. Interpretacja strukturalna wyrzeka się wiary, wynosi się ponad obrazy, figury ojca i matki zachowuje jedynie w postaci funkcji,  z a k a z   i   t r a n s g r e s j ę    definiuje jako operatory strukturalne. Czy jednak znajdzie się taka woda, która potrafiłaby zmyć z nich kontekst i tło religijne? Wiedza naukowa przedstawiana jako niewiara jest w rzeczywistości ostatnim schronieniem wiary. Nietzsche powie: nigdy nie istniała inna psychologia niż ta, którą uprawiają kapłani. Z chwilą, gdy brak ponownie wkracza w porządek pragnienia, cała produkcja pragnąca zostaje stłamszona, zredukowana do funkcji produkowania fantazji; tymczasem znak nie wytwarza fantazji, wytwarza realne oraz pozycje, jakie przyjmuje pragnienie w rzeczywistości. Z chwilą, gdy pragnienie po raz kolejny zostaje przyspawane do prawa – przy domyślnym założeniu, że nie trzeba przypominać tego, co jest wiadome od wieków: nie istnieje pragnienie bez prawa – wieczna operacja odwiecznej represji zaczyna się od początku, nieświadomość zostaje zamknięta w kręgu zakazów i wykroczeń, białej i czarnej mszy; tymczasem znak pragnienia nigdy nie jest znakiem prawa, lecz znakiem mocy. Czy ktoś ośmieli się nazwać prawem fakt, że pragnienie ustanawia i rozwija swoją moc, że wszędzie tam, gdzie się pojawia, wywołuje przepływy i przecina substancje („staram się nie mówić o prawach chemicznych, słowo to ma posmak moralny”)? Z chwilą, gdy pragnienie zostaje uzależnione od znaczącego, zaciska się wokół niego ciasny uchwyt despotyzmu, którego efektem jest kastracja, dokonująca się tam, gdzie rozpoznaje się cechę znaczącego; tymczasem znak pragnienia nigdy nie jest znaczącym, istnieje w serii tysięcy wytwórczych cięć i przepływów, one zaś nie pozwalają oznaczyć się przez cechę jednostkową kastracji; zawsze jest to znak-punkt o kilku wymiarach, wieloznaczność stwarzająca podstawę dla semiologii punktowej.

image

Mówi się, że nieświadomość jest mroczna. Reicha i Marcusego często oskarża się o „russoizm”, wypomina się im naturalizm, inaczej mówiąc, zbyt idylliczne spojrzenie na naturę nieświadomości. Ale czy właśnie nieświadomości nie przypisuje się okrucieństw, do których zdolna jest tylko świadomość i zbyt pewna siebie wiara? Czy przesadą jest stwierdzenie, że okrucieństwo i terror z konieczności występują w dziedzinie nieświadomości rzadziej (a przy tym są innego typu) niż w świadomości dziedzica, żołnierza czy głowy państwa? Nieświadomość jest potworna, ale jej okrucieństwa nie są antropomorficzne. Demony nie budzą się, gdy rozum śpi. Wywołuje je czujna i bezsenna racjonalność. Nieświadomość jest russoistą, bytem człowieka-natury. A zresztą, ile złośliwości i krętactw znajdziemy u Rousseau! I czy wykroczenie, poczucie winy, kastracja są określeniami nieświadomości czy raczej  s p o s o b e m,   w   j a k i   k a p ł a n   p o s t r z e g a   r z e c z y?  Nie ma wątpliwości, że nie tylko psychoanaliza, ale również inne siły dążą do edypalizacji nieświadomości, potrafią ją wykastrować, naznaczyć poczuciem winy. Tyle że psychoanaliza wspiera te posunięcia, wymyślając ostatniego kapłana. Analiza edypalna narzuca każdej syntezie nieświadomości użycie transcendentne, które zapewnia jej  k o n w e r s j ę.  Dlatego praktycznym zadaniem schizoanalizy jest ich  o d w r ó c e n i e,  przywrócenie syntezom nieświadomości ich użycia immanentnego. Należy odwrócić proces edypalizacji, rozpruć macierzyńską i ojcowską pajęczynę, wyzbyć się uświęconych przekonań po to, by dotrzeć do poziomu produkcji maszyn pragnących, do poziomu inwestycji społeczno-ekonomicznych, na którym rozgrywa się zaangażowana analiza. Dopóki nie dotknie się wymiaru maszyn, nic nie da się osiągnąć. Tak naprawdę za takim postulatem kryją się bardzo konkretne zabiegi interwencyjne: bezstronną życzliwość edypalnego analityka, który rozumie wyłącznie figury ojca i matki, i tylko ich sobie życzy, należy zastąpić nieżyczliwym czy wręcz otwarcie wrogim działaniem – wkurzasz mnie z tym Edypem, ciągnij dalej ten wątek, a analiza zostanie przerwana albo zafundujemy ci terapię szokową, przestań więc gadać o tacie i mamie – oczywiście „żyje w tobie Hamlet, podobnie jak Werter”, tak jak Edyp i cokolwiek sobie zapragniesz,  a l e  wtedy „wyrastają ci przyrodnie kończyny, przyrodnie usta i wąsy; przywołując wspomnienia śmierci, twoje «ja» staje się czymś w rodzaju nieorganicznej zasady, która nieustanie dowodzi daremności życia… Czy narodziliście się Hamletem?  C z y   r a c z e j   s t w o r z y l i ś c i e   H a m l e t a   w   s o b i e?  D l a c z e g o   p o w r a c a ć   d o   m i t u?”. Po wyrzeczeniu się mitu psychoanalizę znowu stać na odrobinę radości. Znów może cieszyć się z niewielkich odkryć. Jeśli bowiem wszystko jest z góry rozstrzygnięte, psychoanaliza staje się wyjątkowo ponura, wyjątkowo smutna, niemożliwa do zakończenia. Czy można powiedzieć, że schizofrenik wyzbył się radości? Czy jego smutek nie bierze się z faktu, że nie może już znieść sił edypalizujących, hamletyzujących, które krępują go z każdej strony? Lepiej już uciec, wycofać się na ciało bez organów, schronić się w nim, zamknąć w sobie. Schizofrenizacja rozumiana jako proces oferuje odrobinę radości, w przeciwieństwie do schizofrenii traktowanej jak jednostka chorobowa, w której „z procesu tworzy się cel…”. Psychoanalityk zmuszony do wyruszenia w głąb nieświadomości wytwórczej czułby się ze swoim teatrem równie nie na miejscu, co aktorka Komedii Francuskiej w fabryce czy średniowieczny klecha przy taśmie produkcyjnej. Naszym zadaniem jest więc uruchomienie jednostek produkcji, podłączenie maszyny pragnącej do zasilania. Co wydarza się w fabryce, czym jest ów proces, jaką udrękę i chwałę, cierpienie i rozkosz niesie ze sobą, pozostaje jeszcze dla nas niewiadome.

Félix Guattari, Gilles Deleuze, Anty-Edyp. Kapitalizm i schizofrenia, tłum. Tomasz Kaszubski, Warszawa 2017.

Halucynujący hologram nie potrzebuje być szczęśliwym

Tomasz siedzi od tygodnia zamknięty w mieszkaniu. Zamawia jedzenie z dostawą i zaczyna śmierdzieć. Popadł w dziwny letarg. Telewizor wyświetla dramy i anime, ale nie zwraca na niego uwagi. Nie udziela się na fejsie, nie sprawdza maili, odebrał tylko jeden telefon od Val, trenerki Adama, która trochę się niepokoiła jego stanem. Zapewnił ją, że wszystko jest w porządku, spytał o zdrowie Adama, i wrócił do kontemplowania pęknięć na suficie.

W końcu stwierdza, że najwyższy czas pogodzić się z Cecylią. Znowu.

W tym celu musi wejść na facebooka, przejść do ustawień, wybrać opcję „blokowanie” i nacisnąć przycisk „odblokuj” przy nazwisku Cecylii. Klika. Wyskakuje okienko z ostrzeżeniem „Pamiętaj, że będziesz musiał poczekać 48 godzin, zanim będziesz mógł ponownie zablokować użytkownika Cecylia”. Potwierdza swój zamiar.

A potem wysyła jej zaproszenie do znajomych. Znowu.

Po półgodzinie słyszy krótkie brzęczenie smartfona. Cecylia zaakceptowała, znów są znajomymi. Wysyła jej wiadomość, Cecylia odpowiada po chwili. Na awatarze wygląda inaczej, niż kiedy ostatnio się widzieli.

(Spotkajmy się, potrzebuję Cię)

(Gdzie?)

(U mnie)

(Kiedy?)

(Teraz)

(Jak będziesz mogła)

(OK, daj mi godzinę)

Cecylia nie pyta o nic. Nigdy o nic nie pytała. Tomasz poświęca ten czas, żeby się ogolić i wziąć prysznic. Nie chce przy niej śmierdzieć.

Dzwonek. Na ekranie widzi Cecylię pokazującą fakulca. Wpuszcza ją do środka. Cecylia wchodzi, nie ściąga butów. Podchodzi do lodówki, otwiera ją i znajduje sobie coś do picia.

– Straszny upał – mówi. – No i co dalej, a?

Tomasz dawno nie słyszał języka polskiego.

– Cześć – mówi. – Ładnie wyglądasz.

Naprawdę wygląda ładnie, choć dziwnie. Jest doskonale biała, nie tylko w ubiorze. Zawsze miała bladą cerę, pamięta Tomasz, ale do tego utleniła sobie włosy, ma je przylizane do tyłu, opadają, sięgając ledwo ramion, rozjaśniła brwi i założyła nawet specjalne soczewki kontaktowe. Porcelanowy android.

– Ty nie bardzo – taksuje go wzrokiem – raczej jakby ktoś cię pożarł i wyrzygał.

– Mniej więcej tak było.

– Yhm. To chcesz gadać czy się ruchać? – pyta retorycznie Cecylia i zaczyna się rozbierać.

Tomasz przypomina sobie, za co ją kocha.

Jest szybko i mocno, jak zawsze, a po wszystkim Cecylia oznajmia, że dziś nie ma więcej czasu, nie przeprasza, tylko oznajmia właśnie, a potem idzie do łazienki się nieco odświeżyć i ubrać.

– Dobrze – mówi, zapinając sukienkę – może to cię postawi trochę na nogi. A jakbyś chciał pogadać, to wiesz, jak mnie znaleźć.

Tomasz dopiero spostrzega, że jej sukienka to marynarski mundurek, tyle że całkiem biały.

– Kocham cię – mówi Tomasz.

– Ja ciebie też – odpowiada Cecylia i wcale nie kłamie – trzymaj się.

I wychodzi, tak po prostu. Naprawdę się kochają. I naprawdę nienawidzą.

– To skomplikowane. Jakbyśmy okrążali Ziemię, ale z różną prędkością, i jest ten krótki moment, że jesteśmy razem, i się rozumiemy, i to jest najlepsze, co miałem w życiu, ale potem znów odlatuje – tłumaczył Tomasz kiedyś Hiroshiemu, który w odpowiedzi rzucił jakaś hiphopową mądrością w stylu I’ve got 99 problems but the bitch ain’t one, ale tak naprawdę wcale sam tego nie rozumie.

Leży zmęczony, ale na lekkim endorfinowym haju, telewizor wciąż nadaje jakąś popkulturową siekę. Tomasz zamyka oczy i wsłuchuje się w dialogi, z których rozumie tylko pojedyncze słowa.

(…)

Tomasz spotyka się z Cecylią jeszcze kilka razy. Kiedy jest dobrze, jest naprawdę dobrze. Nie rozmawiają za dużo. Idą zjeść coś pysznego albo pogapić się na drzewa w parku Yoyogi. Co robiła przez ostatnie pół roku? Nie wie, nie pyta. I sam też się nie chwali, ale w końcu opowiada o wypadku Momoko. Cecylia jest zdziwiona, czytała doniesienia prasowe, nie zgadła, bo i jak, że chodziło o siostrę Hiroshiego.

– Rozmawiałeś z nim ostatnio?

– Nie. Przeżywa to po swojemu. Pisałem, odpowiedział, że robi projekt. Coś osobistego. Chyba poświęcony siostrze. Może się odezwie, jak skończy.

– Uhm.

– Jesteś cała biała, wiesz? – leżą nago w mieszkaniu, Tomasz korzysta z okazji, że Cecylia się dziś nigdzie nie śpieszy i zwyczajnie gapi się na nią. – Taka niewinna.

– To kolor żałoby – wyjaśnia Cecylia – wkręciłam się w ruchy postapokaliptyczne.

– W sensie fanów Fallouta?

– Nie, nie tych sierot po Mad Maxie, którzy jedzą psie żarcie i piją własne siki – Cecylia odwraca się w jego stronę i opiera na ręce, Tomasz podziwia, co grawitacja robi z jej kształtnymi piersiami. – Mówię o ruchu Mononoke-hito. Gdybyś wychodził z domu, pewnie byś ich spotkał w Harajuku. Ludzie-duchy, którzy uważają, że świat się skończył w 2012, tak jak zapowiedziano w proroctwach Majów.

– Przecież się nie skończył.

– Jesteś pewien? Podobno nie ma już Polski. Może to wszystko to tylko holograficzna iluzja. Albo zbiorowa halucynacja. Potęga wyparcia. Od dwóch lat udajemy, że nic się nie stało.

– Nie mam pojęcia, jak chcesz to zmonetyzować.

– Jeszcze nie wiem – przyznaje Cecylia – w zasadzie nie zgłosiłam tego do agencji.

– Czemu? – dziwi się Tomasz. Agencja memetyczna 42, w której pracuje Cecylia, jest siłą sprawczą, dzięki której są razem. Po tym jak projekt HIVEMIND Hiroshiego i Tomasza narobił hałasu w japońskim internecie, 42 wysłało do Tokio Cecylię, żeby zbadała sprawę. Rozminęli się wtedy, Tomasz zdążył już wrócić do Krakowa. Kiedy przyjechał ponownie, Cecylia była tokijską rezydentką 42, oddelegowaną do trzymania ręki na pulsie japońskiej ulicy. Załatwiła nawet grant dla Hiroshiego, za który urządził swoje MSX-owe studio.

– Bo na razie to zbyt osobiste – mówi Cecylia – w zasadzie okazało się, że odpowiada moim potrzebom mistycznym.

Wraca na plecy i gapi się w sufit. Tomasz zastanawia się, co powiedzieć.

– Czy jesteś szczęśliwa?

– Halucynujący hologram nie potrzebuje być szczęśliwym.

Michał Radomił Wiśniewski, God Hates Poland, Warszawa 2015.

Ja bym granaty podkładała pod zakony

– Ja bym granaty podkładała pod zakony – zaczyna. – Czy coś dobrego stamtąd wyniosłam? Nie. Bardzo ciężko mi było wrócić do życia. Do zwykłych przyjemności. W zakonie nikt się nie poznał, że mogłabym wykładać, słowem ludzi pociągnąć, pracować naukowo. Gdybym została, pieliłabym pewnie teraz jakieś grządki. Siostry się marnują. Dużo odeszło.

Trudno być w zakonie tak normalnie dobrym. Ludzie proszą cię o pomoc, ale ty najpierw musisz iść się pomodlić, a potem siedzieć z siostrami na rekreacji. Chcesz pójść za odruchem serca, ale to sprzeczne z posłuszeństwem. Nie pomagasz komuś, bo to wbrew woli przełożonej. Postępujesz dobrze czy źle? Mam znajomego księdza, on sobie tłumaczy, że to dobrze, że mi nie pomoże. Bo teraz jest przede wszystkim dla Boga, nie dla ludzi. Nie zadzwonił, kiedy rozstawałam się z mężem, a wiedział, że było mi trudno. Nie pożyczył kilkuset złotych, choć ma dużo pieniędzy. Jest dobry, ale dobra nie czyni. Przed Kościołem był inny. Zaprzyjaźniłam się w szpitalu z siostrą sercanką. Kiedy byłyśmy z Hańcią bardzo chore, poprosiłam, żeby kupiła nam leki i chleb. Nie mogła. Bo Bóg, bo wspólnota. I nie zostaje czasu, żeby pomóc. Nie winię jej, bo wiem, że tak jest. Byłam tam.

Zakony psują dobrych ludzi, idealistów, którzy chcą czegoś więcej. Jesteś zachęcana, by ślepo wierzyć, nawet jeśli się nie zgadzasz. Czarne jest białe, białe czarne. Masz to przyjąć w imię świętego posłuszeństwa. Ja tak robiłam. To był gwałt na umyśle.

A przecież jak idą do zakonu młode dziewczyny, to skąd mają wiedzieć? Myślałam, że tak trzeba, starałam się. Wszystkie moje problemy kwitowano, że jestem niedojrzała, niegotowa, zła. Nasza formacja polegała na przepisywaniu książek. Żarliwych, religijnych. Gdy chciałam coś przeczytać, Mistrzyni pytała: o czym? Potem zdejmowała książkę z półki i mówiła: ta. Nie było żadnych nowości, wszystko stare, przedsoborowe. W teologicznych pismach też były sprzeczności: Jan od Krzyża mówił o umartwieniach, a święty Franciszek, żeby sobie wybaczać. Skąd miałam wiedzieć, jak to pogodzić?

Pięć razy brewiarz, codziennie msza, Mea Culpa, moja wina, moja bardzo wielka wina. Cały czas rąbany rachunek sumienia. Ciągle się zastanawiasz, czym dzisiaj obraziłaś Boga. Mistrzyni zachęcała do małych umartwień, o których nikt nie będzie wiedział. Myślałam: jestem zła, straszna, grzeszna. Dostałam depresji. Wszystko stawało się obojętne. Ale myślałam, że to dobrze. Że nic mnie nie będzie odrywało od Boga.

Każą ci mówić prawdę, a za chwilę nie gorszyć, nie dawać złego świadectwa. Musisz tryskać radością. Musisz udawać, bo w zakonie rozliczają cię z emocji. Przełożone dawały przykład. Zwalczały się, widać było po twarzach, napięte, czerwone. A oficjalnie całowały się i ściskały. To paradoksy, od których trudno się uwolnić. Nie masz kogo zapytać. Nikt nie może wiedzieć, że masz wątpliwości. Ani ludzie z zewnątrz, ani współsiostry. Bo kogoś to może zgorszyć.

Czy Hańcia pójdzie na religię? – zamyśla się. – Nie wiem.

Marta Abramowicz, Zakonnice odchodzą po cichu, Warszawa 2016.

O pewnym psychologu, który chciał zmierzyć libido Freuda

Od 1952 roku w Stanach Zjednoczonych prowadzono liczne badania mające określić skuteczność kuracji psychoanalitycznych i psychoterapii.
(…)
Krótko mówiąc, wszystkie te badania wykazały niezwykłą skuteczność całości psychoterapii. Jednak żadne nie pozwoliło na statystyczne udowodnienie, że psychoanaliza jest lepsza czy gorsza niż inne sposoby leczenia.

Dużą wadą tych ocen jest to, że opierają się one zawsze na działaniach eksperymentalnych, słabo przystosowanych do okoliczności związanych z kuracją. Albo dowodzi ona, że wystarczy, aby istota cierpiąca przez pewien czas uczęszczała do terapeuty, żeby jej stan uległ poprawie, albo sugeruje, że osoba badana może poddać się wpływom swego terapeuty, a zatem ulec efektowi placebo. To właśnie dlatego, że odrzuca sam pomysł, jakoby eksperyment mógł zostać przeprowadzany drogą takich badań, ocena wyników terapii zwanej eksperymentalną nie ma żadnej wartości w psychoanalizie – zawsze sprowadza duszę do bycia rzeczą.

Freud zagadnięty o to w 1934 roku przez psychologa Saula Rosenzweiga, który przedstawił mu wyniki dowodzące słuszności teorii wyparcia, wykazał się szczerością i ostrożnością. Nie odrzucił idei eksperymentu, podkreślając jednak, że uzyskane wyniki były zarazem powierzchowne i niewnoszące nic nowego do ogromnej liczby doświadczeń klinicznych już przeprowadzonych przez psychoanalizę i znanych dzięki licznym publikacjom opisów przypadków.

Innemu amerykańskiemu psychologowi, który zaproponował mu “zmierzenie” libido i nazwanie na jego cześć jednostki miary (freud), odpowiedział: “nie znam się wystarczająco na fizyce, aby przedstawić wiarygodną ocenę w tej dziedzinie. Jeśli jednak mógłbym pana prosić o przysługę, proszę nie nazywać swojej jednostki moim imieniem. Mam nadzieję, że dane mi będzie kiedyś umrzeć z niezmierzonym libido”.

Elisabeth Roudinesco, Po co psychoanaliza?, tłum. Anna Biłos, Warszawa 2014, ss. 30-31.

PSZEMEK

PRZEMEK siedzi na kanapie, lekko zgarbiony. W ręce ściska pada od konsoli, mocniej, niż to jest konieczne.
Przemek ma dwadzieścia trzy lata. Jest dzieckiem wolności – urodził się 4 czerwca, kiedy w Polsce, proszę państwa, w Polsce skończył się komunizm! Jego mama należała do „Solidarności” i chociaż nie odegrała w niej większej roli, była jedną z milionów tych, którzy posłuchali słów papieża i przygotowali się na przyjście ducha odnowienia. Na każde urodziny piecze synowi tort udekorowany białym i czerwonym lukrem, wystarczy dodać soku wiśniowego do cukru pudru, i pisze na nim „mam iks lat” solidarycą. Mieszkają razem, jak Kangurzyca i Maleństwo, bo tatuś dawno temu rozbrykał się, taki Tygrysek, i tyle go widzieli.
Słuchając opowieści mamy o tamtych przerażających czasach, kiedy panowała wieczna zima, a po ulicach jeździły czołgi ZOMO, Przemek czuł, że niewłaściwie korzysta z tej wolności. Uginał się pod jej ciężarem. Uznał, że mógłby zrobić więcej, bardziej, lepiej. Wyśrubowywał wyniki lekkoatletyczne i średnią w szkole, zawsze czerwony pasek, nagroda książkowa, uścisk ręki dyrektora, zamglony wzrok ciała pedagogicznego, zwłaszcza, od niedawna, pani od biologii, smutnej młodej dziewczyny ledwo po studiach.
Tyle pokładanej wiary, rozbuchanej nadziei i matczynej miłości poszło na marne, gdy na miesiąc przed maturą przeżył załamanie nerwowe i zamknął się w sobie. Ambicje? A co jeśli czyjąś ambicją jest grać cały dzień w Bombermana?
Oto Przemek, w rozciągniętej koszulce, która kiedyś miała jakiś napis, a może obrazek, ale dawno się sprał. Nie chce od życia wiele, ot, po prostu siedzieć sobie na wygodnej sofie, opychać się pizzą i grać w Bombermana. Ma jakąś pracę, to dobry chłopak, nic wielkiego, jakieś strony robi i nie musi wychodzić z domu, tyle, żeby dołożyć się mamie do czynszu. Popuka parę godzin w klawiaturę, poklika myszką i może wracać do gry. Nie ma dziewczyny, bo to za dużo ambarasu, zresztą w swoim bombermanowym szale przestał interesować się seksem i nawet już nie wchodzi na redtube.
Nigdy się nie spotkacie, nigdy nie dowiecie się o swoim istnieniu. Dzielą was kilometry światłowodu, łączy zaś ślepy los maszyny losującej graczy do bitwy online na serwerze sieci playstation. Nigdy nie dowiesz się, co czuje Przemek, kiedy wygrywasz z nim mecz w Bombermana.
Przemek ma dwadzieścia trzy lata, ale kiedy leży zalany łzami, wtulony w poduszkę, wygląda jak małe dziecko.

Michał R. Wiśniewski, Jetlag, Warszawa 2014.

Upokorzenie w japońskim sklepie

Wybory, których dokonujemy, są często nieracjonalne. Kiedy kupujemy drogi samochód, możemy robić to równie dobrze po to, by wywołać czyjąś zazdrość, a nie dlatego, że racjonalnie doszliśmy do wniosku, że właśnie ten model jest nam potrzebny. Wzbudzanie zazdrości jest dziś zresztą bardzo ważnym elementem w marketingu. Nowy trend dodaje do tego jeszcze upokorzenie. Niektóre sklepy w Japonii stały się modne dzięki temu, że ograniczały klientom wybór. Jeden taki stylowy sklep na przedmieściach Tokio ma całkowicie przypadkowe godziny otwarcia. Klienci przyjeżdżają i ustawiają się przed drzwiami w długie kolejki. Kiedy sklep w końcu zostaje otwarty okazuje się, że sprzedawca często arbitralnie odmawia klientom sprzedaży przedmiotu, który chcieli kupić. Klienci nie obrażają się jednak. Fascynuje ich to i walą do tych sklepów tabunami.

Renata Salecl „Tyrania wyboru”

image

Postindustrialna ideologia kapitalistyczna traktuje jednostkę tak, jakby miała ona nieograniczone możliwości odczuwania przyjemności. Przedstawia się ją jako kogoś, kto może w nieskończoność przesuwać granice doznań, nieustannie zaspokajając wciąż nowe pragnienia. Paradoksalnie jednak wielu ludzi nie odnajduje satysfakcji w społeczeństwie, które na pozór wydaje się nie mieć granic – i wkracza na ścieżkę autodestrukcji. Nieograniczona konsumpcja sprawia niejednokrotnie, że ludzie zaczynają po prostu konsumować siebie samych – samookaleczenia, anoreksja, bulimia czy uzależnienia to najbardziej oczywiste przykłady tego zjawiska.

(…)

W dzisiejszym społeczeństwie gloryfikującym wybór, który ma zawsze działać na korzyść jednostek, problemem jest nie tylko skala dostępnego wyboru, ale też sposób, w jaki się go przedstawia. Wybory życiowe opisuje się w takich samych kategoriach jak wybory konsumenckie: poszukujemy „dobrego” życia tak, jakbyśmy mieli szukać odpowiedniej tapety albo odżywki do włosów.

(…)

Dokonanie wyboru wiąże się z poczuciem przygniatającej odpowiedzialności, a to z kolei z obawą przed porażką, poczuciem winy i lękiem, że w przypadku złego wyboru pojawi się żal. Wszystko to sprawia, że wybór staje się po prostu tyranem.

Renata Salecl, Tyrania wyboru, tłum. Barbara Szelewa, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013