Knausgård: “Hunger” by Hamsun

The following morning it was raining, and I stayed in the flat all day while Yngve was at work. Perhaps it was meeting his friends that had done it, perhaps it was just term fast approaching, at any rate I suddenly panicked: I was no good and soon I would be sitting alongside the other students, who were probably much more experienced and gifted than me, writing texts, reading them out and being judged.

I took an umbrella from the hat shelf, opened it and trotted down the hill in the rain. There was a bookshop in Danmarksplass, as far as I remembered. Yes, there it was. I opened the door and went in, it was completely empty and sold predominantly office equipment, it seemed, but they had some shelves of books, which I ran my eye along with the dripping umbrella in my hand. I had very little money, so I decided to buy a paperback. Hunger by Hamsun. It cost 39.50, which left me with twelve kroner – I spent it on a nice loaf at the baker’s in the little market square just behind. I plodded back uphill in the pouring rain which, along with the dark heavy clouds, cast a thick shroud over the landscape and changed its whole appearance. The water ran down windows and over car bonnets, trickled out of gutters and down the hills, where it made plough-shaped wavelets. The water gushed past me as I trudged upwards, rain beating down on my umbrella and the bag containing the loaf and the book slapping against my thigh with every step I took.

I let myself into the flat. The inside was dimly lit, in the corners furthest from the windows it was dark, but all the furniture and objects in it quietly made their presence felt. It was impossible to be there without sensing Yngve, his personality seemed to permeate the rooms, and while I was slicing the fresh bread on the worktop and taking out margarine and brown cheese, I wondered what atmosphere my place would exude and whether there was anyone in existence who would care. Yngve had organised a bedsit for me, he knew a girl who was going to Latin America for a year, she lived up on the Sandviken side of Bergen, in Absalon Beyers gate, and I could have it until next summer. I was lucky, most new students lived in one of the halls of residence at first, either Fantoft, where dad had rented a room during his studies when I was small, or Alrek, where Yngve had stayed for his first six months. Living in a student hall had low status, I knew that, the cool option was to live in the centre, preferably near Torgalmenningen, but Sandviken was good too.

I ate, cleared away the food and settled down to read in the sitting room with a cigarette and a cup of coffee. Usually I read quickly, raced through the pages without taking much notice of how it was written, what devices or style of language the writer used, all I was interested in was the plot, which sucked me in. This time I tried to read slowly, take it sentence by sentence, notice what went on in them, and if a passage seemed significant to me, to underline it with the pen I held at the ready.

I discovered something on the very first page. There was a tense shift. First of all Hamsun wrote in the past, then he suddenly switched to the present, and then back again. I underlined it, put the book down and fetched a sheet of paper from the desk in my bedroom. Back on the sofa, I wrote:

Hamsun, Hunger. Notes, 14/8/1988

Starts in general terms, about the town. Perspective from a distance. Then main protagonist wakes up. Switches from past to present. Why? To create more intensity, presumably.

Outside, the rain was tipping down. The roar of the traffic in Fjøsangerveien sounded like an ocean. I carried on reading. It was striking how simple the storyline was. He wakes up in his room, walks noiselessly downstairs as he hasn’t paid his rent for a while and then into the town. Nothing particular happens there, he just walks around and is hungry and thinks about it. I could write about exactly the same topic. Someone waking up in their bedsit and going outside. But he had to have something about him, something special, like being hungry for example. That was what it was all about. But what could it be?

Writing wasn’t black magic. You just had to come up with an idea, as Hamsun had done.

Some of my fears and anxieties subsided after I had formulated that thought.

Karl Ove Knausgård, Some Rain Must Fall: My Struggle Book 5, translated by Don Bartlett, 2016.

Nie będzie wiedział, co z tym zrobić, zmarnuje to

image

Siedziałam obok Alfonsa i Marisy, nie zwracając uwagi na ich rozmowę. Spodziewałam się jakiejś oznaki buntu, ale nic takiego nie zaszło. Jak zwykle trudno było odgadnąć, co Lili siedziało w głowie: nie słyszałam krzyku, nie słyszałam gróźb. Pół godziny później pojawił się niezwykle uprzejmy Stefano. Zmienił ubranie, z czoła i oczu znikły białe plamy. Kręcił się pośród krewnych i przyjaciół, czekając na nadejście żony, a kiedy i ona wróciła na salę, już nie w sukni panny młodej, lecz stroju podróżnym, w pastelowym błękitnym żakiecie z jasnymi guzikami i w niebieskim kapeluszu, od razu do niej podszedł. Lila rozdała dzieciom migdałowe cukierki, nabierając je srebrną łyżką z kryształowej czaszy, potem przeszła wzdłuż stołów z bombonierami dla gości: wpierw dała je swoim krewnym, potem krewnym Stefana. Zignorowała całą rodzinę Solara, a nawet swojego brata Rina – ten zapytał ją z niespokojnym uśmieszkiem: już mnie nie kochasz? Nie odpowiedziała i dała bombonierę Pinuccii. Miała nieobecny wzrok i bardziej niż zazwyczaj zapadnięte policzki. Kiedy przyszła moja kolej, z roztargnieniem, bez żadnego porozumiewawczego uśmiechu postawiła przede mną szklany kosz wypełniony cukierkami i owinięty białym tiulem.

Tymczasem goście z rodziny Solara poczuli się urażeni, ale Stefano zażegnał niebezpieczeństwo, ściskając każdego z osobna z pokojowym wyrazem twarzy i tłumaczeniem:

– Jest zmęczona, trzeba cierpliwości.

Ucałował nawet Rina, szwagier jednak się skrzywił i usłyszałam, jak mówi:

– Stefano, to nie zmęczenie, ona się już taka skrzywiona urodziła. Żal mi cię.

Stefano odpowiedział z powagą:

– Co krzywe można naprostować.

Potem widziałam, jaki biegnie za żoną, która stała już w drzwiach, podczas gdy orkiestra grała pijane kawałki, a wielu cisnęło się do ostatniego pożegnania.

Jak widać nie będzie rozłamu, nie uciekniemy razem po drogach świata. Wyobraziłam sobie młodą parę, piękną, elegancką, jak wsiada do kabrioletu. Wkrótce dotrą na Wybrzeże Amalfitańskie, do luksusowego hotelu, i wszelka śmiertelna obraza przemieni się w łatwe do zażegnania dąsy. Żadnej zmiany zdania. Lila ostatecznie oderwała się ode mnie, i ten dystans nagle wydał mi się o wiele większy, niż mogłam przypuszczać. Ona nie tylko po prostu wyszła za mąż, nie tylko co wieczór będzie kładła się spać z mężczyzną, aby spełnić małżeńskie powinności. Było coś więcej, czego nie rozumiałam, a co w tamtej chwili stało się dla mnie oczywiste. Lila, przyjmując do wiadomości fakt, że jej dziecięcy trud przypieczętował Bóg wie jaką umowę handlową między jej mężem a Marcellem, przyznała, że na mężu zależy jej bardziej niż na kimkolwiek bądź czymkolwiek innym. Skoro już się poddała, skoro już przetrawiła afront, więź ze Stefanem musiała być naprawdę silna. Kochała go, kochała go tak, jak dziewczęta z powieści ilustrowanych. Przez całe życie poświęci dla niego każdy swój talent, a on nawet nie dostrzeże tej ofiary, będzie miał wokół siebie bogactwo uczucia, mądrości, wyobraźni, które ją cechują, i nawet nie będzie wiedział, co z tym zrobić, zmarnuje to. Pomyślałam, że ja nie potrafię nikogo tak pokochać, nawet Nina, umiem tylko ślęczeć nad książkami. Przez ułamek sekundy zobaczyłam, że jestem jak obtłuczona miska, w której moja siostra Elisa dawała jeść kotkowi do czasu, aż zniknął, a wtedy miska pozostała pusta i zakurzona u dołu schodów. Właśnie w tej chwili z silnym uczuciem lęku doszłam do wniosku, że posunęłam się za daleko. Powiedziałam sobie, że muszę się cofnąć, muszę postąpić jak Carmela, Ada, Gigliola, jak sama Lila. Zaakceptować dzielnicę, odrzucić pychę, ukarać zarozumiałość, przestać upokarzać tych, którzy mnie kochają. Kiedy Alfonso i Marisa wymknęli się, aby na czas zdążyć na spotkanie z Ninem, szerokim łukiem, unikając matki, poszłam na taras, by dołączyć do swojego chłopaka.

Elena Ferrante, Historia nowego nazwiska, tłum. Lucyna Rodziewicz-Doktór, Katowice 2015.