Jej biały fartuszek pachniał krochmalem

Bar przy Spring Street, naprzeciwko sklepu z używaną odzieżą. Poszedłem tam na kawę z ostatnią pięciocentówką. Miejsce w dawnym stylu, trociny na podłodze, niechlujnie namalowane akty na ścianach. Kowbojski saloon, gdzie spotykali się starzy ludzie, piwo było tanie i kwaśne, a przeszłość trzymała się mocno.

Usiadłem przy jednym ze stolików pod ścianą. Pamiętam, że siedziałem z głową ukrytą w dłoniach, a kiedy usłyszałem jej głos, nawet nie podniosłem wzroku. Pamiętam, że spytała, co podać, a ja poprosiłem o kawę ze śmietanką. Siedziałem tak do czasu, aż postawiła przede mną filiżankę, długo tak siedziałem, myśląc o swoim beznadziejnym losie.

Kawa była bardzo niedobra. Kiedy śmietanka wymieszała się z nią, zdałem sobie sprawę, że to wcale nie jest śmietanka, bo kawa przybrała szarą barwę i smakowała jak pomyje. Miałem ostatnie pięć centów, więc trochę mnie to wkurzyło. Rozejrzałem się za kelnerką, która mnie obsługiwała. Stała pięć czy sześć stolików dalej i podawała gościom piwo z tacy. Była odwrócona do mnie plecami, zobaczyłem miękką linię jej ramion pod białym fartuszkiem, lekko zarysowane mięśnie rąk i czarne włosy – gęste i lśniące.

Kiedy się w końcu odwróciła, pomachałem do niej. Nieszczególnie ją to zainteresowało, uniosła brwi w wyrazie znudzenia i wyniosłości. Jeśli pominąć kontur twarzy i wspaniałe zęby, nie była piękna. W tamtym jednak momencie uśmiechnęła się do jednego ze starych klientów i dostrzegłem błysk nieskazitelnej bieli. Miała nos typowy dla Majów, płaski z szerokimi nozdrzami, mocno umalowane na różowo usta, wargi grube jak Murzynka. Z taką niebanalną, latynoską urodą mogła się podobać, ale dla mnie jej uroda była zbyt dziwna. Skośne oczy, skóra ciemna, ale nie czarna. Kiedy szła, jędrny biust lekko falował.

Po pierwszym spojrzeniu rzuconym w moją stronę zignorowała mnie. Podeszła do baru, zamówiła kolejne piwa i czekała, aż chudy barman napełni kufle. Czekając, pogwizdywała sobie pod nosem, zerknęła na mnie przelotnie i dalej gwizdała. Przestałem machać, uznawszy, że dałem jej wystarczająco jasno do zrozumienia, że chcę, by podeszła do mojego stolika. Nagle odchyliła głowę do tyłu i, nie wiedzieć czemu, wybuch-nęła śmiechem, nawet barman wydawał się tym zdziwiony. Potem oddaliła się tanecznym krokiem, wywijając zgrabnie tacą, lawirując między stolikami w kierunku grupki gości w głębi sali. Barman powiódł za nią wzrokiem, wciąż skonfudowanyjej śmiechem. Ale ja znałem powód tego śmiechu. Chodziło o mnie. Śmiała się ze mnie. Było coś w moim wyglądzie, mojej twarzy pozie przy stoliku – coś, co ją rozbawiło. Zacisnąłem pięści, czując złość i upokorzenie. Potem dotknąłem włosów – były uczesane. Pomacałem kołnierzyk i krawat – wszystko w porządku. Wychyliłem się tak, by móc zobaczyć swoje odbicie w barowym lustrze – owszem, twarz miałem smutną i pobladłą, ale bynajmniej nie śmieszną. Kipiałem ze złości.

Zacząłem się uśmiechać szyderczo, obserwowałem ją i uśmiechałem się. Nadal nie chciała podejść do mojego stolika. Chwilami była bardzo blisko, nawet przy sąsiednim stoliku, ale dalej się nie zapuszczała. Ilekroć widziałem jej ciemną twarz, duże, czarne, roześmiane oczy, wyginałem usta w szyderczym uśmieszku. To stało się dla mnie rodzajem zabawy. Kawa stygła, na jej powierzchni utworzyła się mleczna zawiesina, aleja nawetjej nie tknąłem. Dziewczyna poruszała sięjak tancerka na swoich silnych jedwabistych nogach, a kiedy śmigała po marmurowej posadzce, do jej porwanych butów przyczepiały się trociny.

Te buty to były huaraches, sandały ze skórzanej plecionki, bardzo zniszczone huaraches; niektóre skórzane paseczki się rozplatały. Gdy ujrzałem te buty, niezmiernie się ucieszyłem, bo oto znalazłem u tej dziewczyny coś, co zasługiwało na krytykę. Była wysoka, miała około dwudziestu lat i proste ramiona – istota bez skazy, gdyby nie te porwane buty. Skupiłem na nich wzrok, wodziłem za nimi oczami, nawet obracałem się na krześle i wyciągałem szyję, żeby na nie popatrzeć, a czyniąc to, uśmiechałem się szyderczo i chichotałem w duchu. Czerpałem z tego wszystkiego nie mniejszą uciechę niż ona z widoku mojej twarzy czy też czegoś innego, co ją we mnie tak rozbawiło. Moje zachowanie stropiło dziewczynę. Coraz rzadziej wykonywała taneczne piruety, zaczęła przemykać szybko tam i z powrotem, a potem już tylko skradała się ostrożnie niczym lis. Była wyraźnie zakłopotana, raz nawet spojrzała na swoje buty. Po kilku minutach już się nie śmiała, jej twarz przybrała ponury wyraz, a ona sama popatrywała na mnie z gorzką nienawiścią.

Byłem wniebowzięty, dziwnie szczęśliwy. Poczułem ulgę. Na świecie roiło się od zabawnych ludzi. Kiedy chudy barman spojrzał w moją stronę, puściłem do niego oko. Odpowiedział kiwnięciem głowy. Westchnąłem i odchyliłem się na krześle, pogodzony z życiem.

Kelnerka nie wzięła jeszcze pieniędzy za kawę. W końcu musiała to zrobić, chyba że zostawiłbym pięciocentówkę na stoliku i wyszedł. Ale ja nie zamierzałem wychodzić. Czekałem. Minęło pół godziny. Gdy teraz szła do baru po piwo, nie stawała przy kontuarze, gdzie widziałbym ją jak na dłoni, ale wchodziła tam od tyłu. W ogóle już na mnie nie spoglądała, lecz ja wiedziałem, że ona wie, iż ją obserwuję.

W końcu podeszła do mojego stolika. Uczyniła to dumnie, z podniesionym czołem i opuszczonymi po bokach rękami. Próbowałem się gapić na jej buty ale to było ponad moje siły. Odwróciłem wzrok, nie przestając się uśmiechać.

– Życzy pan sobie czegoś jeszcze? – zapytała.

Jej biały fartuszek pachniał krochmalem.

– To ma być kawa? – rzuciłem.

Wtedy znów się roześmiała. To był histeryczny, szalony śmiech przypominający brzęk tłuczonych naczyń, trwał jednak tylko chwilę. Znów spojrzałem na jej buty. Czułem, że lekko spanikowała. Chciałem ją zranić.

– Może to wcale nie jest kawa? – powiedziałem. – Może to woda, w której wygotowano twoje paskudne buty? – Spojrzałem w jej czarne płonące oczy. – Może sama nie wiesz? Może ciebie w ogóle nic nie obchodzi? Ale ja na twoim miejscu nie pokazywałbym się w tych butach na Main Street.

Kiedy skończyłem, byłem zasapany. Jej grube wargi drżały, zaciśnięte pięści wypychały kieszenie fartuszka.

– Nienawidzę cię – oznajmiła.

Czułem jej nienawiść, a mimo to znów uśmiechnąłem się szyderczo.

– To dobrze – odrzekłem. – Bo musi być coś szczególnego w człowieku, który budzi w tobie nienawiść.

Potem powiedziała coś dziwnego. Dobrze to pamiętam.

– Mam nadzieję, że umrzesz na zawał. Tutaj, na tym krześle.

Sprawiło jej to niekłamaną satysfakcję, mimo że się roześmiałem. Odeszła od stolika z uśmiechem na ustach. Potem stała przy barze, czekając na piwo, z wlepionymi we mnie oczami rozjaśnionymi jej dziwnym życzeniem, i poczułem się nieswojo, jednak śmiałem się dalej. A ona znów zaczęła tańczyć. Śmigała z tacą od stolika do stolika i ilekroć na nią spojrzałem, posyłała mi złowrogi uśmiech, aż w końcu podziałało to na mnie i pomyślałem o swoim organizmie – o biciu mojego serca i trzepotaniu w brzuchu. Czułem, że dziewczyna już nie podejdzie do mojego stolika. Pamiętam, że byłem z tego zadowolony i że ogarnął mnie dziwny niepokój, tak iż zapragnąłem jak najprędzej opuścić tamto miejsce, wydostać się poza zasięg jej uśmiechu. Zanim wyszedłem, zrobiłem coś, co sprawiło mi wielką przyjemność. Wyjąłem z kieszeni pięcio-centówkę i położyłem ją na stoliku. Następnie wylałem na nią pół filiżanki kawy, wiedząc, że dziewczyna będzie musiała to wytrzeć. Brązowa ciecz rozlała się po blacie stolika, a kiedy wstałem, żeby wyjść, skapywała już na podłogę. Przystanąłem przy drzwiach, by spojrzeć na kelnerkę raz jeszcze. Wciąż uśmiechała się złowrogo. Kiwnąłem głową w stronę rozlanej kawy. Potem zasalutowałem na pożegnanie i wyszedłem na ulicę. Znowu się dobrze poczułem. Znowu było tak jak wcześniej. Na świecie roiło się od zabawnych sytuacji.

John Fante, Pył, tłum. Andrzej Appel, Warszawa 2007, ss. 43-48.