Muffled labourings of my heart

I hardly sleep, these days, these nights. Or, rather, I go to sleep, put under by jorums of drink and fistfuls of jumbo knock-out pills. Then at three or four in the morning my eyelids snap open like faulty window blinds and I find myself in a state of lucid alertness the equal of which I never seem to achieve in daytime. The darkness at that hour is of a special variety too, more than merely the absence of light but a medium to itself, a kind of motionless black glair in which I am held fast, a felled beast prowled about by the jackals of doubt and worry and mortal dread. Above me there is no ceiling, only a yielding, depthless void into which at any moment I might be pitched headlong. I listen to the muffled labourings of my heart and try in vain not to think of death, of failure, of the loss of all that is dear, the world with its things and creatures. The curtained window stands beside the bed like an indistinct dark giant, monitoring me with fixed, maniacal attention. At times the stillness in which I lie comes to seem a paralysis, and I’m compelled to get up and prowl in a state of jittery panic through the empty rooms, upstairs and down, not bothering to switch on the lights. The house around me hums faintly, so that I seem to be inside a large machine, a generator, say, on stand-by, or the engine of a steam train shunted into a siding for the night and still trembling with memories of the day’s fire and speed and noise. I will stop at a landing window and press my forehead to the glass and look out over the sleeping town and think what a Byronic figure I must cut, perched up here, solitary and tragic-seeming, no more to go a-roving. This is the way it is with me, always looking in or looking out, a chilly pane of glass between me and a remote and longed-for world.

John Banville, The Blue Guitar, 2015.

With my eyes, from my particular angle, in my own way

It has always seemed to me that one of the more deplorable aspects of dying, aside from the terror, pain and filth, is the fact that when I’m gone there will be no one here to register the world in just the way that I do. Don’t misunderstand me, I have no illusions about my significance in the torrid scheme of things. Others will register other versions of the world, countless billions of them, a welter of worlds particular each to each, but the one that I shall have made merely by my brief presence in it will be lost for ever. That’s a harrowing thought, I find, more so in a way even than the prospect of the loss of self itself. Consider me there that night, under that strew of gems on their cloth of purple plush, having been set upon out of nowhere by love and gazing all about me with my mouth open, noting how the starlight laid sharp shadows diagonally down the sides of the houses, how the roof of Marcus’s car gleamed as if under a fine skim of oil, how the fox fur of Polly’s collar bristled in burning tips, how the roadway darkly shone with frosted grit and the outlines of everything glimmered—all that, the known and common world made singular by my just looking at it. Polly smiling, Marcus vexed, Gloria with her fag, the parcel of people behind me coming out of the Clockers in a burst of drunken hilarity, their breath forming globes of ectoplasm on the air—they would all see what I saw, but not as I did, with my eyes, from my particular angle, in my own way that is as feeble and imperceptive as everyone else’s but that is mine, all the same: mine, and hence unique.

John Banville, The Blue Guitar, 2015.

Odbicia pani Gray

Boże, czuję się, jakbym znowu miał piętnaście lat. (…)

Szybkim krokiem podszedłem do drzwi. Korytarz był pusty, ale wyczułem ślad czyjejś obecności, niewyraźną zmarszczkę w przestrzeni, tam gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się czyjaś postać. Billy przepadł – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że znów położył się do łóżka. Ruszyłem korytarzem, dywan – jakiego był koloru, no jakiego? – tłumił moje kroki. Nie wiedziałem, dokąd idę ani czego szukam. Wiatr szeptał w kominie. Świat rozmawia sam ze sobą, własnym sennym, zagadkowym tonem. Drzwi, które zauważyłem, dopiero kiedy je mijałem, były uchylone. Widzę swoją postać, spoglądającą w bok i odchylającą głowę do tyłu, następuje szarpnięcie i uderzenie, nagle wszystko zwalnia.

Dywan, teraz sobie przypominam, a raczej chodnik, bo tak się to właściwie nazywa, miał kolor bladoniebieski albo niebieskoszary, deski na podłodze były polakierowane na nieprzyjemny, ciemny odcień brązu i świeciły się jak wyssany, klejący się cukierek toffi. Widzicie, jakie to rzeczy można sobie przypomnieć, kiedy człowiek się skoncentruje?

Czas i Pamięć są jak para wybrednych, pedantycznych dekoratorów wnętrz: nieustannie przestawiają meble, od nowa aranżują pomieszczenia, a nawet zmieniają ich przeznaczenie. Jestem przekonany, że przez uchylone drzwi zajrzałem do łazienki, albowiem wyraźnie pamiętam chłodny poblask porcelany i cynku, tym jednak, co przede wszystkim przyciągnęło mój wzrok, było lustro, takie jak w tamtych czasach montowano w toaletkach: z zakrzywioną górną krawędzią, dodatkowymi skrzydłami, a nawet – czy aby na pewno? – z zaczepionymi na skrzydłach niewielkimi, trójkątnymi lustereczkami, które kobieta dokonująca toalety mogła ustawić pod odpowiednim kątem po to, aby zobaczyć siebie z góry. Wspomnienie gmatwa drugie lustro, tym razem pełnej wysokości, umieszczone po zewnętrznej stronie otwieranych do wewnątrz drzwi – na to by wyglądało – w którym to zwierciadle ujrzałem odbicie pomieszczenia, a w nim stojącą centralnie toaletkę, lub czymkolwiek był ów mebel, wyposażoną we własne lustro czy też raczej lustra. Zatem, mówiąc ściśle, nie widziałem łazienki albo sypialni, ale tylko jej odbicie, tak jak nie widziałem pani Gray ani jej odbicia, lecz zaledwie odbicie odbicia pani Gray.

Cierpliwości, razem przebrniemy przez ten krystaliczny labirynt.

Tak więc stoję przed drzwiami, gapię się przez szparę w wysokie lustro, nietypowo zamocowane po zewnętrznej stronie uchylonego do wewnątrz skrzydła. Z początku nie docierało do mnie, na co patrzę. Jak dotąd jedynym ciałem, które widziałem prawdziwie z bliska, było bowiem moje własne, zresztą nawet z nim, z tą wciąż rozwijającą się istotą, nie byłem w szczególnie serdecznych stosunkach. Nie wiem, jak sobie wyobrażałem, że mogłaby wyglądać kobieta bez ubrania. (…)

Pani Gray w lustrze, w lustrze odbijającym się w lustrze, była goła. Naga – zabrzmiałoby bardziej elegancko, wiem, ale chodzi właśnie o to, że była goła. Kiedy przetoczyła się pierwsza fala konsternacji i zdumienia, uderzyła mnie osobliwa ziarnistość jej skóry – podejrzewam, że po prostu dostała gęsiej skórki – i zwróciło uwagę mętne, przypominające matowy poblask pokrytego nalotem ostrza noża, migotanie na powierzchni tejże. Zamiast odcieni różu i brzoskwini, które spodziewałem się ujrzeć, zwiedziony dziełami Rubensa, zobaczyłem zaskakujące spektrum barw, od magnezowej bieli po srebro i cynę, rozmazaną żółć, bladą ochrę, a miejscami nawet niewyraźne zielonkawe plamki, we wklęsłościach zaś fioletoworóżowe cienie.

Zobaczyłem tryptyk, rozczłonkowane czy może raczej rozmontowane ciało pani Gray. Środkowe lustro – to wbudowane w toaletkę, o ile to w ogóle była toaletka – obejmowało jej tors, piersi i brzuch, a także ciemną plamę poniżej, podczas gdy w skrzydłach po obu stronach odbijały się ramiona i dziwnie zgięte łokcie. W górnej części lustra zauważyłem spokojnie wpatrzone we mnie, rzucające mi wyzwanie oko, które jakby mówiło: „Oto ja. Co o mnie sądzisz?”. Wiem, że to pogmatwane ustawienie jest mało prawdopodobne, o ile w ogóle możliwe – zacznijmy od tego, że abym mógł zobaczyć takie, a nie inne odbicie pani Gray, musiałaby stać blisko lustra i bezpośrednio przed nim, odwrócona do mnie tyłem, ale nie było jej tam, było tylko odbicie. Czy zatem znajdowała się w pewnym oddaleniu od zwierciadła, w drugim końcu pomieszczenia, ukryta przed moim wzrokiem wślizgującym się do środka przez uchylone drzwi? Ale jeśli tak, to przecież w lustrze powinna się wydawać mniejsza. Chyba że oba lustra, to w toaletce, w którym się odbijała, i to zamontowane na drzwiach, w którym odbijało się jej odbicie, jakimś sposobem powiększyły jej postać. Wątpię. Jak jednak wyjaśnić te anomalie i nieprawdopodobieństwa?

Nijak. Opisałem tylko obraz, który zachowałem w pamięci. Mówię, co widzę. Później, kiedy ją o to zapytałem, pani Gray zaprzeczyła, jakoby takie zdarzenie nastąpiło. Powiedziała, że widocznie uważam ją za niezłą bezwstydnicę – tak się wyraziła – skoro sądzę, że pokazałaby się w takiej pozie gościowi w domu, w dodatku chłopcu, i to jeszcze przyjacielowi jej syna. Jestem pewien, że skłamała.

John Banville, Prawo do światła, tłum. Jacek Żuławnik, Warszawa 2015, ss. 41-46.