Biel

Tyler zamyka okno nie bez wysiłku. Wszystko w tym mieszkaniu jest wypaczone. Kulka upuszczona pośrodku salonu przeturlałaby się prosto do drzwi frontowych. Gdy mocuje się z ramą przesuwnego okna, do pokoju wpada jeszcze jeden wściekły podmuch, jak gdyby śnieżyca chciała wykorzystać ostatnią szansę, żeby… co?… znaleźć się w unicestwiającym cieple sypialni Tylera i Beth, zaznać na chwilę żaru, który ją roztapia?… Gdy owiewa go miniaturowy tuman śniegu, coś drobnego wpada mu do oka; może mikroskopijny kryształek lodu niczym najmniejszy odłamek szkła, jaki można sobie wyobrazić. Tyler pociera oko, najwyraźniej nie może wydobyć tej drobinki, która w nim utkwiła. Zupełnie jak gdyby poddany został nieznacznej mutacji; jak gdyby ta szklista kruszyna przytwierdziła się do rogówki – stoi więc z jednym okiem czystym, a drugim załzawionym i zaczerwienionym, patrząc, jak szybę omiatają płatki śniegu. Minęła dopiero szósta rano. Na dworze jest biało – wszędzie. Starsze sterty śniegu, który zgarnia się dzień po dniu na obrzeża sąsiedniego parkingu i który skrzepł w miniaturowe szare góry, toksycznie maźnięte tu i tam cekinami sadzy, nabrały teraz, chwilowo, alpejskości, jak widoczek z bożonarodzeniowej kartki; a raczej jak widok z bożonarodzeniowej kartki, jeśli skupić się tylko na stertach śniegu, wycinając kakaową betonową fasadę pustego magazynu (na której wciąż widnieje widmo słowa „beton”, choć tak już wyblakłe, jak gdyby sam budynek, od dawna zaniedbywany, nadal uparcie głosił swoje imię) i pogrążoną jeszcze we śnie ulicę, gdzie litera K w neonie ALKOHOL miga i brzęczy niczym flara sygnalizacyjna. Ale nawet w tym nędznym miejskim pejzażu – w tej smętnej, na wpół opustoszałej okolicy, gdzie pod oknem Tylera cały rok stoi wypalony szkielet starego buicka (dziwnie szlachetny w swej przerdzewiałej, wybebeszonej i pomazanej graffiti bezużyteczności) – przedświt wyczarował swego rodzaju surowe piękno; poczucie ułomnej, ale wciąż żywej nadziei. Nawet w Bushwick. Oto świeży opad śniegu, poważnego śniegu, nieskazitelnego, dającego obietnicę błogosławieństwa, jak gdyby jakaś firma, która dostarcza spokój i harmonię do lepszych dzielnic, pomyliła adres.

Michael Cunningham, Królowa Śniegu, tłum. Jerzy Kozłowski, Poznań 2014.

Game over

– Myślę, że jesteś dla mnie bardzo niesprawiedliwy. Ja tylko staram się zrozumieć.
Felix spuścił trochę z tonu. Nie chciał być niesprawiedliwy. Nie chciał, aby tak go postrzegano. Usiadł obok niej. Miał przemyślaną mowę, ale i poczucie, że oboje wypowiadają zapisane wcześniej kwestie, że ona też się przygotowała nie gorzej od niego.
– Mam już dość takiego życia jak do tej pory. Czuję się, jakbym się znalazł w jakiejś grze, na którymś poziomie, i nie powiem, dobrze się bawiłem… ale, Annie, proszę cię: nawet ty przyznasz, że jest tu masa demonów. Cała masa. Demonów i…
– Przepraszam, rozmawiasz z grzeczną katoliczką, która…
– Daj mi skończyć! Choć ten jeden raz! – Annie bezgłośnie pokiwała głową. – Straciłem teraz wątek.
– Demony – podsunęła Annie.
– Racja. Pokonałem je. Było ciężko, ale dałem radę, ukończyłem ten poziom i czas przenieść się na następny. Nie chodzi nawet o to, żeby zabrać cię na następny poziom. Ty nie chcesz tam przejść, to jasne jak słońce. – Tę mowę sobie przygotował. Teraz, gdy wyszła z jego ust, wydawała się pozbawiona owej subtelnej głębi, której nabrała w jego umyśle, ale mimo wszystko widział, że wywarła pewne wrażenie: Annie miała otwarte oczy, porzuciła pozycję jogi, rozplotła ręce i oparła je płasko na deskach. – Słuchasz mnie? Następny poziom. Niektórzy przez całe życie rozpamiętują swoją przeszłość. Też mógłbym całe życie rozpamiętywać kilka parszywych rzeczy, które mi się przytrafiły. Ale mam to za sobą. Teraz czas na następny poziom. Jestem gotowy.
– Tak, tak, załapałam metaforę, nie musisz powtarzać. – Annie przypaliła papierosa, zaciągnęła się głęboko i wypuściła dym przez nos. – Życie to nie gra wideo, Felix… nie ma określonej liczby punktów, która przenosi cię na wyższy poziom. Właściwie to nie ma żadnego wyższego poziomu. Mam dla ciebie złą wiadomość: na końcu wszyscy umieramy. Koniec gry.
Tych kilka chmur, które pozostawały na niebie, sunęło ku Trafalgar Square. Felix spojrzał na nie z uduchowionym – miał nadzieję – wyrazem twarzy.
– Cóż, takie jest twoje zdanie, prawda? Każdy ma prawo do swojego zdania.
– Moje, Nietzschego, Sartre’a, wielu innych. Felix, kochanie, jestem wdzięczna, że pofatygowałeś się tutaj na „poważną rozmowę” i dzielisz się ze mną przemyśleniami na temat Boga, ale mnie znudziło już to ględzenie i chciałabym wiedzieć: będziemy się pieprzyć czy nie?

Zadie Smith, Londyn NW, tłum. Jerzy Kozłowski, Kraków 2014, loc. 2281-2301.